Posts
February 21, 2008February 21, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
 

Quasimodo:
Światło
Oświetliło moją chorą duszę
Nie,
Twego spokoju namiętnością nie naruszę
Maligna,
Północna maligna znów targa mym sercem
O Esmeraldo, śmiałem ciebie zapragnąć!
Mój ciężki krzyż - wieczne znamię/pieczęć potworności
Jestem gotów przyjąć za miłość cierpienie
Nie!
Garbus wzgardzony z przekleństwem na czole
Ja nigdy nie będę szczęśliwy na ziemi.
I po śmierci nie będzie mi dane zaznać spokoju
Duszę diabłu sprzedam za noc z tobą.

Frollo:
Raj
Obiecują raj twoje objęcia
Daj
Mi nadzieję! O moje przekleństwo!
Wiedz, słodka mi ślepa władza grzesznych myśli
Szaleniec! Wcześniej nie wiedziałem, co oznacza namiętność
Przez rozpustną dziewkę, niby przez diabła, opętany,Cyganka zuchwała moje zgubiła życie!
Żal,
Ironią losu odziany w sutannę
Na zawsze zostałem wydany na męki piekielne
I po śmierci nie będzie mi dane zaznać spokoju
Duszę diabłu sprzedam za noc z tobą.



Feb:
Śnie,
Świetlisty szczęścia mój śnie, Esmeraldo.
Jęk,
Grzesznej namiętności jęk mój, Esmeraldo
On wyrwał się z ust i potoczył kamieniem w dół
Rozbiło się serce białolicej (białoskórej) Fleur de Lis
Święta Dziewico, nie jesteś w stanie mi pomóc
Nie jest mi dane przemóc zakazaną miłość
Stój! Nie porzucaj mnie, szalone marzenie!
Piękno zamienia mężczyznę w niewolnika
I po śmierci nie będzie mi dane zaznać spokoju
Duszę diabłu sprzedam za noc z tobą.

Quasimodo, Frollo, Feb:
I w dzień, i w nocy jedynie ona przede mną,
I nie do Madonny się modlę, lecz do niej jednej
Stój! Nie porzucaj mnie, szalone marzenie!
Piękno zamienia mężczyznę w niewolnika
I po śmierci nie będzie mi dane zaznać spokoju
Duszę diabłu sprzedam za noc z tobą.

TagsTags: notredame 
February 21, 2008February 21, 2008 Add comment1 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
 

Bella - słowo ‘bella' narodziło się wraz z nią

Poprzez swe ciało i swe nagie stopy, ona

jest uniesieniem który uchwyciłbym i złapałbym,

lecz wznosi się z piekła by schwycić mnie

Zajrzałem pod jej cygańską sukienkę

Jakże teraz mogę modlić się do Maryi Panny?

Czyż

jest ktoś kto rzuciłby pierwszym kamieniem?

Należałoby go zetrzeć z powierzchni ziemi!

Choćby i diabeł niech sprawi, bym spędził życie

Z palcami we włosach Esmeraldy

 

 

Bella - w nią wcielił się demon

który odwraca me spojrzenie od Boga, ona

wzbudziła we mnie namiętność i pożądanie

Ciało wie, jakim ona jest rajem.

Czuję ból nieszczęśliwej miłości

I nieważne, że stanę się przestępcą

Ona

nie zdaje sobie sprawy z własnej urody

lecz dźwiga brzemię krzyża człowieczego

O, Panno Święta, choć raz bym chciał

Przez jej bramę wejść w nią jak do kościoła

 

 

Bella - porywa mnie swymi oczyma i magią

i nie wiem, czy jest, czy nie jest dziewicą

Pod jej suknią ukrywa się Wenus,

przez nią wspinam się na szczyt, wcale nieodległy

Kochanie, nie zabraniaj mi teraz zdrady

Nie zabraniaj mi skoku w bok tuż przed ołtarzem

Czyż

jest jakiś mężczyzna z krwi i kości, który mógłby odrzucić to pod groźbą kary, nawet gdyby miał się obrócić w słup soli? Mój Kwiecie Lilii, spójrz, nie ma we mnie wiary, zobaczę, czy nie odnajdę jej w ciele Esmeraldy

 

 

Zajrzałem pod jej cygańską sukienkę

Jakże teraz mogę modlić się do Maryi Panny?

Czyż

jest ktoś kto rzuciłby pierwszym kamieniem?

Należałoby go zetrzeć z powierzchni ziemi!

Choćby i diabeł niech sprawi, bym spędził życie

Z palcami we włosach Esmeraldy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TagsTags: notredame 
February 21, 2008February 21, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
 

Quasimodo

Piękna- To słowo wymyślone jakby specjalnie dla niej

Kiedy tańczy i kiedy odsłania swoje ciało,

Jak ptak, co rozkłada skrzydła, żeby ulecieć,

Wtedy czuję, jak piekło otwiera się pod moimi stopami

Moje oczy spoczęły na jej cygańskiej sukni

Po cóż mam jeszcze modlić się do Matki Boskiej?

Któż

Pierwszy rzuci w nią kamieniem?

Ten nie zasłużył, by być na ziemi.

O Lucyferze!

Pozwól mi choć raz

Wsunąć palce we włosy Esmeraldy

 

Frollo

Piękna - Czy to diabeł się w nią wcielił

By odwrócić mój wzrok od wiecznego Boga?

Umieścił we mnie to cielesne pragnienie

By przeszkodzić mi spoglądać w Niebo?

 

Ona nosi w sobie grzech pierworodny

Czy pragnąć ją czyni ze mnie przestępcę?

Ta,

Którą brano za ladacznicę, za nic nie wartą,

Nagle wydaje się dźwigać krzyż ludzkości

O Matko Boska,

Pozwól mi choć raz

Przekroczyć furtkę do ogrodu Esmeraldy

 

Feb

Piękna - Czyżby mimo swych wielkich, czarnych oczu, które oczarowują

Panna była jeszcze dziewicą?

Kiedy się porusza, widzę cuda

Pod jej spódnicą w kolorach tęczy

 

 

Moja Dulcyneo, pozwólże mi być ci niewiernym

Zanim cię poprowadzę do ołtarza

Kim

Jest mężczyzna, który odwróci od niej wzrok

Choćby pod karą zamiany w słup soli

O, Kwiecie lilii/ Fleur-de-Lys

Nie mam wiary

Zerwę kwiat miłości Esmeraldy

 

Trio:

Moje oczy spoczęły na jej cygańskiej sukni

Po cóż mam jeszcze modlić się do Matki Boskiej?

Któż

Pierwszy rzuci w nią kamieniem?

Ten nie zasłużył, by być na ziemi.

 

O Lucyferze!

Pozwól mi choć raz

Wsunąć palce we włosy Esmeraldy

 

 

TagsTags: notredame 
January 18, 2008January 18, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
W epoce bloków z betonu Ciężko jest być trubadurem Bo zamiast z Bianki wdziękami Zazwyczaj spotkasz się z gburem Jak serenady tu śpiewać W pieśni odsłonić swe wnętrze Jeżeli słów adresatka Mieszka na 12 piętrze Syzyfa nie Trubadura Cały Twój staje się trud Gdyż oprócz niej na balkonach Tkwi mocno wkurzony lud I czar miłosnej ballady Wnet przerwie gniewu ich błysk Ktoś krzyknie o takie słowa Stulże Pan w końcu swój pysk Zakłócasz Pan nocna ciszę Przez Ciebie nie mogę spać Przestaniesz chamie zawodzić Taka twa i jego mać Więc ja mam być trubadurem I sławić Bianki swej wdzięki Jeśli ze wszystkich balkonów Płyną przekleństwa i jęki Czasem w zaciszu mieszkania Gdy na to ochotę mam wielką Chwytam gitarę w swe dłonie I grać zaczynam flamenco Piosenki Brela, Brassensa Stachury i Karczmarskiego Modlitwę Okudżawy I konie Wysokiego I tak na miarę tych czasów Bezdusznych bloków z betonu Zamieniam się w trubadura Gdy śpiewam sobie w mym domu
TagsTags: różne 
January 18, 2008January 18, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Gdy wstaję rano, to Ona już czeka otula swym ciepłem, uśmiechem urzeka i takie jest moje poranne wstawanie I za to wstawanie Dziękuję Ci Panie. Gdy z pracy powracam i siadam do stolu to Ona, choć dzień był ciężki i pełen mozołu wciąż czeka. A noc panuje na dworze. I za to wracanie Dziekuję Ci Boże. Za łzy, za dzieci, za jej wieczne trwanie Za lata minione, za to co się stanie Za dni i noce i za jej gadanie Za Żonę dziękuję Dziekuję Ci Panie
TagsTags: różne 
January 17, 2008January 17, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Rzekł Pan: stań się piękno I piękno się stało, a z piękna ulepił Pan Kobiety ciało I tchnął Pan w jej duszę pragnienie miłości wrażliwość, tęsknotę kropelkę boskości jad żmii, kamforę gałązkę szafranu, cierń ostrą ja sztylet, eksplozję wulkanu I rzekł do mężczyzny Raj Twym będzie udziałem gdy duszę kobiety posiądziesz wraz z ciałem lecz jeśli Cię tylko w niej ciało urzekło na sobie odczujesz jak straszne jest piekło Więc zgodnie ze Słowem wielb duszę i fizis dniem ,nocą szepcz czule mym jesteś nemezis
TagsTags: różne 
January 17, 2008January 17, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
I nie wódź mnie Panie Po gwiazd nieboskłonie Lecz złóż moją duszę Na kochanki łonie I nakarm mnie chlebem Niech zmieni się w ciało Bo ciepła jej ciała Jest mi ciągle mało I zmień wino Panie W tetniącą krew w skroniach Gdy trzymam jej dłonie W oszalałych dłoniach I odpuść mi winy I prowadź me dłonie I zbaw moją dusze Na kochanki łonie
TagsTags: erotyki 
January 17, 2008January 17, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Nie kryj ukochana przede mną swej joni nie skrywaj jej ,proszę, szalem wstydliwości na widok jej ogniem zawsze płoną oczy a duszę ogarnia żywioł namiętności Nie skrywaj swej joni gdy noc przyjaciółka rozpala w Nas żądze jasnymi gwiazdami lecz ukaż mi piękno naszej intymności oplecione pukli czarnymi zwojami Nie skrywaj swej joni nabrzmiałej rozkoszą jak wulkan, gdy lawa wzbiera w nim z zapałem dziś pieścić ją pragnę swych myśli dotykiem serenadą duszy, serca madrygałem.
TagsTags: erotyki 
January 17, 2008January 17, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Nie znasz dnia ani godziny gdy Ci życie numer wytnie ledwo o tym pomyślałem i się stało....... akssamitnie Nic to ze listopad, plucha ze deszcz siąpi wiatr zawiewa gdy rapsodią akssamitną nagle cały świat rozbrzmiewa W pubie gwar ludzkie gadania towarzyskie życie kwitnie cicho pyta mnie dziewczyna Jak się czujesz??? Akssamitnie!!!!!
TagsTags: różne 
January 16, 2008January 16, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Planety wróciły na orbity swoje. Krótki odpoczynek przed następnym bojem. Leżymy szczęśliwi - trwaj chwilo na wieki - przyglądam się Tobie całuję powieki rozchylone usta, piersi uniesione, brzuch w kropelkach potu, uda rozognione. Leżysz tak spokojnie ufna, rozmarzona nagle ... - cicho szepczesz jakby zawiedziona, lecz głosem figlarnym. W oczach Twych ogniki. Czas na przygaduszki mojej Eurydyki. Kochanku ??!!! Mężczyzno ??!!! Gdzie Twe obietnice !!!!! Wszak mi obiecałeś uczuć nawałnice !!!!! Rozkoszy ocean !!! Tornada !!! Cyklony !!! a leżysz spokojnie czyżbyś był zmęczony ??????!!!!!! Ja teraz chcę poczuć smak Twojej pieszczoty no rusz się najmilszy do słodkiej roboty Nooooooooo !!! ... rusz że się błagam nie wolno nam czekać ranek nas rozdzieli gdy tak będziesz zwlekać i umrę z tęsknoty za Twymi ustami za rąk Twych dotykiem za ich pieszczotami A jeśli nie umrę niech wie mój kochanek że zbrzydnę napewno nim nadejdzie ranek bo kobieta brzydnie gdy niedopieszczona nad ranem opuszcza kochanka ramiona. Byś zbrzydła !!!! Na Boga !!!!! Na to nie ma zgody !!!! Jak diament rozbłysną blaski Twej urody nim na jasnym niebie błysną jutrzni świece barwami rozkoszy ciało Twe ukwiecę !!!!! Już dłoń moja zmierza pieszcąc Twój naskórek ku słodkiej zatoce gdzie wenery wzgórek gdzie dwa słodkie uda pieszczoty błagają lekko rozchylone kochanka czekają ledwo ich dotknąłem dreszcz przeszył Twe ciało Czyżby moich pieszczot wciąż Ci było mało ??? Wtulasz się namiętnie, ja dłoń swą wstrzymuję, i szepczesz cichutko : Miły mój żartuję poleżmy spokojnie jak dwa dobre duszki wiedz o tym najdroższy że to przygaduszki, które tylko magii nocy tej dodają to słodkie rozmówki tych co się kochają.
TagsTags: kamasutra 
January 15, 2008January 15, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Wśród kobiecych diabłów wielu ten też opisania godny, potocznie się go określa mianem: diabeł bardzo modny. Gdy najdroższa w świecie żona nazbyt długo w szafie grzebie możesz pewien być, że krzyknie: nie mam co włożyc na Siebie! to znak ze ten właśnie diabeł chwycił ją już w szpony swoje żmiji jad sącząc do uszka nie są modne stroje Twoje !!! I podżega żonkę miłą w usta jej wkładając słowa Nie bądż mężu takim sknerą potrzebna mi suknia nowa!!!! nie ma co na siebie włożyć prawda li to czy też blaga? dla mnie Ona najpiekniejsza wtedy jest, kiedy jest naga. Lecz przemilczam tę myśl śmigłą bo lepiej nie drażnić byka Ona nie ma się w co ubrać a szafa sie nie domyka! Cóż więc począć w takim razie kiedy żona zrozpaczona i choć szafa w szwach swych pęka jej się marzy suknia nowa? skenrstwo, skąpstwo i egoizm miłość zawsze przezwycięża do portfela wkładam dłonie bezlitośnie duszę węża. Pa! spławiczku, kołowrotku żegnaj wędko wymarzona! na sukienkę was zamienię w którą się ustroi Żona. Wielkie szczeście! wielka radość we mnie kipi,wrze,buzuje lecz jak złapię tego diabła na wieki go zaknebuję!!!!!!
TagsTags: kobiecediabełki 
January 15, 2008January 15, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Noc jest taka piękna,
ciepła i magiczna
wokół atmosfera
bardzo  erotyczna
czyli rzecz ujmując,
ciut bardziej dosadnie,
są takie warunki
że zaraz tu wpadnie
diabeł , by opętać
mego serca damę
zniknąć w swej kryjówce
i zatrzasnąć bramę.
Nie pozwolę na to !!!!
więc z wielką ochotą
miłą egzorcyscie
zajmę się robotą.

