Posts
May 9, 2008May 9, 2008 Add comment1 comments Uncategorized Uncategorized
 

Czujecie ten powiew? To szalona podróż w nieznane! To najpiękniejsza perła jaką znalazłem!!!- krzyczałem jak mały chłopczyk wychylony z pędzącego auta.

Wyobrażałem sobie, że jestem na pełnym morzu w łodzi, która pędzi jak rakieta nic nie robiąc sobie z fal. Wiatr owiewał mi twarz, chłodził gorące czoło, umykał pod koszulę łopocząc rytmicznie.

Siedziałem w miękkim fotelu z czerwonej skóry. Prócz białej koszuli miałem na sobie tylko spodenki, no i... zegarek. Lubiłem chodzić boso, czuć każdy z kształtów dotykający moich stóp. Kiedy miałem dziesięć lat biegałem boso po łące łapiąc motyle. Udało mi się złapać motyla o przepięknych kształtach. Mój tato, który wtedy był jeszcze łagodny i kochany powiedział mi że to - Paź Królowej. Chyba ta świadomość istnienia motyla, który posiada imię i należy do królowej, kogoś, kto na niego czeka i tęskni spowodowała, że ostatecznie wypuściłem go wysoko pod niebo.

Kiedy Ja ostatnio byłem taki...? Czy czas płynie do przodu czy na boki?

Dlaczego nie mogę sięgnąć do tyłu?

- Nie martw się chłopie! - Czas położył mi rękę na karku jak stary kumpel. Ostatecznie znaliśmy się od urodzenia. Ubrany był w śnieżno-białą marynarkę i koszulkę polo. Elegancki jak zawsze. Był dokładnie w moim wieku, tylko jakiś, taki poważny. Schowałem głowę do wnętrza i zasunąłem okno.

Przyjrzałem mu się uważniej - nie ogoliłeś się dzisiaj?- spytałem.

Nie! - odpowiedział lekko.

Przypominał mi ojca, tego z łąki pełnej motyli. Kiedy jednak po latach alkohol wypełnił jego ciało i duszę - wzrok ojca stał się  pełen beznamiętnej i  tępej agresji...

Pamiętam jak dziś sygnał karetki pogotowia i białą, matową szybę przed moimi oczami. Krew wyciekała spod bandaży i kapała z mojego czoła a przerażona babcia trzymała mnie za rękę szepcząc - o mój Boże, o mój Boże!

Zamierzam dzisiaj wykonać najważniejszą czynność w Twoim życiu - odezwał się Czas.

Pokiwałem głową, ale nie powiedziałem nic. Widziałem, że dowiem się w swoim czasie. Czułem jak samochód nabiera prędkości. Z sekundy na sekundę coraz szybciej pędziliśmy przez ulice miasta. 

Tylko mnie nie zabij ! - krzyknąłem do niego.

Pokiwał głową na boki - nie słyszę Cię - krzyknął, kręcąc kierownicą przy kolejnym zakręcie.

NIE ZABIJ MNIE ! - wrzasnąłem ile sił, kiedy o mało nie huknęliśmy w ścianę.

Wyrosła przed nami jakby spadła z nieba.

Pasy szarpnęły mną i świat zawirował milionem rozmazanych barw. Zanim ucichł pisk opon staliśmy dymiąc jak parowóz a resztki kurzu przesyconego  światłem opadały powoli na ziemię.

Ściana była czerwona i obsmarowana tysiącami małych i dużych napisików. Z trudem otworzyłem drzwi- zacinały się odkąd mój ojciec nie zauważył grubasa na harleju. Stanąłem prostując obolałe plecy.

To graffiti - profesorskim tonem powiedział Czas podchodząc do ściany.

Zobacz tutaj - pochylił się nisko i odkurzył palcami małe literki. Roztrącając resztki kurzu podszedłem do ściany. Przykucnąłem. Napis był stary. Ten, kto go namalował, używał chyba lewej ręki. Był wykonany z zadziwiającą starannością dbałością o szczegóły. Bardziej jednak zdumiała mnie treść.