wpierw niby przypadkiem
(by nie spłoszyc drania)
wtulam się w kochankę

brak znaków opętania ????!!!!!!!!!

pożniej delikatnie
w szyjkę ją całuję

diabeł siedzi cicho
i nie reaguje ????!!!.

przytulam się mocniej
do kochanki główki
teraz go wypłoszę
z tej jego kryjówki

szok i konsternacja !!!!!???

diabeł ze mnie drwi !!!!????
gdyż kochanka moja
jak spała tak spi

rusz się diable czarny !!!!!
męcz kochanki duszę !!!!!
w nocy tak cudownej
ja wykazać  muszę
jakie drzemią we mnie
egzorcysty moce
męcz ! mówię do diabła !!!!!!!
męcz ! bo Ci przygrzmocę !!!!!!!!!

Cisza,  brak reakcji
dziw wielki nad dziwy ???
trafił mi się diabeł
okrutnie leniwy.
W sytuacjach takich
Napoleon mawiał
nie będzie się diabeł
okoniem nam stawiał,
urągał męskości
w sposób oficjalny
więc zarządzam zaraz
nań atak frontalny

Sprawa jest poważna
a nie zaden witz
atakuję śmiało
jak On pod Austerlitz
ogniem pocałunków
wspierając natarcie
(do jasnej cholery
zacznij męczyć czarcie !!!!!!!!!!!!)

ruszam na fortecę
gdzie zazwyczaj gości
ten bies rodem z piekła
i nagle ..... wciornośći !!!!
gdym się już doń zbliżał
w desperacji swojej
słyszę słodki głosik
ukochanej mojej
że koszulka nocna
dla dwojga za ciasna
to mi powiedziała
kochanka ma własna
i bym się nie wiercił
i już jej nie budził
głos mojej kochanki
zapał mój ostudził
więc zgodnie z rozkazem
opuściłem kopie
i sam sobie rzekłem
śpij spokojnie ........ chłopie.
TagsTags: kobiecediabełki 
January 15, 2008January 15, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Tkwi w kobiecie diabeł taki
co wypędzić go nie można
i nie ważne czy kobieta
jest rozpustna czy pobożna.
Drzemie w każdej, bez wyjatku,
więc spraw by sen to był wieczny
lecz arszenik albo cyjanek
tutaj całkiem jest zbyteczny.
Co masz czynić sie zapytasz
gdy zbyteczna jest trucizna?
czytaj księgę! tam jest wiedza,
którą winien znać mężczyzna.
spostrzegawczość wyostrz swoją
szybkość myśli włacz peceta
bo zmian w niej niedostrzeganie
żadna nie lubi kobieta.
Jeśli, dla przykładu, Ona
o milimetr włos swój skróci
nie spostrzeżesz tego bratku
przeciw Tobie się obróci
Twe gapiostwo oczywiście
bo obudzisz tego czarta
a zachwytu nad tą zmianą
Twa kochanka wszak jest warta.
Gdy na głowie jej fryzura
jakby piorun w snopek strzelił
nie zachwycić się widokiem
abyś mi się nie ośmielił.
To dla Ciebie przyjacielu
te maseczki i cud diety,
kremy, żele, papiloty
diabli arsenał kobiety.
Wciąż zachwycaj się, zachwycaj!
od poranku, po świt blady
bo tak już jest na tym  świecie
, że to lubią wszystkie baby.
TagsTags: kobiecediabełki 
January 15, 2008January 15, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Kobieta jest aniołem choć diabły też w niej siedzą i jak je unicestwić od wieków się na tym biedzą etyka z filozofią i Ojcowie Kościoła a sprawa jest łatwiejsza niźli odkrycie koła więc jak rozpoznać znaki kobiety opętania ? madrości te zawiera księga zapomniana zwana przez niektórych egzorcyzmów ksiegą w niej wiedza jest tajemna a wiedza jest potęgą Więc rad kilka w sposobie jak wyrwać diabłu duszę udzielę w tym wierszyku bo to uczynić muszę by kobiety anielskość wciąż nas urzekała i aby mąk piekielnych zbyt długo nie cierpiała Czart co w kobiecie siedzi w swej diablej ma naturze że ukryć się potrafi nawet w najmniejszej dziurze i zwykle sie tam skrywa gdzie wzrok nasz już nie sięga gdzie pukli gąszcz splatany i tajemnicza głębia ta księga tak podaje a księdze wierzyć trzeba gdyż wiedza w niej zawarta genezą sięga nieba Śmiało tam podążajmy by stanąć z diabłem w szranki i wyrwać z jego szponów duszyczkę swej Wybranki. Gdy sie już z nim zmierzymy, niechaj mi każdy wierzy, że zwyciężymy diabła jak smoka św.Jerzy bo dały nam niebiosa broń co go tak zniewala a moc jej jest ogromna jak moc św Graala więc walczmy świętą bronią długo i niestrudzenie aż w oczach swej Kochanki ujrzymy uwielbienie to znak pewny ze Ona zmieniła sie w Anioła. Lecz sprawa z tym diabełkiem ma trajektorię koła bo jak fenix z popiołów lub jak Syzyfa praca diabeł sie wciąż odradza i do kryjówki wraca i tak od wieki wieków trwa walka z nim zażarta ( i dobrze !!!!) gdyż smutny byłby świat bez tego właśnie czarta ...
TagsTags: kobiecediabełki 
January 15, 2008January 15, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Co to za dziwne pytanie czy grzechu Ty jesteś warta ? jesteś ! jesteś ! i basta !!! do diabła oraz do czarta! Mężczyzna wielbiąc kobietę ,powiedzieć to przecież muszę widzi nie tylko jej ciało lecz przede wszystkim jej duszę hmm ??!!! chyba łżę odrobinkę więc dodam z wielkim pośpiechem ,że kiedy grzeszę z kobietą to grzech przestaje być grzechem I jeszcze płci zwanej brzydką słów cierpkich powiem tu troszkę ten kto nie zgrzeszył z kobietą na zawsze bedzie świetosz...dupkiem
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 15, 2008January 15, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Życie jest tylko jedno, ja dobrze o tym wiem od dziś stosować będę zasadę carpe diem Odrzucam nudne życie nie będę patrzeć wstecz od dziś tylko rozkosze ! zabawa! rozum precz! Decyzją tą wkroczyłem na drogę bardzo śliską więc dla równowagi agencję towarzyską odwiedzę dziś wieczorem (zawiezie mnie mój Matiz) w reklamie ich podali trzecia godzina gratis czyli za darmochę rozkoszy bukiet słodki czekają już tam na mnie Kocice, kicie, kotki ****************** Przechodzę bardzo śmiało przez agencji bramy świadomość mam, że tutaj mile jestem widziany szarmancko, niczym hrabia, uczcie się narody ! zamawiam w wielkim stylu szklaneczkę pełną ..... wody spojrzeniem swym omamiam uroczo wznoszę brew i budzi się już we mnie drapieżny męski lew tu szepnę miłe słówko albo zagadam zgrabnie szcześliwa ta kobieta co w me ramiona wpadnie Don Juan?!, Casanova?? erotyczna dewocja niech zyje carpe diem !!! i niech żyje promocja !!!! otula moją fizis namiętny kobiet wzrok i słyszę jak mi szepcą chodż ze mna tam gdzie mrok okryje nasze ciała ja rozkosz Tobie dam lecz jestem nieugięty przy barze ciągle trwam "... pierwsza druga wpół do trzeciej jak ten czas powoli leci ..." ****************** Wybiła chwila prawdy z radości dusza drży kurantem się zaczęła godzinka numer trzy. Nie tracę chwili i co sił na górę wbiegam z Rudą chwila jest piękna - carpe diem zaś reszta jest ułudą ! Ruda namietniętnie ku mnie lgnie cichutko szepcąc to : godzinka ze mna Kotku mój kosztuje złotych sto Gdym odrzekł jej naiwnie tak Ty mi za darmo dasz, promocji słodkiej nadszedł czas, ujrzałem Harpi twarz co przerazliwym głosem złym głosno krzyczala - Piiiiciaaaaaaaa !!!!!!!! mój klient chce mnie teraz kryć a czek ma bez pokrycia !!!! Jak wściekły byk wnet zjawił się atleta bardzo młody i wprawnym ruchem uniósł mnie i wyrzucił na schody a lot mój, ech nie bedę kryć, na miare był Małysza frunąłem w przestrzeń niczym ptak rzucony przez hołysza. Ikarem byłem kilka chwil, a chwilą przecież zyłem gdy spadłem On już przy mnie stał i znów unosiłem Aż w końcu mną, otworzył drzwi, upadłem na irysy wachając kwiatki słysze głos dam Ci k......a gratisy !!!! Ten mój upadek sprawił, że nadzieja we mnie świeci ze lot mój, jak Ikara lot opiszą też poeci. i jeszcze tylko powiem to Panowie oraz Panie przenigdy, obiecuję Wam, nie zaufam reklamie.
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
W niedzielę wieczorem, Razem z moim Panem w niebiańskiej gospodzie nad węgrzyna dzbanem, siedzielismy sobie bawiąc się, ucztujac i miłym widokiem oczy swe radując. W oddali Wariella wśród kwiatów i kwiatków żonkilów, kaczeńców jaśminów, bławatków pląsała radośnie sławiąc imię Pana a w listek figowy była przyodziana Ambrozja dla oczu !!! dla duszy poezja każdy ruch jej ciała zmysłowa finezja. Piersi, biodra, uda, długie jasne włosy i brzuszek zroszony kroplą rannej rosy, jej błękitne oczy i twarz roześmiana wyrażały miłość dla Stwórcy! dla Pana.! Wyrwała się z więzów ma niesforna dusza wśród burzanów wonnych za Wariella rusza nurza się i tarza, tańczy i wiruje to sie doń przytuli to ją pocałuje to wzleci w niebiosa to u stóp jej spadnie i listek figowy dla żartu ukradnie Z objęc tej fantazji wyrwał mnie głos Pana : powstrzymaj swe myśli dla niej jest pisana nie miłość fizyczna ale miłość ducha. Mów Panie, mów prosze Twoj sługa cię słucha ! Podczas gdy On mówił mowę miłą gładką nadeszła Wariella gryząc słodkie jabłko i speszonym głosem gdyż się rumieniła cel swojej wizyty szybko wyjawiła. Panie mój najmilszy Skarbnico miłości To co teraz powiem pewnie Cie rozzłości Powiem w kilku slowach co się ze mną dzieje Tu ciało me płonie a tu - wilgotnieje. Cos mi szepce w ucho wciąż kusi, tak neci Mężczyzny ! chcę Mężczyzny !!! a w raju sami święci !!! pieszczoty chcę fizycznej od boskiej innej zgoła Kochanka daj mi Panie !!!! a nie Stróża Anioła Bo we mnie jest namiętność i sex tez we mnie drzemie Pa ! Pa! Kochani moi wyjeżdzam dziś na ziemię. I odeszła. A my zostalismy sami ze wszystkimi swiętymi oraz z Aniołami. Podrapał sie Pan w głowę brodę swa pogladził nachylił się do Piotra i długo cos z nim radził Az wreszcie tak rzekł do mnie, spokojnie i bez złości za to, że zerwała z drzewa wiadomości owoc zakazany z raju ja wygnałem tak napisz w swej kronice. A ja to zapisałem ... I szybko sie oddalił, rzecz to niesłychana, słyszalem, ze na Ziemi imię przybrał Adama
TagsTags: wariella 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Wielbi Pana mego wszelki duch i duszek za dzieło stworzenia za Warielli brzuszek Oj, było z tym brzuszkiem wielkie zamieszanie nim Pan wyrzekł w końcu słowa : niech się stanie. I stało się, stało ziściło się słowo. Zacznę od początku z łacińska ab ovo. Dzieło wieńczy koniec zdrobniale koniuszek więc w sobotni wieczór stworzył Pan jej brzuszek lecz chyba zmęczony był już swoją pracką gdyż brzuszek jej zrobił na modłę sarmacką. okrągły jak piłka, jak dojrzała dynia no wypisz wymaluj buddyjska boginia !!!!! Nikt takiego brzucha nie ma na tym świecie Lecz czy on pasuje Wariieli !!??Kobiecie !!!??? Więc po raz kolejny przy dziele stoworzenia wyrazić musiałem własny punkt widzenia! Brzuch kobiety Panie jest jak górska hala co przyciąga wzrok mój i myśli zniewala niby jak stół gładki a w swojej gładkości magicznie podkreśla wszystkie jej krągłości. to diament w koronie kobiecej urody i zdania nie zmienię na to nie ma zgody !!!!!!!! Jest on też mój Panie bezpieczną przystanią gdy zbudzone dziecko twarzyczkę spłakaną przytuli do niego z głębokim westchnieniem Na tym brzuszku własnie znajdzie ukojenie. Zanurzył się Pan mój w myśli swych otmęty ważąc bardzo bacznie moje argumenty Wreszcie machnął ręką dotknął palcem brzuszek na pamiatkę tego tam jest jej pępuszek i rzekł do mnie cicho bardzo juz zmęczony ech grzywko, ech grzywko poeto szalony Ja stworzyłem dzieło A Tobie wciąż mało i wymówił słowo i ciałem się stało.
TagsTags: wariella 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Zawezwał mnie mój Pan, i bez zbędnej gadki rzekł do mnie : skończyłem Warielli pośladki cudowne ich kształty i rozkoszna linia, z tymi pośladkami Ona jest boginia. Na widok tych półkul nawet Anioł Michał z zazdrości zzieleniał złościł sie i prychał Gauguin i Picasso, dusze artystyczne, orzekli króciutko: pośladki są śliczne. Ty ich nie zobaczysz boś wielki ladaco. Spojrzałem błagalnie Panie moj !! a za co !!! tak ciężko doświadczasz mnie, sługę wiernego skąd ten srogi wyrok Panie mój ?! dlaczego ? Nie strzeż od zarazy, ognia, przed plotkami lecz dozwól wzrok sycić tymi pośladkami. Nie strzeż od uroków, niech mnie pieklo weżmie jeśli ich nie ujrzę dusza moja szczeżnie Umrze ! szczeżnie ! zginie ! juz nie zmartwychwstanie ! wyrok ostateczny !? wola Twoja Panie !!! wciąż niezłomnie wierzę ,nie tracąc nadziei, że Pan w swej dobroci wyrok ten odmieni Nagle słyszę w głowie diaboliczny głos a Testament Stary !!!! a Mojżesza los !!! Mojżesz był wybrany widział ziemię świetą lecz ziemi tej nigdy nie dotknął swą pietą może ujrzysz kiedyś jej pośladków wdzięk pieścic ich nie bedziesz, nigdy !!! Choćbys pękł.!!! Apage satanas !!!! idż precz diable butny !!! Mój Pan jest dobrocią On nie jest okrutny Pismo wciąż podkreśla przy swym Panu trwaj kto gorąco wierzy ten otrzyma raj bo cóż może dla mnie większą być nagrodą niż pieścić jej pośladki za obojga zgodą.
TagsTags: wariella 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Bezczelnie zadałem Stwórcy to pytanie Czy już u Warielli pierś taka zostanie ??!!! Bo widzę absolut Formę doskonałą pierś jędrną i kształtną lecz trochę za małą Takich kształtnych piersi i greckie boginie pozazdrościć mogą a Grecja wszak słynie z najpiękniejszych piersi i nie bez kozery, tak mówi płeć męska, na pierś dużą, kształtną że to pierś helleńska Czy piersi Warielli od greckich kształtniejsze maja być w ich cieniu przez to, że jest mniejsze ?!! Nie dajmy greczynkom tak łatwo zwyciężyć więc piersi Warielli racz Panie powiększyć !!! Bo gdy piersi większe to i mowa ciała jakby wyrazistsza bardziej zrozumiała kiedy się unoszą i kiedy falują wyrażają wiele tym co je miłują Tu przytoczę jeszcze takie celne zdanie w większe piersi słodsze bywa nurkowanie. Modlitwę o piersi ku Panu kieruję wyjaśniam, tłumaczę głośno peoruję A Pan tylko westchnął uśmiechnął się chytrze i krzyknął : Dawidzie !!! zagraj mi na cytrze dziś praca skończona graj mi, graj do rana A piersi mój Panie ???!!!! spojrzałem i ................. Błogosławi dusza moja Pana.