 No to on chyba już nie żyje - mruknąłem pod nosem.

Pewnie tak,  jego czas już minął -  zaśmiał się z lekką ironią Czas.

Ale ja z tobą jeszcze nie skończyłem! - jego biały garnitur lśnił w słońcu.

Tylko spróbuj! - pogroziłem palcem  i wyciągnąłem spray.

Wiedziałem po co ty przyjechaliśmy. Patrzyłem na napisy w niezliczonych i nieznanych mi językach. Wszystkie liczyły nie więcej niż kilka, no może kilkanaście słów. W końcu trudno mi było określić niektóre wschodnie hieroglify. Musiałem zostawić kilka słów od siebie.

Ale tylko kilka? Kilka słów najważniejszych w  moim życiu. Mógłbym napisać o swojej tęsknocie za łagodnym i dobrym tatą, który zniknął nagle i zostawił po sobie zimna pustkę. Mógłbym napisać o mojej mamie, łagodnej i kruchej istocie, która oprócz miłości nie umiała nic więcej zaoferować. Nie potrafiła poukładać świata, uporządkować zwykłych  przedmiotów wokół naszej rodziny, nie umiała obronić siebie ani mnie - przed ciosami szaleństwa. Szaleństwa zrodzonego w cierpiącym umyśle mojego pijanego ojca. Poczułem ołowianą wagę tej chwili.

Kilka słów. Dla potomnych.

Czas nadstawił twarz do słońca i grzał się w jego promieniach.

Nie śpiesz się- mruknął - masz czas - znowu się zaśmiał. Widać było  po nim, że nigdzie mu nie śpieszno.

Sam siebie, nie przegonisz- zwykł mawiać w takich momentach.

Kilka słów na ścianie Radości i Cierpienia, na ścianie Narodzin i Umierania, na ścianie Ludzkiego Losu... Czułem jak mi drętwieją dłonie.

Czas stał zasłuchany w ciszę przerywaną syczeniem mojego spraya. Oddychając powoli i głęboko grzał policzki na słońcu. Pachniało rozgrzaną cegłą i kwaśną wonią rozpuszczalnika.

Już! Szturchnąłem go w ramię.

Już napisałem!

To co? lecimy ? Czas energicznie ruszył do przodu.

Nie przeczytasz ? Zdziwiony złapałem go za rękaw.

A! jasne! - uprzejmie rzekł Czas jakby chodziło o wyświadczenie drobnej przysługi w zamian za otrzymaną grzeczność.

Spojrzał nie zmieniając wyrazu twarzy.

Fajne! Skomentował i ruszył raźno w stronę samochodu.

Stałem dalej i patrzyłem na swój napis. I to wszystko, już? cały komentarz?

Czytałem go znowu...i znowu.

To miały być najważniejsze słowa w moim życiu.

Sam powiedziałeś  - najważniejsza czynność w Twoim życiu- mruknąłem pod nosem.

Ale on już mnie nie słyszał, siedział za kierownicą w samochodzie.

Idziesz ? - usłyszałem jakby  z oddali.

No tak. Czas mi ucieka...