TagsTags: wariella 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Gdybym miał napisać odę a odę czasami napisać mi się uda napisałbym odę na Warielli uda. Napisalbym poetycko tak z grecka, delficko, pokrętnie , romantycznie, i trochę epicko, tajemniczo, dwuznacznie, bardzo erotycznie od serca i z głowy troszeczkę lirycznie że są delikatne jak jedwab, gładkie jak lapis lazuli, że przyciagają jak magnez że się do nich tuli wzrok mężczyzn i chłopców że są antycnotą to znaczy na ich widok już pałasz ochotą by zanurzyć się w grzechu w rozkoszy wielbienia. Jej uda tak działały juz od narodzenia. bo mówią znawcy Pisma że gdy Bóg odsłonił swe dzieło-jej uda- to bardzo się spłonił i krzyknął wielkim głosem spowiedzi mi trzeba !!! te uda nie pozwolą bym dostąpił nieba !!!! A ja grzeszny człowiek, poeta, ladaco, niecnota, drań, pijak z tych to co nie płacą tak bardzo podatny na każdy boski cud mam nie wielbić w wierszach dwóch Warielli ud ? I wnoszę przed Majestat prośbę swą błagalnie spraw Panie, bym te uda wielbił tez realnie
TagsTags: wariella 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Do tego poglądu teraz was nakłonię że bardzo piękne są Warielli dłonie. Każdy paluszek w Warielkowej rączce jest dziełem boskim bo w twórczej gorączce Pan długo rzeźbił jej smukłe ręce, chuchal i dmuchał przejęty wielce lepił, formował kształty nadawał zmieniał, poprawiał i się napawał pasją tworzenia, dłonią kobiety no i pobłądził Pan nasz niestety bo kiedy nikt Go nie obserwował On dzieło swoje czule całował Tu się wkurzyłem strasznie na Pana bo przecież w Biblii jest zapisana zasada taka opoka wiary zna tę zasadę młody i stary co święte Bogu jest przypisane lecz to co grzeszne dla ludzi dane a dłoń Warielli mężczyzn ma cieszyć mamić, przyciagać kusić by zgrzeszyć !!!!!! Więc zażalenie Mateuszowi Marii, Piotrowi oraz Pawłowi złożyłem szybko, zdecydowanie, niech Pan całować dłoń jej przestanie w przeciwnym razie narobię kramu składając skargę na bezczynność organu Lecz komu, nie wiem ? stąd w głosie troska !!! Może Warielli ??? przecież jest boska !!!
TagsTags: wariella 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
I stworzył Bóg Wariellę by zgnębić ród męski. Jej dzień narodzenia to dzień naszej klęski. Już od Himalajów aż po Świętą Ziemię słychać mężczyzn głosy : Zakochaj się we mnie !!!! Wariello cudowna ! Wariello prześliczna ! duchowa !! zmysłowa !! boska !!! erotyczna !!!! Lecz Ona niewzruszona jest na mężczyzn lament tylko kusi, czaruje, w sercach robiąc zamęt Jest jak twierdza, co nigdy nie byla zdobyta jak papirus, w którym, tajemnica skryta. Wiec ku przestrodze mężom i na chwałę Pana historia Jej stworzenia została spisana przeze mnie, choć niegodnym zaszczytu takiego by swym marnym piórem chwalić dzieło Jego.
TagsTags: wariella 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Chochliki w oczach włoski blond a minka cherubinka lecz jesli myślisz- robisz błąd- że grzeczna z niej dziewczynka z pozoru cicha , buzia w ciup nie powie ani słowa i nagle wybuch ,nagle łup i złość juz w niej gotowa to cyklon , tajfun a nie szkwał gdy erynią sie staje a gdy ja juz opęta szał na sobie drze ubranie szarpie i zrywa szmatki te koszulke stanik biały az oczkom ukazuje się widoczek doskonały tak sobie myśłę , że i ja ot atkie mam marzenie gdy Ewcia znowu bedzie zła też zdejmę swe odzienie to znaczy w strzepy porwę je we złości, pomroczności i szybko zgasze światło by, by znaleźć sie w ciemności będziemy rwac przez całą noc aż Eos się obudzi bo Ewci złość ma dziwna moc że bardzo zbliża ludzi a rankiem powiem slowa te z piosenki którą znamy ech życie, życie kocham Cię !!!! gdy z Ewcią się wściekamy
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Czego nie widzisz serce nie boli nie widząc słyszysz wtedy dowoli tworzysz obrazy po kazdy słowie demony legną sie w twojej głowie tragikomedia prawie gotowa moc taką maja zza ściany słowa Kiedyś na zlocie do mego uszka dosżło cichutkie slrzypienie łózka i głos kobiecy mówiący mu Nie tutaj Leszku!!!! Leszku!!!! nie tuuuu!!!! Już wyobraźnia z więzów spyszczona ciemny pokoik w nim On i Ona Juz wiem dokładnie co tam się dzieje na myśł tak miłą twarz mi sie śmieje i widze sceny tak erotyczny pod- nie- ca- ją- ce por- no- gra- fi- czne wokół unosi sie zapach bzu śmiech cichy słyszę Leszku!!!! nie tuuuu!!!!!! Ma chłop kłopoty nie ma co gadac wciąż podsłuchiwać??? czy podpowiadać czy Go zostawić w tej trudnej chwili gdy poziom z pionem wciąż mu się myli??? i klnę szkaradnie do diabłów stu bo głos jej słyszę Leszku!!!!! nie tuuuuuu!!!!! Trafi?????? nie trafi!!!??? pal, że to sześć lecz męski honor i mężczyzn cześć wymaga aby raz trafił w cel jak Robin Hood jak Wilhelm Tell Więc rusz się chłopie traf w słodka głębię czy jesteś facet co tylko w gebie mocny jest niczym ruskij gieroj gdy znó spudłujesz toś kiepski boj lecz jeśli trafisz zaradzisz złu zza ściany słyszę Leszku!!!!!! nie tuuuuu!!!!!! Chybił!!!!!!!!!!!!!!! cholera, nie wytrzymałem jak orkan wpadłem i....................?????? oniemiałem gdy ich ujrzałem mówię Wam kino!!!!! Oni po prostu grali w domino.
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Jak Odyseusza co w otchłani dziejów wiodły greckie bogi tak i mnie na czat do gejów rzuciły internauty drogi Towarzystwo w porządku dowcipne, rozmowne lecz to co mnie uderzyło to niki wymowne afirmujące nie tylko innośc seksualna ale tez więź ludzką społeczną realną Weźmy dla przykłady a cóż nam to wadzi choćby niczek taki zrobię_loda_dziadzi co za głębia uczuć!!! dla dziadka oddanie!!! treść, która on niesie wzrusza niesłychanie że ciagle w Nas żyje do działań gotowa najpiękniejsza z więzi więź pokoleniowa że to przykaznie byśmy sie kochali i drogiej osobie coś od siebie dali okazując miłość, zaangażowanie wnuczek wcieli w zycie i zdecydowanie nie kupi algidy,babci sie poradzi i sam, osobiscie zrobi loda dziadzi szczęsliwy jest dziadek gdy ló robi wnuczek szczęśliwy jest ojciec i kotek ich mruczek szczęśliwa rodzina i naród szczęśliwy lecz radość tę burzy diabełek złośliwy bo z ironią w głosie wciąz mi podszeptuje czy aby właściwe treści odczytuję???
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Zaczepiła mnie na necie ,ot tak od niechcenia, mówiąc że chce mnie uwiesć i że na imię ma… hmmm…powiedzmy że Lena W tym miejscu wiersza napisać muszę te oto słowa Ze wszelka zbieżność imion i zdarzeń jest zupełnie przypadkowa Że wszystko o czym tu piszę to wytwór mojej wyobrażni Licencia poetica bo imię Lena dla poety brzmi jak Mozarta muzyka gadaliśmy o sztuce seksu i o seksie w sztuce o seksie w polityce i seksie w nauce jak seks robią czarni czy tak samo biali gdy myśl się pojawiła byśmy się spotkali taki właśnie pomysł wpadł nagle do głowy termin -tuż po pracy miejsce-Plac Zamkowy Gdy się zjawiłem po wielkich trudach Wreszcie ujrzałemJą i ……….jej uda!!!!!!!!!!!!!! W myślach krzyknąłem Mój Boże złoty! Spraw bym się dostał w kleszcze garoty By moją biedna głowę poety Ścisnęły uda Tej to kobiety niech w tym uścisku wytrwam do rana! Na chwałę sztuki! Na chwałę Pana! Lecz też wyżyny urok swój mają Grzeszną rozkoszą wzrok przyciągają Który zazwyczaj w ziemi się nurza Oczy dojrzały dwa boskie wzgórza Jedno z nich Olimp Bogów schronienie (tutaj o zgrozo me przyrodzenie niczym barometr wyż oznajmiając też się uniosło mocno sprężając) drugie bliźniacze pierwszego godne oba rozgrzeją Cię w noce chłodne A między nimi przesmyk rozkoszy I tam się właśnie wzrok mój panoszył Usiadłem grzecznie uśmiech Belmonda Wzrok mój nieśmiało na Nią spogląda buzia anioła zielone oczy niby ją słucham lecz myśl wciąż kroczy miedzy te wzgorza słodyczy pełne spod dekolciku się filuternie jak dwa bobaski wynurzające z żądz mnie trawiących dziecieco kpiące Pogadaliśmy Troche o necie (już zakochałem się w tej kobiecie) kilka tematów z rachunkowości wzrok przyciągają bioder kragłości że w Vacie VI jest dyrektywa ud sielski pejzaż wciąż mnie przyzywa że jednak Syndyk ma ciężkie życie w myślach te uda całuję skrycie że są przekleństwem przepisy nowe ja do jej łona przytulam głowę już nic nie słyszę nagą ją widzę swej lubieżności trochę się wstydzę to jednak mam tu argument mały że tylko Pan Bóg jest doskonały lecz i On także w swojej boskości grzeszył by myślą widząc jej kragłości Trwaj chwilo jeszcze krzyczę jak Goethe Gdyż mam pożegnać już tę kobietę Przerwać spotkanie, zakończyć gadki w drodze na parking jędrne pośladki swym sexapealem wzrok mój zwabiły i …………………………………… proszę niech Lenka w to nie watpi ze jak umówi się ze mną po raz drugi to ciąg dalszy wiersza nastąpi a wtedy rozum precz!!!!!!!!!!!!!!!!!! niech szaleństwo ogarnie nam dusze
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Ma Kochanka często, tak mi mówi z rana, myszka jest przez Pana, bardzo zaniedbana, więc niech Pan Poeta, troszku się potrudzi, bo myszce jest smutno i mszka sie nudzi. Niech Pan ja przytuli, pocałuje czule, pofigluje z myszką no i tak wogóle. Myszka jest kobietą i jak każda dama, w finezji jezyka bardzo rozkochana.Nie mitręż Poeto!!! niech smutek odbieży!!!! co myszce potrzebne, myszce sie należy!!!
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
W chochlikach myśli, w skierkach słowa W poświacie nocy, w brzasku dnia Ujrzałem nagość Twą. Wzruszenie. Jakbym ją ujrzał pierwszy raz. W śpiewaniu zboża, liścia drżeniu Wśród kołysania morskich fal Ujrzałem nagość Twą, Kochanie, Jakbym ją ujrzał pierwszy raz W odwrocie czasu, żądzy słowa Rozkoszy chwili , ruchu gwiazd Wciąż taka piękna,wciąż taka młoda Wciąż dla mnie masz 20 lat Ujrzałem nagość Twą wzruszenie Jakbym ją widział pierwszy raz.
TagsTags: liryki 
Cud
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Czuję muśnięcie Twoich ust i drżenie, drżenie ciała ten wiersz to sprawił taki cud co zmysly tak rozpala I czuję zapach włosów Twych ich miękkość jak aksamit ten wiersz to sprawił taki cud co kruszy nawet granit Czuję dotknięcie Twoich rąk i serca twego bicie ten wiersz to sprawił bo ten cud nazywa się uczucie.
TagsTags: liryki 
January 14, 2008January 14, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Słoneczna Chorwacja U Twych stóp się ścieli Błagając o uśmiech O jedno spojrzenie Wpatruję się w zdjęcie jak zauroczony bezwolnie z ust moich wypływa westchnienie. Zazdroszczę Chorwacji Bo widziała Ciebie Bo czuła Twój oddech Zapach Twego ciała I nadmorskiej bryzie Zazdroszczę niezmiernie Gdy rannym podmuchem Ciebie całowała Sukienka szczęściara Powierniczka duszy W rozkosznej pieszczocie Delikatnie miękko Jak kochane dłonie Tuli się do Ciebie A ja tak bym pragnął Być Twoja sukienką. Staniczkiem ,koszulką Szminką makijażem Zapachem perfumy Drżeniem Twego ciała Bo w takiej bliskości Dusz cichym szeptaniu Miałbym wówczas Ciebie Ty zaś mnie byś miała.
TagsTags: liryki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Wtuleni w siebie, bez sił leżymy W stan "narkotyczny" wkraczając błogi Gdzieś w galaktykach są nasze dusze Wśród gwiazd miliardów prowadzą drogi Nagie Twe ciało jak płatek róży spowity w muslin porannej rosy Jeszcze drży cicho pieśnią ekstazy Cudownie pachną włosów Twych kłosy Ufni ufnością małego dziecka pełni miłości i uwielbienia bez słów mówimy:kocham Cię,kocham gdy się spotkaja nasze spojrzenia.
TagsTags: kamasutra 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Kochanku miły teraz frykasy ! Kochanku miły czas na zapasy ! Spójrz na mnie proszę już płonę cała tak żądza walki mnie opętała Wiem, że to lubisz to czuję, wierzę dam Ci przewagę walczę w parterze Już na kolankach na łokciach wsparta czekam na Ciebie gotowa, zwarta Zajdż mnie od tyłu spójrz na pośladki jędrne, rozkoszne aksamit gładki Poczuj ich miękkość wtulając czule Twe męskie biodra w słodkie półkule Na moich plecach złóż tors swój nagi i moim piersią więcej uwagi poświeć, bym czuła rozkoszy dreszcze pieść je najdroższy pieść proszę jeszcze Całuj mnie w szyję całuj w ramiono i delikatnie pobudzaj łono Miłym dotykiem Twej słodkiej dloni Niech twoja linga wnika w głąb joni Swymi biodrami na mnie napieraj krople słodyczy z ust moich zbieraj Kochanku miły to są frykasy najrozkoszniejsze w świecie zapasy.
TagsTags: kamasutra 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Piszę do Ciebie Kochanie, piszę do Ciebie w noc ciemną, Ty teraz jesteś z kimś innym, a chciałbym bys była ze mną. Ból co rozdziera mi duszę, układa za słowem słowo, jak cofnąć czasu wskazówki, by z Toba być znów na nowo. Więc ślę do gwiazd migających, skargę i prośbę daremną, że teraz jestes z kimś innym, a chciałbym byś była ze mną.
TagsTags: liryki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Kiedy ranne wstają zorze, sen opuszcza Twe ramiona, widzieć Ciebie dusza może, jestes senna, rozmarzona, a poranek ten ladaco, pieści w złotym swym promieniu, całe nagie Twoje ciało pieśń śpiewając w uniesieniu, pieśń natury, pieśń miłości, pieśń skowronka, pieśń słowika, więc wtóruję mu co rano powtarzając..Wika...Wika
TagsTags: liryki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt, lecz w Tobie jest to coś, ten szał, ten dryg, apetyt wielki wciąż na życie masz, obraz Twój zachwycił mnie i w zachwyceniu tym piszę liryk ten. Naprawdę jaka jestes, chyba wiem, explozja zmysłów w noc i w każdy dzień, ust cicha prośba: życie przestań gnać, poezji słów, zwiewny szal, otula ciało Twe w zamyśłeniu śnię. Bo widzę Cię, trzymam w ramionach, dusza moja onieśmielona z radości cała drży, bo jestes tu Ty. Nie ważne oburzenie świata, moralność??? niech idzie do kata!!!! ważne gdy, jesteś tu Ty. Naprawdę jaka jestes, któż to wie, ja Ciebie taka widzę, pragnę, chcę, misternie tworzę kolię z moich słów, intymnych marzeń oraz snów i w zachwyceniu tym piszę liryk ten.
TagsTags: liryki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Mów mi prosze mów mi, o uczuć okruszkach, odnajdę uczucia w Twych palców opuszkach, do ust swych przycisnę, w miłości zanurzę- popatrz! już okruszki rozkwitają w róże.
TagsTags: liryki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Pragnę sławić pieśnią, świąteczną choinkę i bluzeczkę białą oraz tę dziewczynkę o greckim imieniu, które brzmi Anika, opium, haszysz, hera, czysta erotyka. Jej nagość mrok duszy rozjaśnia gwiazdami, mamiąc nieznanymi rozkoszy smakami, odurza, podnieca, zniewala, omamia. To o Niej marzył Owid pisząc sztuke kochania
TagsTags: liryki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Misterium naszych Ust dziś spełniamy Rozkoszą chwili W modlitwie trwając Wciąż i bez końca siebie szukamy Krzew gorejący Bogom oddając Ust Twoich drżenie Wysysam chciwie Drżenie ust moich Oddaję Tobie Złączeni drżeniem Zachłanni Siebie
TagsTags: erotyki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Chram opuszczam święty ,w gąszczu pukli skryty, gaj miłosny w którym Wenus jest pagoda ku Mekce ust Twoich przez równinę brzucha wiedzie trakt pielgrzma pocałunku droga ku wzgórzom Twych piersi nabrzmiałych rozkoszą o smaku brzoskwini i granatu soku, przemierzam dolinę łapczywie spijając krople jej rozsiane na wzgórz jędrnym stoku na przełęczy nową Pieśnią na pieśniami Wdzięczność swą wyrażam za dzieło stworzenia za Twe piękne ciało za wrażliwą duszę za codzienną radość wspólnego istnienia uskrzydlony frunę ku nagim ramionom i otulam szyję mgiełką intymności u celu pielgrzymki na początku nowej łączymy swe usta westchnieniem radości
TagsTags: erotyki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Wyłoniłaś się ze światła księżyca Nierealna, cała w jego zwojach Naga, piękna, z gwiazdami we włosach Cicho szepcząc : jestem tylko Twoja Jak przed bóstwem padłem na kolana Swoją głowę pokornie schyliłem W ust pielgrzymkę, do zdroju ust Twoich małe stopki całując ruszyłem W górę ! w górę ! do gwiazd i do słońca ! muskam łydki dotykiem motyla już w gęstwinie pukli czarnych włosów piekna róża swe płatki rozchyla Pieszczę uda gorące jak lawa pocałunkiem wyczuwam ich drżenie pielgrzymuję !, aby w pukli splocie znależć zmysłów rozkoszne spełnienie.
TagsTags: erotyki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Znów w Twoich oczach Erosa ogniki, Wenus gwiazdy błyski, zmysłów dzikie burze, nagi, zakochany w miłosnym napieciu, niecierpliwie czekam kiedy się zanurze w oczu Twoich toni, karminowych ustach, spazmatycznym krzyku, drzeniu Twego ciała, zbliżasz sie zrzucając z bioder swych przepaske wstydu, która nagość Twoja zasłaniała. Wielbie Boga Stwórcę za miłość spełnioną, którą to obdarza codzień mnie sowicie, jeden dotyk ust Twych, jedno krótkie słowo, w poezję zmieniło całe moje życie.
TagsTags: erotyki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Pewnemu Poecie do łóżka podano piękną Azalee razem z Morską Pianą, nadmiarem szczęścia stropił się biedaczek bo na Azalee ma chęć i na Piankę smaczek sił wystarczy mu na jedną w łóżku ma ich dwie więc w wielkiej rozterce włos na głowie drze, z którą wpierw rozpocząć miłosne manewry gdy moc tętni w lędźwiach a w nim jeszcze moc werwy czy wpierw udać się między dwa Azalee wzgórza, gdzie myśl niepokorna rozkosznie się nurza, czy też jego poetycki trud wynagrodzi słodycz dwóch Pianeczki ud. Azalee czy Pianka???? Pianka czy Azalee???? myśli kombinuje Poeta wytrwale Lecz los sprawił Poecie głupi kawał bo miast miłosnych igrców Poeta miał zawał a teraz czas na puentę czyli na myśl złotą wszak wierszyk ten króciutkii napisałem po to aby ją wyrazić, nie dla płochej psoty. Mężczyzno!!!! gdy kobietę masz w łóżku nie myśł!!!!!!!!! bierz się do roboty!!!!!!
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Zabawa w doktora, niewinne pieszczotki, którą bardzo lubią wszystkie młode kotki Więc opiszę teraz jak w TO TO sie bawić by innym i sobie humorek poprawić. Podstawową sprawą jest reguła taka aby ciemnym kątku przydybać KOCIAKa Zgodnie z wola Bożą - ważne niesłychanie !!!!- coś się stać powinno, więc niech szybko stanie!!!! Gdy wola się spełni, ,jak reguła każe, KOCIAK się położy a pazurki wraże potulnie niech schowa. znak, że do diagnozy jest cała gotowa. by zachowac formę niech sie KOCIAK wzbrania gdy doktor przystąpi do zdjęcia ubrania ale nie za długo to sie w tej grze liczy by szybko przełamać swój wstydek dziewiczy i jeszcze o jednym niech KOCIAK pamieta rzecz to podstawowa to zasada świeta że, trakcie badania, nie wolno być biernym gdyż terapia skończy się efektem miernym.
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Raz do księgowego śpiącego na tapczanie, przyszły poźną nocą dwie urocze Panie. Jak Hera i Atena gdy Parysa spostrzegły Panie przy księgowym na łożu tym spoległy, wtulając swoje ciała namiętnie w jego ciało, a On cichutko chrapał bo dobrze mu się spało.Słodko sie uśmiechał i wzdychał wciąż chłopisko, śniąc o wdziękach kobiet, które były tak blisko.
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
W uśmieszku buziaczek Aksuni się szczerzy, gdy mówię jej , iż mój penis jest wielkości wieży bo odpowiada mi zalotnie, figlarnie i z ikrą: szkoda, że nie jak wieża Eifla lecz jak wieża mikro.
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Twe ciało wygiete jak łuk nim wyleci, zeń strzała Amora by miłość rozniecić, w jej ogniu jak feniks odrodzę sie spłonę, gdy wulkan rozkoszy targnie Twoim łonem
TagsTags: erotyki 
January 13, 2008January 13, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Wichry namiętności rozwiały Twe włosy, huraganem westchnień i rozkoszy deszczem, girlandą pieszczoty ozdabiając nagość, przeszywasz mrok nocy krzykiem jeszcze!!!! jeszcze!!!!
TagsTags: erotyki 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Piekne życie jest owada, gdy z kwiatka na kwiat pomyk, w czas radosny zapylania, tylko bzyka, bzyka, bzyka. Ja też chetnie bym pobzykał, wzorem owada gagatka, lecz gdy chęć mam na bzykanie to zazwyczaj brak jest kwiatka.
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Okrzyk Wizzoteriksa odbił się donośnym echem po całej polanie i w sercach obozujących tam ludzi i elfów. Lecz nie było czasu ani na strach, ani na trwogę. Elfy błyskawicznie schwyciły swoją broń ustawiając wokół ogniska żelazny krąg tarcz, najeżony ostrzami mieczów. Oczy wszystkich wpatrzone były w rysujący się w ciemnościach kontur lasu, skąd zaraz miała nadejść śmierć. -Aksso!!! –ponownie rozległ się donośny głos Wizzoetriksa- zapory magiczne. Na Boga!! Szybko!! Zapory magiczne bo inaczej zginiemy. Eva, Sejtana chrońcie Akssę!!!. W tym samym czasie, gdy ustawiano szyk bojowy, drugi ze stworów porzuciwszy swoją ofiarę rzucił się z rykiem na Lancetoriksa. Atak był błyskawiczny, lecz kontratak jeszcze szybszy. Lancetoriks z wprawą ominął ostre pazury i jednym cięciem miecza odciął głowę potworowi. Zdziwiony szybkością rozgrywających się wypadków wpatrywał się w konwulsyjnie drgające ciało dziwomisza, gdy do jego uszu dobiegł głos Wizzoteriksa. -Lanc do środka –ryczał Wizzoteriks- Aksso zapory!!!! Akssa i Skia usiadły w środku koła utworzonego przez Elfy. Chwyciły się za ręce wypowiadając przy tym zaklęcia. Po chwili z ich ciała zaczęła emanować aksamitna energia, która uformowała mur wokół nich. Widać było jak wielki to jest dla nich wysiłek, tym bardziej że Akssa była osłabiona ostatnimi kuracjami jakie przeprowadziła z Lancetoriksem -więcej światła, Sejtana dołóż do ognia!!!! –rozkazywał Wizzoteriks Uformowani, chronieni przez magiczny mur wszyscy zastygli w oczekiwaniu. Wizzoteriks przyglądał się elfom. Wiedział, że tak długo jak chroni ich magia, mogą skutecznie się bronić przed atakiem demonów. Nie wiedział tylko jak długo Akssie i Skii uda się ten mur utrzymać. -Ty widzisz to plugastwo??/ –rzekł Wizzoteriks do Lancetoriksa -tak –rzekł Lancetoriks- ukrywają się na skraju lasu i chyba szykują się do ataku. Dwa z nich zabiłem -widziałem –rzekł z uznaniem Wizzoteriks- teraz jestem pewien ze jesteś tym, o którym mówiła Akssa. Dużo ich tam jest -Gdyby to byli ludzie, powiedziałbym, że zbyt mało. Lecz to są dziwomisze. Chyba całe stado, trzydzieści czterdzieści sztuk –rzekł Lancetoriks- widzę ich przywódcę. Są z nimi jeszcze jakieś inne stwory. Jakby kobiety a jednak nie kobiety – powiedział Lancetoriks -strzygi- wymamrotał Wizzoteriks spluwając z obrzydzeniem –dziwomisze i strzygi razem???!! Kurwa to sprawka Dzinna!!!!. Nagle jakby odkrył coś, o czym kompletnie wcześniej zapomniał i krzyknął strasznym głosem -Aksso magiczna kopuła!!!! Strzygi przefruną przez zaporę!!!!. Akpih , Sejtana ,Eva brońcie Akssę!!!!! -atakują!!!!