TagsTags: proza poezja 
March 29, 2008March 29, 2008 Add comment2 comments Uncategorized Uncategorized
Opowieść o ogniu. Działo się to w czasach ponurych, kiedy światem zaczął rządzić strach. Strach materialny, zimny i twardy jak skała, który pochłonął całą wrażliwość świata. …ale muszę zacząć od początku. Cała opowieść zaczyna się wieki temu, kiedy na ziemi zjawił się Głód. Głód przyszedł jak zmęczony wędrowiec - bez specjalnego powodu. Nie było wokół odważnego, który by zadarł z Głodem. Nie znalazł się nikt gotów umierać w imię odwagi nakarmienia swoich bliskich… Nikt nie umiał odrzucić pokusy jedzenia, jakiegokolwiek jedzenia. Strach przed głodem był tak silny, że na skraju bukowego lasu przy obłupanej i starej studni pojawił się pierwszy zmaterializowany strach. Wyglądał jak kawał cementu lub porowatego kamienia. Jednak szybko zaczął rosnąć. Spragnieni wody, którzy przychodzili do studni padali ofiarą pazernego Strachu. Strach jadł łapczywie ludzkie dusze, nie wybierając. Jadł głośno, jadł straszliwie. Gdy zakrył niebo błękitne i słońce promienne- zrobiło się ciemno. Widać było tylko to, co przed nosem i trochę pod nogami. Nikt nie patrzył w górę ani w bok. Strach jednak nie miał umiaru. Nasycał swoją kamienną naturę zwiewną i uczuciową mgiełką dusz. Gdy przejedzony pękł - rozsypał się na miliardy zakurzonych, przygarbionych ludzików. Każdy z nich był szary i twardy jak kamień i takie też miał serce. Ludzie kochający radość nazwali ich ONI. Była to nazwa jedyna, którą akceptowali Ci zimni mordercy wszystkiego co ciepłe i rozświetlone… Na pewno w ciszy własnych serc nazywaliśmy ich inaczej - okrutni i bezwzględni wyznawcy szarego i zimnego dna – kamienne karły. Ziemia pokryła się lodem. Słońce zza grubej warstwy kurzu i ociekających brudem chmur nie miało siły przebić się do stęsknionej ziemi. Nikt dawno nie ogrzał się przy wesołym i trzeszczącym iskrami ogniu. Pochowani po norach i zakamarkach staraliśmy się przeżyć zimno i nieczułość. Skąd wziąć ogień ? Skąd wziąć kiedy nie zostało go ani trochę ? Przytknąć suchą gałąź do buzującego płomienia… nie było płomieni, nie było piorunów w gęstej mazi cementowych chmur. Krzemienie nie dawały iskier w gęstym od wilgoci i błotnej mgły powietrzu. Wstałem kolejnego bezbarwnego dnia i poczułem że w mojej duszy wypaliło się już wszystko. Sen i marzenie o miłości, nadzieja i wiara w jutro. Poczułem, że jutro nie nadejdzie. To była moja granica przerażenia i jej koniec. Zniknęło wszystko razem z lękiem. Wyszedłem z lepianki na przeszywające zimnem powietrze. Spojrzałem na pierwszą z brzegu istotę i zapytałem: „- Czy nie wiesz skąd mogę wziąć ogień ?” Przez ułamek chwili widziałem tylko przerażone i panicznie rozbiegane oczy. Nie przestawałem iść przed siebie i pytać każdą napotkaną istotę: „-Czy wiesz skąd wziąć ogień??” Ludzie uciekali w przerażeniu. Gdy zapytałem, któryś, kolejny raz i spojrzałem w oczy pytanego- zobaczyłem dwa obłe kamyki. Stałem przed pochmurnym, niskim, kamiennym karłem. Nabrałem powietrza w płuca i z lekkim drżeniem ponownie powiedziałem cedząc każde słowo bardzo wyraźnie: „-Skąd wziąć ogień ??” Na chwilę zastygliśmy w bezruchu. Zdezorientowany Karzeł pokiwał głową na boki jakby odganiał natrętne osy i cofając się do tyłu zniknął we mgle. Jego kamienne oczy przez moment rozbłysły. Był to dziwny błysk… raczej odbicie światła w nierozpoznanym lęku. On bał się mnie i mojego pytania ! Nie wiem jak długo wędrowałem pytając natrętnie o ogień, ale widziałem w oczach mijanych ludzi, coraz częściej oprócz bezrozumnego lęku również zamyślenie i zaciekawienie. Coraz częściej ludzie odchodzili zaintrygowani powtarzając pod nosem : „- tak… skąd wziąć ogień ?” Po kilku tygodniach wędrowałem już z grupą podobnych do mnie. Było nas więcej i więcej. Od naszych oddechów ogrzewało się powietrze, wilgoć przyklejała się do zimnych kamieni. Tworząc mokrą skorupę unieruchamiała i tak już powolnych chmurzastych karłów. Oddzielało się powietrze czyste od kurzu i błota. Kiedy pierwszy raz słońce wyszło zza chmur i zaświeciło poczuliśmy na naszych karkach jego cudowne ciepło. W nocy spaliśmy pod drzewami, w dzień szliśmy. W nocy… właśnie !!! w tej nocy usłyszeliśmy pierwszy raz odgłos burzy. Prawdziwej wiosennej burzy i błysk pioruna rozświetlił niebo. W jednej chwili poczuliśmy zapach dymu. Poderwaliśmy się na nogi i … Tak to koniec legendy , a właściwie – prawdziwej opowieści sprzed lat o poszukiwaniu ognia. Nic się wielkiego nie stało. Głód przyszedł bez powodu by zabrać z ziemi światło, ciepło i odwagę, a ogień spadł z nieba na powrót - też bez powodu. Nikt nic specjalnego nie zrobił, żeby pokonać moce zimna i szarości. Nikt nie walczył i nie używał miecza. Ogień spadł sam z nieba i dał na powrót ciepło i światło…i odwagę ! Starzy ludzie opowiadają tę moją historię nie do końca. Nie mówią o tym, że umarłem ze zmęczenia pod ogromnym dębem na samym skraju lasu. Bukowego lasu – jak na ironię. Pod jedynym dębem w okolicy, przy obłupanej i starej studni. Tam gdzie się wszystko zaczęło. Tam mnie też pochowali i zapomnieli. Leżę tutaj od lat i Ty jesteś pierwszą istotą, której na tym świecie opowiadam tę historię. Szkoda, że czasami wszystko dzieje się samo i bez powodu. Ale ja mam do Ciebie prośbę. Wystrugaj mi z drewna tabliczkę i napisz moje imię. Umieść pod dębem… może przybij do niego…? Cholernie ciężko jest być anonimowych i zapomnianym…                                                                                                              
TagsTags: proza poezja życie śmierć 
March 28, 2008March 28, 2008 Add comment4 comments Uncategorized Uncategorized

 

Świat jest piękny... pachnie kwiatami i pomarańczą. A na drzewach rosną serdelki z czekolady. W rzeczkach płyną strumienie kawki razem z mleczkiem. Jedzonko zjawia się jak dobry duch w takiej postaci w jakiej zamarzę... Na talerzykach ze srebra i złotej pajęczynki. Nimfy bose przynoszą do mnie ciekawostki wiosennego świata. Małe żuczki o stalowych pancerzykach błyszczących jak granatowa noc, wiewiórki mówiące ludzkim szeptem, śmiejące się krasnale z rozczochranym włosami.  Ludzie cały czas się uśmiechają i kłaniają mi nisko szepcząc: kochamy Cię ... kochamy... Góry są z przepysznych piernikowych ciasteczek z marcepanem w miejscu gdzie normalnie powinien być śnieg. Zwierzęta chodzą na paluszkach kiedy śpię i bawią się wesoło ze mną kiedy mam ochotę się bawić. Kołderka spada z nieba codziennie nowiutka i pachnąca świeżym praniem prosto na mnie i od razu mnie przykrywa. Za chwilę zjawia się Dobra Wróżka i całuje w czółko na dobranoc... W nocy śnią mi się same bezpieczne i piękne rzeczy. Po obudzeniu stoi już przed łóżeczkiem pachnące śniadanko z dymiącym kubeczkiem kakao ze świeżutkimi bułeczkami. Święty Mikołaj od razu  pyta się mnie - czy nie chciałbym przypadkiem dostać wcześniej prezentów. Nie ma sensu czekać do Bożego Narodzenia. Oczywiście ja chcę - więc grzebię w wielkim worku z najróżniejszymi prezentami i wybieram... wybieram... wybieram...