- jednocześnie wrzasnął Lancetoriks Rzeczywiście. Z lasu zaczęły wybiegać potwory kierując na skupionych wokół ogniska ludzi i elfów. W świetle gwiazd i pochodni, połyskiwały ich szpony i kły. Towarzyszyło temu okropne wycie i kłapanie szczękami. W nozdrza obrońców uderzył odrażający zapach. Rozpędzone strzygi wzniosły się w powietrze i poszybowały w ich kierunku -strzygi w powietrzu!!! –krzyknął Lancetoriks -Aksso kopuła!!! –ponownie ryknął Wizzoteriks Nim wśród okolicznych drzew przebrzmiał jego głos, sześć strzyg sfrunęło w sam środek kręgu. Przyczajone, przypominające swą sylwetką obrzydliwe włochate pająki, szybko rozejrzały się wokół a następnie wiedzione instynktem łowców, rozdzieliły się na dwie grupy. Trzy z nich rzuciło się na stojących elfów, czyniąc wyłom w ich szeregach. Powietrzem wstrząsnął krzyk zagryzanych elfów i budzący grozę przeraźliwy śmiech wampirów. Widząc, tę rzeź , Lancetoriks z Wizzoteriksem natychmiast pospieszyli z pomocą. W utworzonym przez elfy kręgu rozgorzała walka i po chwili, trzy obrzydliwe kadłuby strzyg w konwulsyjnych drgawkach leżało za plecami obrońców. Pozostałe strzygi rzuciły się na w kierunku Akssy. Sejtana unikając pazurów strzygi i jej ostrych kłów cofała się przed atakiem z wściekłością wywijając swoim mieczem. W pewnej chwili potknęła się i upadła. Tuż przy swojej twarzy zobaczyła rząd ostrych jak brzytwa kłów. Czarne, błyszczące pozbawione źrenic oczy wpatrywały się w nią z nienawiścią. Długie, przypominające skołtunioną pajęczą nić, włosy dotknęły jej twarzy. Już po mnie pomyślała Sejtana. lecz tej samej chwili strzyga osunęła się martwa na jej ciało. Sejtana otworzyła oczy i zobaczyła Evę zadająca kolejny cios potworowi. Z pozostałymi strzygami szybko uporała się Akpih, wzbudzając u Sejtany nie kłamany podziw nad sprawnością z jaką posługiwała się mieczem. Na cale szczęście magiczna kopuła rozpostarła nad nimi swój bezpieczny parasol. W jej objęciach, jak w pułapce na myszy, utkwiło kilka wampirów. -no to sobie postrzelamy trochę do kaczek –mruknęła Akpih wyciągając swój łuk. Przymierzyła i wystrzeliła. Okropny, przypominający płacz małego dziecka, krzyk jaki dobiegał po każdym strzale, świadczył o tym, że strzały trafiały w cel. -z góry chyba żadne niebezpieczeństwo nam już nie grozi-rzekła Akpih do Skii; gdy ostatnia strzyga zawisła nieruchomo. -tak długo jak Akksa utrzyma magiczną kopułę –odparła Skia Obie wojowniczki popatrzyły na Akssę, Wróżka siedziała skupiona wypowiadając coraz to nowe zaklęcia, jej twarz z każda chwilą stawała się bledsza, a na czole pojawiały się nowe kropelki potu. -nie mogłabyś wspomóc Akssę –spytała Akpih -niestety już nie-odparła Skia- całą energię jaka miałam, już jej przekazałam. O wiele groźniejszym, od pojawienia się strzyg w środku kręgu, był jednak atak przeprowadzony przez stado dziwomiszy. Jak niszcząca fala tsunami, pałając żądzą mordu i zabijania, cała sfora potworów uderzyła w magiczne zapory. Ogradzająca obrońców od watahy rozhukanych stworów niewidoczna ściana, pod wpływem ich naporu, nagle zaczęła przybierać kształty mord, drapieżnych łap i kadłubów dziwomiszy. Choć magiczna osłona ,nie była w stanie powstrzymać rozpędzonych potworów, to jednak na tyle spowolniały ich atak, że mogło go dostrzec oko ludzkie czy tez elfie. Potwory wpadały w magiczną ścianę grzęznąc w niej na chwilę i z trudem, jakby przechodząc przez ścianę z folii, przedzierały się ku oczekującym ich elfom. Gdy tylko ściana zaczęła się wybrzuszać, w tym miejscu natychmiast pojawiały się elfy dźgając i tnąc swoimi mieczami. -nie pozwólcie im opuścić ściany!!!! Nie pozwólcie im opuścić ściany –wrzeszczał jak oszalały Wizzoteriks Elfy z ogromna zajadłością zadawały ciosy, zagrzewając się głośnymi okrzykami do walki. Ku potworom wylatywały strzały, włócznie, sztylety, jednakże dziwomisze, krok po kroku, powoli wyzwalały się z magicznych pęt. Kilka z nich przełamało zaciekłą obronę, rzucając się z przeraźliwym rykiem na obrońców. Tutaj jednak czuwał Lancetoriks. Błyskawicznie zjawiał się w tym miejscu, a jego miecz przywracał obrońcą nadzieję zwycięstwa. Wizzoteriks rycząc niczym lew, wciąż wydawał nowe rozkazy, zagrzewał do nieustępliwej walki, wskazywał na kolejne niebezpieczeństwo, Jego miecz również był pokryty krwią. Gdy wydawało się już, że dziwomisze sforsują obronę, przeraźliwy ryk przywódcy stada przerwał atak. -co się stało?? –spytał zdziwiony Lancetoriks, wycierając krew na swojej twarzy – czemu odeszły? -nie wiem –odrzekł Wizzoteriks- coś je musiało do tego zmusić -może czekają na przybycie Dzinna??? –powtórnie spytał Lancetoriks -raczej na to, aż opadnie magiczna zapora –rzekła podchodząc do nich Skia- Akssa długo nie wytrzyma. Jest już u kresu swych możliwości. Kopuła i zapory to zbyt duży wysiłek dla niej. -wiec może zrezygnujmy z kopuły- zaproponował Lancetoriks -nie damy rady Lancetoriksie –odparł Wizzoteriks- mając nad sobą magiczną kopułę straciliśmy połowę wojowników a ledwo udało nam się odeprzeć ten atak, więc gdy wpuścimy do środka strzygi to znajdziemy się w kleszczach, a wówczas jedyną niewiadomą będzie jak szybko zginiemy. Co to plugastwo teraz robi Lancetoriksie? Lancetoriks wytężył wzrok. Przed nimi leżało martwych 12 dziwomiszy a na skraju lasu stało gotowe do ponownego ataku stado. Między drzewami dostrzegł kilkanaście strzyg. Wśród tej grupy swoją postawą wyróżniał się potężny osobnik , zapewne przywódca stada. -chyba gotują się do następnego ataku- odparł Lancetoriks- cholera, aby wytrzymać do świtu -dziwomisze mogą atakować i w dzień. Tylko dla strzyg światło słoneczne jest zabójcze – odparł Wizzoteriks -w takim razie długo nie będziemy żyć –rzekła Eva- Dzinn osiągnął swoje. Dopadł nas. Z oddali dobiegały głuche porykiwania dziwomiszy i zawodzenie strzyg. Obrońcy w oczekiwaniu na nieuchronny atak przygotowywali się na pewną śmierć. Wizzoteriks przeszedł wzdłuż szeregów elfów, przypatrując się każdemu z nich uważnie. W ich oczach wyczytał i strach i determinację. Wiedział, ze na nich może liczyć, że nie uciekną przed zbliżającymi się dziwomiszami i będą walczyć do samego końca. W końcu podszedł do miejsca gdzie wraz z nimi w jednym szeregu stała Akpih. -nasze pierwsze spotkanie chyba nie możemy zaliczyć do najlepszych, prawda? –rzekł do niej- chciałem Cię przeprosić za ten głupi żart nad jeziorem -nie ma sprawy, przepraszam za ten cios w szczękę- odparła poważnie- mamy jakieś szanse wyjść z tego kotła? -tak długo jak Akssa utrzymuje zapory małe, gdy one opadną żadnych –rzekł Wizzoteriks Lancetoriks zauważył, ze przywódca dziwmoszy odłączył się od reszty stada i skierował w ich kierunku. Był to potężny osobnik. Wysoki na dwa metry. Silnie umięśniony, o potężnych kłach i pazurach. Nie zważając na obrońców, zbliżył się do zapory jakby chciał ocenić jej moc i wytrzymałość. Widocznie oględziny wypadły po jego myśli, gdyż wydał głośny ryk. Natychmiast odpowiedziało mu stado, nerwowo poruszając się w przód i w tył. -zróbcie coś-krzyknęła do Lancetoriksa Skia- Akssa długo nie utrzyma magicznych zapór!!! Lancetoriks popatrzył się na niebo. Dniało. Cholera, pomyślał, łatwo powiedzieć zróbcie coś, gorzej wymyślić co w takiej sytuacji należy zrobić. W głowie huczała mu tylko jedna myśl, że gdy zapory opadną zacznie się rzeź, zginą wszyscy. To wprawiło go we wściekłość. Gotów był rzucić się sam na całe stado aby uratować swoich przyjaciół, ale doskonale wiedział, ze nie ma żadnych szans w tej walce. Nagle, olśniła go myśl. -Wizzoteriksie, a czy my możemy przejść przez zaporę??? – zapytał -tak, dla ludzi nie stanowi ona żadnej przeszkody, a czemu się pytasz - odpowiedział Wizzoteriks -bo mam zamiar tam pójść tam i nakopać tym fiutom –rzekł Lancetoriks uśmiechając się pod wąsem -chyba Ci się w głowie pomieszało –zgodnym chórem krzyknęły Skia Sejtana i Eva -Lanc!! Zgłupiałeś??!!! –rzekł Wizzoteriks –lepiej od razu poderżnij sobie gardło!!!! -może nie zgłupiałem Wizz –spokojnie odparł Lancetopriks podnosząc leżącą u jego stóp tarczę – armia pozbawiona dowódcy przestaje być armią, wiec tak sobie myślę, że podobnie jest ze stadem. Gdyby mi się udało zabić ich przywódcę, może pójdą w rozsypkę lub wycofają się po to, by wybrać nowego. Nie znam zwyczajów dziwomiszy, ale myślę, że warto spróbować. Zresztą i tak niedługo zapory przestaną działać i czeka nas śmierć. A poza tym Wizzoteriksie, jestem jedynym człowiekiem , który ma jakieś szanse w walce z nimi. Nie zważając na protesty Lancetoriks ruszył w kierunku potwora. Czuł strach, lecz wiedział, że jest w stanie go przezwyciężyć. Wiedział, ze zabicie przewodnika jest dla nich ogromną szansą wyniesienia z tej bitwy cało głów. Przewodnik zauważył Lancetoriksa. Powoli skierował się ku niemu Z jego paszczy wydobył się przeraźliwy ryk, a rząd białych kłów zapowiadał Lancetoriksowi niechybna śmierć. Jednak, jak to było w zwyczaju dziwomiszy nie zaatakował od razu, lecz powoli gotowy do natychmiastowego skoku zbliżał się do niego. Przeciwnicy zatrzymali się od siebie w odległości pięciu kroków, mierząc się nawzajem wzrokiem. Dziwomisz zaatakował. Jego pazury przecięły powietrze i rozerwały w strzępy tarczę, za którą skrył się Lancetoriks. Potwór ponowił atak, lecz tym razem Lancetoriks zwinnym piruetem ominął go i natychmiast jego miecz zadał cios. Niestety. Miejsce gdzie stal przywódca było puste tak, iż tylko świst przecinanego powietrza oznajmił Lancetoriksowi, że jego przeciwnik wciąż żyje. Stwór zaatakował ponownie. Lancetoriks uchylił się przed ostrymi jak brzytwa pazurami, ale widocznie nie uczynił tego odpowiednio szybko, gdyż poczuł palący ból w nodze. Zapach krwi jeszcze bardziej podrażnił dziwomisza , który nie bacząc na nic atakował z furią. Raz za razem Lancetoriks uchylał się przed atakami kłów lub pazurów, raz za razem jego miecz przecinał powietrze nie mogąc dosięgnąć potwora. Po każdym ataku na jego ciele pojawiał się nowa strużka krwi. Walczyli już dość długo. Lancetoriks czuł , że coraz bardziej słabnie. Oddech stawał się coraz krótszy, przed oczyma wirowały mu roje czerwonych punkcików a miecz w jego ręku stawał się coraz cięższy. Jad Dzinna, wieczorna walka oraz zadane mu przez potwora rany bardzo nadwyrężyły jego siły. W pewnej chwili znieruchomieli. Lancetoriks zrozumiał, że potwór szykuje się do decydującego starcia. Całą swoja uwagę skupił na ruchach przeciwnika, postanawiając, że tym razem nie będzie unikać jego ciosów, lecz wbije swój miecz w jego ciało, choćby nawet za chwilę miał zginąć. Nagle w swojej głowie usłyszał głos Niukotosa: -Lancetoriksie zaufaj mocy. Zaufaj swojemu przeznaczeniu. Jesteś tygrysem Lancetoriksie!! Przywódca stada swoimi przeraźliwymi oczyma wpatrywał się w Lancetoriksa. Widział, że jego przeciwnik słabnie i czekał na tę chwilę słabości, aby zadać ostateczny cios i rozerwać na strzępy tego, który zabił tylu jego współplemienców. Widząc, że Lancetoriks się zachwiał, błyskawicznie ruszył ku swojemu przeciwnikowi. Kły i pazury z furia przecięły powietrze. Nagle zobaczył jasną błyskawicę. Jego głowa, z wyrazem największego zdumienia turlała się po polanie. Lancetoriks zachwiał się i upadł na ziemię bez czucia. Stado wydało przeraźliwy ryk na widok śmierci swojego przywódcy. Lecz o dziwo, nie zaatakowało nieprzytomnego śmiałka, lecz powoli zaczynało się rozpraszać niknąc w gęstwinie lasu. Za nimi podążyły strzygi. Tryumfalny okrzyk obrońców wzleciał ku blednącym gwiazdom, odbijając się o ściany lasu i niczym pościg podążył za potworami. Wizzoteriks widząc upadającego przyjaciela , natychmiast opuścił szereg i pobiegł w jego kierunku. Nie zważając na grożące mu niebezpieczeństwo, zarzucił nieprzytomnego Lancetoriksa sobie na plecy i przyniósł go do kręgu. Nagle rozległ się przerażony okrzyk Skii -Akssa zemdlała!!!!!!! Przerażony okrzyk Skii, oznajmił żyjącym , że od tej chwili znikły chroniące ich magiczne zapory i są zdani na własne siły. Wszyscy odwrócili się w jej kierunku. Tuż przy ognisku , bez czucia leżała akssamitna wróżka. Nad nią pochylały się Skia i Akpih starając się przywrócić ją do życia. Wizzoteriks trwożliwie penetrował wzrokiem skraj lasu, wypatrując, czy aby potwory widząc brak magicznych zapór ponownie nie zaatakują. Jednakże, nie dostrzegając niczego, co mogłoby świadczyć o zbliżającym się ataku odetchnął z ulgą. -chyba odeszły na dobre –rzekł głośno, tak aby wszyscy mogli go usłyszeć – trzymać szyk!!!. Skia co z Akssą??!!! -wraca jej świadomość –krzyknęła radośnie Skia –ale jest bardzo słaba!!!! -a co z Lancetoriksem ???!! – zapytał ponownie Wizzoteriks nie przestając lustrować skraju lasu -wraca do żywych –odkrzyknęła Sejtana –rany jakie otrzymał, nie są groźne. Jeżeli w pazurach potwora nie było żadnego jadu przeżyje!!!! -wszystko dobre co się dobrze kończy- mruknął sam do siebie Wizzoteriks, a pełen ulgi uśmiech rozkwitł na jego twarzy. Gdy pogrzebano poległych, wszyscy zasiedli, aby naradzić się co dalej powinni uczynić i jak obronić się przed nowym atakiem potworów. -myślę –rzekł Lancetoriks – że powinniśmy poszukać ich legowiska i wytępić te, co przeżyły dzisiejsza walkę. Inaczej być może w nocy znowu zaatakują -byłoby to najrozsądniejsze, ale zauważ Lancetoriksie, że Akssa jest za słaba aby nas chronić a i Ty straciłeś dzisiejszej nocy zbyt wiele sił. Musimy dać Wam jak najwięcej czasu na odpoczynek, nim znów staniemy do walki –odpowiedział Wizzoteriks -a nie lepiej byłoby wziąć nogi za pas i jak najszybciej znaleźć się w zbawczych progach obozu księżniczki Kisoah- nieśmiało wtrąciła Sejtana Na chwilę zapanowała cisza. Każdy z obecnych rozważał sytuację w jakiej się znaleźli. Wiadomo było ,że mają przeciw sobie bezwzględnego i strasznego przeciwnika. Wiadomo było, że bez magii szanse na zwycięstwo są nikłe. Wszyscy zwrócili swój wzrok na Akssę, czekając na jej zdanie. -nie wiemy gdzie potwory się skrywają, Nie wiemy jak się tu znalazły, choć wiemy kto je tu przysłał. Z tego, co mówił Wizzoteriks, dziwomisze mogą prowadzić również dzienny tryb życia, tak więc nim my je znajdziemy one wypatrzą nas prędzej. Zatem nie należy wykluczyć i tego, że myśliwy może zmienić się w zwierzynę. Gdyby chodziło tylko o strzygi, zdecydowałabym się na te poszukiwania, Wobec takich faktów, uważam że powinniśmy jak najszybciej opuścić tę polanę i udać się drogę. Myślę, że mam w sobie jeszcze dosyć energii, aby przy pomocy magii uniemożliwić im natrafienie na nasz trop oraz na to abym wiedziała wcześniej o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Jedno jest pewne. Gdy wyruszymy, nie będziemy się zatrzymywać tak długo, aż nie przekroczymy doliny uśpionych elfów. Tam zaopiekuje się nami wróżka matka. -kto??? - spytał zdziwiony Lancetoriks -nie czas teraz na dyskusję Lancetoriksie –odparła Akssa- ruszajmy w drogę. Nie minął kwadrans, gdy kolumna zbrojnych opuściła polanę pozostawiając na niej tylko mogiły tych, co zginęli w nocnej walce i dymiący stos spalonych ciał dziwomiszy i strzyg. Zanurzając się w dziewiczy elficki bór, z trwogą rozglądali się w obawie przed ponownym spotkaniem z potworami. Do doliny uśpionych elfów, do doliny uśpionych elfów powtarzali w myślach , pod opiekuńcze skrzydła matki wróżki.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Wizzoteriks powoli przemierzał stary bór. Szedł cicho, bacznie rozglądając się wokół. Czuł się zdecydowanie lepiej niż jeszcze dwa tygodnie temu. Wyraźna poprawa zdrowia Lancetoriksa oraz dotarcie do ziem kontrolowanych przez elfów dały mu, tak bardzo potrzebne poczucie bezpieczeństwa. Od czasu opuszczenia Banhazi, żył ciągłym napięciu, jakie zawsze towarzyszy zaszczutemu i ściganemu przez nagonkę zwierzęciu. Teraz, gdy znaleźli się na ziemi elfów, napięcie i poczucie wielkiej niepewności opuściło Go. Akssa , która była niekwestionowanym dowódca ich grupy, zarządziła kilkudniowy odpoczynek. Do kryjówki Kisoah mieli nie więcej niż dwa, trzy dni marszu, lecz ze względu na stan zdrowia Lancetoriksa i konieczność przeprowadzenia kolejnych magicznych kuracji, nieodzowna była ta przerwa w ich podróży. Wykorzystując to Wizzoteriks za zgodą wróżki, udał się na polowanie. Teraz bacznie przyglądał się śladom rosłego jelenia, którego tropił od świtu. Wprawne oko tropiciela odkryło to, że natrafił się na ścieżkę, często odwiedzaną przez różne zwierzęta. Wszystkie ślady zmierzały w jednym kierunku. Pewnie ścieżka prowadzi to wodopoju, pomyślał Wizzoteriks kierując się w tamtą stronę. Gdy jego nozdrza poczuły charakterystyczna woń wody, usłyszał głośny plusk. Na rybę to mi raczej nie wygląda, rzekł sam do siebie nakładając strzałę na cięciwę. Powoli, bardzo ostrożnie, kryjąc się w gęstwinie krzaków dotarł do leśnego jeziora. Bacznie zlustrował lustro wody i gdy dostrzegł sprawcę tego plusku, jego twarz okrył radosny uśmiech. W jeziorze kąpała się młoda kobieta. Na brzegu Wizzoteriks zauważył leżące ubranie. Nie zastanawiał się długo. Szybko dobiegł do brzegu i schwycił tunikę. Następnie, równie szybko ukrył się w okolicznych krzakach. Cierpliwie , jak wilk czyhający na swoją ofiarę, czekał ma dalszy rozwój wypadków. Jego cierpliwość została w końcu nagrodzona. Młoda kobieta po chwili wyszła na brzeg. Była naga. Wizzoteriks z lubością przyglądał się jej kształtnym i pełnym piersią, muskularnym udom i krągłym biodrom. Nieznajoma nerwowo rozglądała się wokół jakby czegoś szukając. Na widok jej zdziwionej twarzy Wizzoteriks uśmiechnął się szelmowsko, a następnie wynurzył się ze swojej kryjówki. -czyżby Pani coś zgubiła??? Chętnie pomogę –rzekł do niej. Na dźwięk jego głosu, kobieta z krzykiem skoczyła do wody niknąc w jej toni. Po chwili, bardzo ostrożnie wynurzyła się, bacznie wpatrując się w Wizzoteriksa. -proszę się mnie nie obawiać –rzekł wesoło Wizzoteriks –nie jestem żadnym zbójem czyhającym w głębokim lesie na cześć młodych kobiet. -czyżby???!! –odrzekła kobieta- ale zapewne jesteś złodziejem kradnącym cudze rzeczy lub zboczonym podglądaczem, podniecającym się na widok nagich kobiet. -mylisz się droga pani –spokojnie odparł Wizzoteriks – jestem strażnikiem tutejszego jeziora. A Pani tuniki nie ukradłem, lecz zabezpieczyłem ją przed kradzieżą. Jeszcze jakiś dziki zwierz mógłby ją ukraść i byłby kłopot. -jedynym dzikim zwierzęciem –odparła kobieta –jakie tu widzę jest Pan, Panie strażniku jeziora. -proszę mi wierzyć –rzekł Wizzoteriks – ze tylko poczucie obowiązku mnie tu przygnało -dobrze, dobrze –odparła kobieta- czy mógłby Pan oddać mi moją suknię? -oczywiście , przecież nie zatrzymam jej dla siebie –odparł Wizzoteriks – -wiec proszę mi ja oddać –spytała się kobieta -proszę ja sobie wziąć-rzekł Wizzoteriks wyciągając rękę, w której trzymał tunikę -proszę ja położyć na ziemię, odwrócić się i zamknąć oczy -rzekła kobieta -to jest niemożliwe –zaprotestował Wizzoteriks –wówczas nie mógłbym strzec ani Pani, ani jej tuniki -ale ja jestem naga!!!!! –wykrzyknęła kobieta -mnie to nie przeszkadza- spokojnie odparł Wizzoteriks –obowiązek przede wszystkim. Muszę, jako strażnik tego jeziora, na wszystko mieć oko, a przyzna Pani , że gdybym się odwrócił lub zamknął oczy, to wówczas mógłbym coś przeoczyć. I jeszcze pragnę Panią zapewnić, że nie będę się na Panią patrzeć jak zboczony podglądacz, lecz jako strażnik tego jeziora. Tego już było dla nieznajomej za dużo. Kobieta, jak gdyby nic, wyszła z wody i zdecydowanym krokiem skierowała się w kierunku Wizzoteriksa. Gdy była kilka kroków od niego, Wizzoteriks szybko schował tunikę za siebie i rzekł do niej: -hmm –rzekł wpatrując się w nią jak zahipnotyzowany- ale zapomniałem jeszcze o zapłacie za opiekę nad Pani suknią?? Cooo –krzyknęła wyraźnie rozwścieczona nowym żądaniem nieznajomego kobieta- o zapłacie???!!!! a co to ma być za zapłata???!!! -powiedzmy jeden całus, sikoreczko –rzekł Wizzoteriks puszczając do niej oko- jeden niewinny całus. Niech tak będzie!!!! –odparła nieznajoma. Nagle opuściła ręce, którymi starała się ukryć przed wzrokiem Wizzoteriksa swoją nagość, wyprężając się przed nim dumnie swoje ciało i tylko jej oczy, ciskały w jego kierunku błyskawice gniewu. Na ten widok Wizzoteriksowi zaparło dech w piersi. Przez chwilę oddał się rozkosznym marzeniom. Do rzeczywistości przywrócił go ból w łydce i potężny cios w szczękę, po którym upadł na ziemie. Wściekły, że dał się tak głupio podejść dzierlatce, szybko podniósł się na nogi. -kąsasz sikoreczko??!! –wycedził przez zaciśnięte zęby i rzucił się na swoja ofiarę. Lecz i tym razem nie docenił przeciwnika. Kobieta szybko cofnęła się kilka kroków i wprawnym ruchem, wykorzystując jego atak, przerzuciła Go nad sobą. Z głośnym pluskiem Wizzoteriks wpadł do wody, niknąc w jej czeluściach. Na krótką chwilę, stracił świadomość tego gdzie jest i co się stało. Wściekły jak szerszeń, niczym wodny potwór porośnięty roślinnością, wynurzył się z wody. Otrząsnowszy się jak pies, prychając i kaszląc, starał się wypatrzeć, zalanymi przez wodę oczyma, swojego przeciwnika. Ujrzał ją na brzegu jeziora. Ubraną w białą tunikę, ze znudzeniem przyglądającą się klindze swojego miecza -wojowniczka??!!! –ryknął Wizzoteriks -wojowniczka –spokojnie odpowiedziała kobieta -ha! Świetnie!!! –krzyknął Wizzoteriks- lubię wojowniczki!!!! Wizzoteriks zdecydowanym krokiem wyszedł na brzeg i wyjął swój miecz. -nie chciałaś dać całusa po dobroci –wściekły rzekł do niej –to wezmę go siłą. Natarli na siebie jak dwa wściekłe byki, lecz tak szybko jak ku sobie skoczyli, tak szybko odskoczyli. Każde z nich zrozumiało, ze ma przed sobą znakomitego szermierza. -niezła jesteś –rzekł Wizzoteriks -wiem –odrzekła kobieta mrugając do Wizzoteriksa swoimi chabrowymi oczyma –mój mężczyzna zawsze mi powtarza, że jestem piękna. -nie chodzi mi o twoją urodę, lecz o to, że dobrze władasz mieczem –odrzekł Wizzoteriks gotując się do kolejnego ataku. Walczący bacznie przyglądali się sobie, krążąc w kółko. Ich miecze po każdym kroku zmieniały swoje położenie, każdy krok był wyważony, powolny, każdy mięsień napięty do granic możliwości i gotowy na natychmiastową akcję. Nagle ich oczy się spotkały. Już mieli ponownie skrzyżować swoje miecze, by zadać śmiertelny cios, gdy nagle z furkotem między nimi wbił się miecz i usłyszeli wściekły głos _Wizzoteriks!!! Akpih!!!! Co wy do cholery robicie!!! Opuśćcie broń!!!! To był głos Akssy. -cholera czy was nie można na chwilę zostawić samych, abyście się nawzajem nie pozabijali??!!! Co to ma znaczyć!! Czekam na wyjaśnienia.!!!! Wizzoteriks nisko pochylił swoją głowę, bąkając coś pod nosem, natomiast Akpih, w oczach której wciąż błyskały iskierki gniewu, szczegółowo opowiadała Akssie historię całego zajścia. -naprawdę Wizzoteriksie –rzekł dławiąc się ze śmiechu Lancetoriks – molestowałeś tę słabą i bezbronną kobietę???!!! Wizzzoteriks, gdyby mógł zapadł by się pod ziemię ze wstydu. Nie odpowiadając na zaczepki Lancetoriksa, ani nie reagując na kierowane ku niemu, zalotne spojrzenia Akpih, oddalił się w kierunku obozowiska -a co ty tu robisz??? wszak jako strażniczka, nie powinnaś opuszczać Królowej- spytała Akssa -Kisoah wysłała mnie do Was., gdyż niepokoiła się nazbyt długą Waszą nieobecności, ale dzięki Bogom, wszystko jest w porządku. Witaj Lancetoriksie, cieszę się, że widzę Cię w dobrym zdrowiu –rzekła do niego Akpih -i ja się cieszę Akpih, że mogę Cię poznać. Niech mnie kule wezmą, jednak z Wizzoteriksa to niezły desperat. Rzucać się strażniczkę Królowej Kisoah. -mam nadzieję –rzekła głośno Akssa, tak aby usłyszał ją Wizzoteriks- że to zajście pozostanie nasza tajemnicą. A teraz wracajmy do obozowiska. Pojawienie się w obozie jasnowłosej Akpih, wywołało dużą radość wśród elfów. Z ich zachowania widać było wyraźnie, że cieszy się Ona wielkim poważaniem i szacunkiem. Skia na widok niespodziewanego gościa, z radością rzuciła się w jej ramiona -witaj botulinko- rzekła do niej z wyraźnym wzruszeniem w głosie- wiele o Tobie słyszałam. -ja o Tobie tez Skio –odparła Akpih -kolacja gotowa!!! -krzyknęła Sejtana- nie wiem jak Wy, ale ja jestem potwornie głodna. Nikogo nie trzeba było specjalnie zapraszać. -jednak Wizzoteriks to jest myśliwy nad myśliwymi –zagaił rozmowę Lancetoriks – miał upolować jelenia, a ustrzelił piękną łanię. -czy mógłbyś zmienić temat –burknął Wizzoteriks -oj ,Wizzoteriksie –wtrąciła się do rozmowy Sejtana –co fakt, to fakt i Lancetoriks ma rację. Gdyby nie to, że mnie udało się ustrzelić kilka zajęcy, to pewnie teraz, jedlibyśmy surowe grzyby, i sama nie wiem czemu się tak obruszasz. -wcale się nie obruszam –odparł Wizzoteriks –jestem wściekły, że ten rogacz, którego tropiłem kilka godzin uciekł mi -ależ Wizzoteriskie –rzekła Eva- to zdarza się nawet najlepszym -masz rację Evo –rzekł Lancetoriks wymieniając porozumiewawcze spojrzenia z Akssą i Akpih – to zdarza się nawet najlepszym. Po zaspokojeniu pierwszego głodu, Lancetoriks zwrócił się do Wizzoteriksa: -słuchaj, nie mieliśmy wcześniej czasu, aby o tym pogadać. Opowiedz jak udało się Wam, wydobyć mnie z tych lochów? Przecież to jest taka twierdza, ze