Kiedy już wybiorę wiatr unosi mnie na poduszkach obłoków ponad zieloną trawą na kołyszący spacer. Widzę z góry malutki świat - rozsłoneczniony światłem ciepłym i nadającym życiu sens. Zapewne usypiam od kołyszących ruchów wiatru. Jak milutko jest spać w bezpiecznych objęciach obłoków na cieplutkim słonku...Ach... leżeć na słonku i wygrzewać ciałko ... albo w kwiatach które odurzająco pachną ... albo w cieniu wielkich drzew pod którymi sennie brzęczą owady... Na pewno gdzieś jest taki świat - tylko trzeba poszukać.

TagsTags: proza poezja 
March 22, 2008March 22, 2008 Add comment2 comments Uncategorized Uncategorized
 

Spotkałem Wolność. Miała postać starca. Stała zgarbiona i zamyślona nad krawędzią ogromnego wąwozu. W dole pobłyskiwała wstążka wody. Po drugiej stronie wspinała się stroma i kamienista ściana. Wiatr szarpał jej ubraniami. Sprawiała wrażenie zaniedbanej... Powiedziałem do niej o swojej tęsknocie... o tym jak pragnę być ciągle z nią - Wolnością...Jak pragnę z całych sił... całym swoim sercem....

Spojrzała dziwnie i wzruszyła ramionami. Przeczesała włosy zakrzywionymi palcami jak wielkim grzebieniem...

Uśmiechałem się zbity z tropu i patrzyłem z oddaniem i wiernością w jej oczy...

„Pozwól zostać ze sobą do krańca mych dni" - szepnąłem - „-tak długo Cię szukałem, tak długo wędrowałem przez labirynty życia, żeby wreszcie znaleźć Ciebie tutaj..."

Wolność popatrzyła na mnie ze wzrokiem smutnym i nieobecnym... Milczała.

„O Wolności! Moja najpiękniejsza i wytęskniona, pozwól mi być Twoi oddanym sługą, teraz chyba nie potrafiłbym żyć bez Ciebie... Dość mam zniewolenia i kłamstw, które idą wraz z nim w parze, chcę Ciebie Wolności i Twojej Prawdy..."

Szeptałem tak coraz goręcej i coraz głośniej...

Wolność nabrała głęboko powietrza. Westchnęła. Rozpostarła szeroko na boki swoje ramiona.

Wyglądała przez chwilę jakby chciała odlecieć. Mimo jej niedbałych szat i starczego wyglądu miała w sobie nieznaną potęgę.

Stałą wystawiając twarz na podmuchy wiatru który wił się szarpiąc kępki traw wystające z krawędzi urwiska.

„No to chodź ze mną, mój sługo!" - to były jedyne słowa jakie wypowiedziała i pochyliła się nad przepaścią ... jak ptak z rozłożystymi skrzydłami, wyprostowana jak struna położyła się na wiatr i skoczyła w otchłań przepaści.

Przez chwilę stałem zdumiony jej odejściem i oniemiały. Sparaliżował mnie strach. Cisza dźwięczała teraz mi w uszach i zniknął szelest jej szat i łopot rękawów...

Było całkowicie cicho i z przerażeniem czekałem na odgłos uderzenia. Uderzenia jej ciała o dno wąwozu...

Bałem się podejść do krawędzi i spojrzeć w dół...

Bałem się odejść w drugą stronę... bez Niej, bez Wolności, której tak długo szukałem...

Nawet już nie liczyłem lat, nawet nie wiedziałem jak wiele czasu poświęciłem dla niej... i teraz  w jednej chwili ją tracę ?

Padłem na ziemię i podczołgałem się nad urwisko. Spojrzałem. W dole słońce lśniło klejnocikami na strużce płynącej po dnie. Nie było śladu po Niej ...

Leżałem tak do wieczora... Potem nie pamiętam czy minął jeden dzień, czy dwa...

Gdy wstałem było pusto... i ciemno...

Wróciłem do domu... Przygnębiony i  bez sił... Zakończyłem swą podróż. Nie stać mnie na kolejną...

Nie chcę już Jej szukać, skoro i Ona mnie nie chce... Wolność ... tak bliska i tak daleka...

Teraz zauważyłem jak bardzo zapomniałem o sobie... Szukałem nie zważając na upływ czasu. Szukałem Jej nie troszcząc się o zdrowie i siły, nie zważałem na swój wygląd i ubranie. Teraz siadłem przed lustrem. Postanowiłem umrzeć. Lecz nie chciałem umierać brudny i zaniedbany.... Przyniosłem brzytwę, mydło, ręcznik i czystą koszulę. Spojrzałem w odbicie... zdrętwiałem a ciarki jak kolce przeszły po mojej skórze. Patrzyłem w twarz, którą znałem. Znałem z nad przepaści. To byłą twarz Wolności.... I takie same ubranie i taka sam starcza ręka ... przeczesałem włosy.... Boże ... ten sam gest , ten sam smutek i zamyślenie. Siedziałem a ogień palił się w moich włosach. Siedziałem bez ruchu ... dreszcze szarpały moją piersią ... głową... plecami... płomienie pochłonęły mnie całego...

Wolność - ta w lustrze - uśmiechnęła się łagodnie i pocałowała mnie w czoło ... bez słów...

D.H. 22marca2008

TagsTags: proza poezja 
March 17, 2008March 17, 2008 Add comment1 comments Uncategorized Uncategorized
 

Uwielbiam łóżko...Mogę leżeć w nim godzinami...

głaskać sufitu aksamit myślami

bielutki krochmalony opłatek pościeli

na nagim ciele lgnie jak pocałunek

ogromny pocałunek bo mam ciało wielkie

czasami nie potrafię go podnieść ponad smuteczek

ponad rozżalenie i bezmyślny sen

Bardzo lubię łóżko w którym mógłbym mieszkać

Tylko potrzebny mi jeden jeszcze piecyk

Ciepły i głaciutki w moje rozczochranie

Wplątany płomieniem pachnącego ciała

Kiedy okno puka deszczowymi paluszkami

I parapet spija kropelki nieba

Pod poduszką łaskocze zapomniany budzik

Przypomnieniem że życie puścić przodem trzeba

I wyciągnąć dreszczami nasiąknięte ciało

Przycisnąć mocno i przylgnąć zachłannie

Do Twojego gorąca, Twojej wyobraźni

Razem utkać marzenia i popłynąć w górę

Tam już czasu nie ma i nie ma pośpiechu

W nieładzie pościeli szukają się stopy

Paluszkami stykając sennie albo czule

Lampka świeci cicho mrucząc coś pod nosem

Odpinając guziki pod płótna koszule wsuwam

Mokre palce swoich tęsknych dłoni ...

Uwielbiam łóżko i małą zatokę...

Oceanu gdzie Twoja muszelka faluje...

 

D.G. 17marca2008

TagsTags: poezja seks 
March 15, 2008March 15, 2008 Add comment0 comments Uncategorized Uncategorized
this blog only for friends
TagsTags: poezja życie śmierć 
March 13, 2008March 13, 2008 Add comment2 comments Uncategorized Uncategorized

Miłość, kochanie... jest czasami malutka...

Czasami tylko potrafi całować...

Niczym stokrotka... albo niezabudka

A czasem potrafi zupełnie zwariować

I wtedy ognista bez opamiętania

rozszarpuje więzy i gwiazdami rzuca

I boleśnie jęczy i zrywa ubrania

Naga i ...wielka ...i prawie bez czucia...

TagsTags: poezja wiersz 
March 13, 2008March 13, 2008 Add comment0 comments Uncategorized Uncategorized
 

Po samotnym tańcu na krawędzi rysy

Serce się odpięło i pobiegło w trawę

Urosłem słowami... ukochaniem ciszy

Wynuciłem melodię zapomnianą prawie...

 

Pękła moja dusza od nadmiaru tęsknień

Wypuściła ogień i płonący kamień

Teraz mały... w zieleni się zanurzam pięknej

W kwiatach jak powodzi zanurzam się cały

 

Oddycham powietrzem, jem chleb z marmoladą

W głowie mam czyściutko - myśli się pospały...

Niechaj filozofom prawda stuka w czoło

Ja wybiegłem na łąkę golutki i mały...

 

I złapałem żabę, polizałem patyk

W ziemi czarnej palcami odcisnąłem stopę

Ubrudziłem się życiem takim jak przed laty

Chociaż ojciec mi mówił -  żem jest starym chłopem...

 

I się śmieli w sąsiedztwie tłuści autochtoni

Zajadając opinie sierpem przykrojone

A ja w głogu kwitnącym poszukałem woni

I z błyszczącym tyłkiem... i z płonącym czołem

TagsTags: poezja wiersz 
March 12, 2008March 12, 2008 Add comment2 comments Uncategorized Uncategorized

Siedziałem pod drewnianym dachem. Krople bębniły, bębniły... jakby Stary Człowiek stukał palcem w puszkę...

Pustą...

pachniało tlenem mocno ... trawa słodka i ziemia czarna, cierpka... ulatywały ponad liście dębu...

Sosny rozdarły powietrze i natychmiast prawie świat zniknął na ułamek sekundy. Huk obezwładnił mój oddech i za chwilę serce wyskoczyło z ciała... Błyskawica wdarła się głęboko pod ziemię odzierając drzewo z ubrania...

Nagie i dymiące stało przede mną...

Zapragnąłem abyś Ty stała przede mną parująca pożądaniem , spalona ogniem... odarta z resztki śliskiej nylonowej...koszuli... W rozsypanych wokół pończochach, czerniach i czerwieniach nieznanej formy ...

bosa..

unieruchomiona ognistym płomieniem i pragnąca spalenia...

pragnąca całkowitego oddania siebie i swojej najciemniejszej kropli...

do końca i bez litości... do samego rana i uległości powietrza...

Ono układa się pod stopami... ono jest w moim wnętrzu i opływa mnie zewnątrz... stań się moim powietrzem... po którym ja będę chodził...deptał... miękko nagą stopą...będę Cię wdychał... będę Cię przecinał nożem jak piorun - drzewo... a Ty Staniesz się co raz piękniejsza... coraz boleśniej karminowa... i oddana po granice życia...

Aż ogień sięgnie nieba... i spali słońce... i zwęgli księżyce... popali gwiazdy... i wybuchną gejzery krzyku...jak ptaki spadną w głąb studni i zawirują pod wodą ...

I pożar zasyczy bielą ...mgłą... zasnute oczy Twoje ...

I usta rozchylone... zapomną co chciały powiedzieć i będą łapczywie spijać ciszę...

Twoja skóra pomiesza się z moją... nie będzie gdzie uciekać...łezka spłynie na Twoje udo... i podąży do warg odchylonych...

TagsTags: poezja seks 
Description
niegrzeczny_misiek
Posts: 9
Comments: 14
Po polach przechadzał się Bóg. Był stary, ale wyprostowany jak sosna... z głową uniesioną i wzrokiem wpatrzonym przed siebie... pogodny... wstałem z gęstej trawy... teraz mnie było widać. Bóg przystanął lekko zaskoczony... - Ty ...?. Kiwnąłem niemo głową.
Categories
Tags
8 poezja (8)
2 seks (2)
2 wiersz (2)
4 proza (4)
1 życie (1)
1 śmierć (1)