nawet niewielki oddział mógłby się tam z powodzeniem bronić przed całą armią ashantii. -to zasługa Akssy- odpowiedział Wizzoteriks- -opowiadaj –ponaglał Lancetoriks -po ponownym przybyciu do Banhazi –rozpoczął swoją opowieść Wizzoteriks- przez wiele dni ukrywaliśmy się w okolicznych lasach. W tym czasie Akssa i Eva udały się do miasta, aby zebrać informacje o Tobie i miejscu gdzie Cię przetrzymują -i nie było to wcale łatwe zadanie-wtrąciła się do rozmowy Eva- w mieście, aż roiło się od różnego typu donosicieli i uczniów Dzinna. Z uwagi na to, ze Dzinn wciąż przebywał w mieście, Akssa nie mogła używać swojej magii, w obawie przed naszym wykryciem. Na szczęście, w mieście wciąż mieszkają ludzie oddani mojej Pani, Sorayi. Od nich dowiedzieliśmy się o uwięzieniu całej grupy Panicusa i o jego śmierci. Od nich tez dowiedzieliśmy się o miejscu Twojego uwięzienia. -dranie zabili Panicusa??? –rzekł smutno Lancetoriks -zameczyli Go na torturach-wycedził przez zęby Wizzoteriks -...więc gdy już ustaliliśmy gdzie jesteś przetrzymywany, Lancetoriksie –kontynuowała Eva- postanowiłyśmy z Akssą zrobić wszystko, aby dostać się do wieży. Tu pomogła nam Sejtana, która kiedyś , jako małe dziecko pracowała w tej wieży i znała sekretne przejście tam prowadzące. Ale łatwiej było wejść do wieży niż dostać się do miejsca gdzie Ciebie trzymano. Ten kwartał, w którym byłeś więziony, oprócz ochrony składającej się z oryckich strażników, chroniony był również magią i każda próba zdjęcia magicznych zapór, mogła by się zakończyć tym, że sami wpadlibyśmy w pułapkę Dzinna. Akssa bardzo długo przebywała w wieży, obserwując kto ma prawo przychodzić do Ciebie i kiedy zapory są zdejmowane. -no tak, ale w końcu udało się Wam ominąć i te zabezpieczenia –rzekł Lancetoriks -tak-powiedziała Eva- Akssie udało się ustalić , że tylko dwóch magów ma prawo przechodzić przez te zapory i za każdym razem gdy przez nie przechodzili zostawiali w nich swoją energię magiczną. To właśnie wykorzystała Akssa. Ich energię do zdjęcia zapór, tak aby Dzinn nie zorientował się ze robi to ktoś niepożądany oraz iluzję -iluzję???!!! –zdziwił się Lancetoriks – a co to takiego jest?????? -pozwól, ze Ci wytłumaczę –odezwał się Wizzoteriks –popatrz się na moja rękę i powiedz co trzymam w dłoni -jabłko- odrzekł Lancetoriks -no właśnie- rzekł Wizzoteriks- iluzja polega na tym, ze ja trzymam gruszkę a Ty widzisz jabłko. Tak tez było i wówczas, gdy weszliśmy do wieży. Strażnicy widzieli uczniów Dzinna i żołnierzy oryckich a to byliśmy My -acha –z uznaniem powiedział Lancetoriks- teraz rozumiem -ale po kolei –rzekł Wizzoteriks – gdy mieliśmy już rozpracowany plan zabezpieczeń i gdy wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać, gdy znajdziemy się w wieży, należało tylko czekać na właściwy moment. W końcu i on nadszedł. Dzinn został wezwany do kwatery głównej armii oryckiej w Uruk-ha, aby przepowiedzieć przyszłość, a Smokodeus, który praktycznie nie wychodził z wieży wyjechał z Banhazi. Tajemnym przejściem weszliśmy tam i czekaliśmy cierpliwie aby magowie , jak każdego dnia, przyszli do Ciebie. Wówczas, Akssa wykorzystując ich energie dokonała cudu. Żebyś widział miny tych magów i otaczającej ich straży, gdy nagle zobaczyli siebie samych . Ale nie pozwoliliśmy im się długo dziwić. Aksa szybko obezwładniła magów a i my nie mieliśmy większych problemów z wybiciem strażników. Ta samą drogą opuściliśmy wieże. -a Iguanessa i Gosiatriks?? –spytał Lancetoriks –czyżby były uwięzione gdzieś indziej??? Wydawało mi się, że znajdują się w tej samej celi co i ja. -niestety –rzekł smutno Wizzoteriks –one wcześniej zostały odesłane do Zir. Ale tak długo, jak ja pozostaję na wolności, tak długo one pozostaną przy życiu. A przynajmniej mam taka nadzieję. Dalej już wiesz. Prze wiele dni wędrowaliśmy przez najdziksze ostępy leśne, tropieni przez wszystkich magów tej ziemi, a nasz marsz opóźniał Twój stan zdrowie, gdyż Akssa musiała używać swojej magii, aby wyssać z Ciebie truciznę Dzinna. A to zawsze było dla niego sygnałem gdzie jesteśmy. Więc każdorazowo po takiej kuracji musieliśmy gnać na złamanie karku, aby ujść przed zbliżająca się pogonią. Na cale szczęście te kuracje trwały na tyle krótko, że Dzinn wykorzystując swoją moc nie mógł nagle się pojawić wśród Nas -tak jak wtedy, gdy zabił Soraye –rzekł Lancetoriks -tak –powiedziała Eva Na chwilę zapanowała cisza. Wszyscy przypomnieli sobie tragiczne wydarzenia owej pamiętnej nocy. Eva i Skia poczuły jak łzy napływają im do oczu, a podświadomość Lancetoriksa ukazała mu Smokodeusa wyłaniającego się z kamienicy i zagradzającego mu drogę ucieczki. Milczenie przerwała Akssa -czas spać –powiedziała –jutro skoro świt ruszamy. -sprawdzę jeszcze posterunki Aksso –rzekł Wizzoteriks podnosząc się sprzed ogniska. Lancetoriks wciąż zagłębiony był w swoich myślach. Ponownie przeżywał śmierć Sorayi, szaleńczy bieg do studni i cios zadany mu świetlistą kulą przez Dzinna, swój pobyt w więzieniu. Wiedział, że Dzinn próbował opanować jego ciało i ,wiedział, ze to mu się nie udało. Wiedział, że kluczem do zwycięstwa nad tym okrutnym czarownikiem jest totem jego klanu, który znajdował się w rękach Dzinna i to, że musi zrobić wszystko, aby odzyskać go. I coraz bardziej wyraźnym dla niego było to, że Ci ludzie z którymi przez przypadek , albo z woli Bogów się związał, są jedynymi osobami mogącymi pokrzyżować plany Wielkiego Maga, plany zapanowania nad tym światem. Nagle jego talizman, otrzymany od Kobi, zaczął drgać jak szalony. Zdziwiony Lancetoriks rozejrzał się wokół. Mimo, iż była późna noc, on widział wszystko jak w biały dzień. Na skraju lasu otaczającego polanę, na której biwakowali ujrzał tajemnicze postacie. Szybko podniósł się z miejsca i skierował się w stronę Wizzoteriksa. W tej samej chwili z zarośli wybiegły dwie postacie kierując się ku Wizzoteriksowi i stojącemu opodal Elfowi. Lancetoriks nie zastanawiał się długo, szybko wyciągnął swój miecz i zaczął biec w ich kierunku. Już ogromne szpony miały schwycić Wizzoteriksa i rozszarpać Go na strzępy, gdy rzucony przez Lancetoriksa miecz wbił się w pierś potwora odrzucając go o kilka kroków w tył. -Wizz!!! –krzyknął Lancetoriks- uważaj!!!!! W tej samej chwili drugi ze stworów rozszarpał stojącego opodal Elfa. -Dziwomisze!!!!- ryknął Wizzoteriks- ustawić krąg!!!!!!!!
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Dzinn nerwowo przechadzał się po komnacie. Do furii doprowadzały go meldunki powracających z pogoni za zbiegami patroli. Za każdym razem słyszał to samo. Nie znaleziono poszukiwanych. Najgroźniejszy rywal, ostatnia zapora zagradzająca mu drogę do akssamitnej magii i opanowania tego świata, wciąż jest poza zasięgiem jego władzy. Znikła, jak kamień w wodzie. Misternie przygotowany plan, powiódł się tylko połowicznie. Co prawda udało mu się wyeliminować najgroźniejszego rywala, Soraye, ale na wolności wciąż pozostawała strażniczka Safiry. Dzinn czuł podświadomie, ze z każdym dniem jego przewaga nad nią będzie maleć i to doprowadzało go do szału. Sam nie rozumiał jak mogła wyjść z tej zasadzki i dlaczego ani jego ludzie, ani jego magia nie potrafią jej teraz odnaleźć. Co jest w tej elfce, kto ją ochrania, oto pytanie na które, jeżeli chciał zwyciężyć w tej walce musiał, znaleźć odpowiedź. Dzinn chwycił mały srebrny dzwoneczek i nim przebrzmiał jego dźwięk, do sali wkroczył osobisty sekretarz Drumbases -przyprowadź mi natychmiast Smokodeusa- rozkazał Sługa bez słowa skłonił się nisko przed swoim panem i natychmiast opuścił salę. Po kilkunastu minutach wrócił z powrotem. -Panie- rzekł- Smokodeus i Witolin czekają w przedsionku -niech wejdą -rozkazał Dzinn. Po chwili do komnaty weszli zapowiadani mężczyźni. -Smokodeusie –spytał się Dzinn – czekam na relację . Czy masz jakieś informacje o naszych uciekinierach? -Panie –trzęsącym się ze strachu głosem wydukał Smokodeus –wciąż depczemy im po piętach ,ale są od Nas szybsi. Udało mi się ustalić , że jedną z uciekinierek była służąca Sorayi, Eva. To ona była ich przewodniczka w labiryncie podziemnym. Udało mi się ustalić ,że ma ona kuzynkę, wiedźmę , mieszkającą dzień jazdy konnej od Banhazi. Udaliśmy się tam, ale niestety już nikogo nie było. Podejrzewam, że uciekinierzy podążają w kierunku ziemi elfów po to aby skontaktować się z księżniczka Kisoah.. Wydałem stosowne rozkazy i na całej przestrzeni imperium od Banhazi do doliny śmierci wzmocniono patrole na drogach -a ludzie Zenobiusza -wysłałem mu w twoim imieniu polecenie aby wysłał wszystkich swoich łowców no łowy do puszczy. Być może uda im się natknąć na uciekinierów. -Drumbasesie a magowie –rzekł Dzinn zwracając się do swojego sekretarza. -Panie –odrzekł Drumbases – wszyscy magowie zostali poinformowani kogo szukamy i są ze mną w stałej łączności. Kilkunastu przydzieliłem do hord Zenobiusza. -Bardzo dobrze postąpiłeś Drumbasesie Dzinn zamknął oczy i zamyślił się nad czymś, a po chwili spytał Smokodeusa -Smokodeusie a co z naszymi jeńcami? -Panie. dwie wilczyce są całe i zdrowe. Wittolin pragnął by uzyskać Twoją zgodę na wywiezienie ich do Zir. Natomiast ten ashancki pies, Lancetoriks, wciąż jest nieprzytomny, ale jeszcze żyje. Zgodnie z Twoim rozkazem , wzmocniłem straże i zamknąłem Go w najbardziej niedostępnych lochach wieży czarownika -żyje powiadasz –jakby do siebie powiedział Dzinn –bardzo dziwne ...bardzo dziwne....żaden śmiertelnik nie jest w stanie przeżyć uderzenia świetlistej kuli, a i wielu magów tez by od niej zginęło . Muszę to sprawdzić. Możesz odejść Smokodeusie. Bądź gotów do drogi. Chyba czas, abyś powrócił do doliny śmierci -rozkaz Panie.-rzekł Smokodeus -Panie- wtrącił się do rozmowy milczący dotychczas Wittolin – a jaka jest Twoja decyzja w sprawie wilczyc? -Witolinie możesz je zabrać , nie są mi potrzebne- odrzekł Dzinn, i ręką dal im znak , że posłuchanie uważa za zakończone. Mężczyźni pochylili się nisko i wyszli komnaty. Po ich wyjściu Dzinn skierował się do ukrytych w ścianie drzwi. Zdjął z nich magiczne zaklęcie i wszedł do długiego ciemnego korytarza. Tuz za nim kroczył Drumbases. Koniec tego korytarza zamykały kolejne drzwi. Po ich otwarciu wyszli do dużej komnaty. Przeszli przez nią i znaleźli się w dużym, pięknym ogrodzie. -wujku Dzinnie! Wujku Dzinnie! – z krzewów jaśminu rozległy się dziecinne głosy – wujku Dzinnie czy odnalazłeś naszą mamę!!!???? Za moment z gęstych, pokrytych białym kwieciem krzewów wyłoniły się dwie czarne , zmierzwione główki. -witajcie dzieciaki –odrzekł dobrodusznie Dzinn – jeszcze nie odnalazłem, ale doniesiono mi ,że żyje. Wysłałem już tam swoje sługi, aby potwierdziły tę informacje i być może, po tak długich poszukiwaniach w końcu będę mógł Was oddać Waszej mamie. Podobnie jak Wy, też mam nadzieje , że tym razem wiadomość ta jest prawdziwa. -hurraaaaaa!!!!! –rozległ się z krzaków radosny okrzyk i dwoje małych elfów podbiegło do maga- wujku jaki Ty jesteś kochany!!! Odnalazłeś naszą mamę!!!!! Dzieciaki radośnie tuliły się do maga, który czule gładził ich po główkach -spokojnie –mówił do nich miękko –spokojnie, bo przewrócicie mnie urwisy. Teraz musze już iść bo pilne sprawy mnie wzywają, a Wy bądźcie grzeczni, nie rozrabiajcie za bardzo, bo Drumbases mówił mi ostatnio, że... -ależ Wujku Dzinnei będziemy grzeczni!!!! –zgodnym chórem wykrzyknęły dwa małe elfy. Dzin jeszcze raz pogładził je po główkach i znikł za drzwiami. Życie kilku łowców niewolników , których rozkazał zabić aby upozorować uwolnienie tych młodych elfów i zdobycie ich zaufania było raczej niewielką ceną w porównaniu do korzyści jakie uzyska z tego faktu. W jego głowie, powoli zaczął krystalizować się plan , którego celem miało być zniszczenie ostatniej bramy, wiodącej do panowania nad tym światem- Skii Z pokoju dziecinnego Dzinn skierował się wprost do kazamatów. Przy celi, w której znajdowali się jeńcy oczekiwał na niego Smokodeus wraz z klucznikiem. -otwieraj –rozkazał Dzinn. Zgrzyt klucza w zardzewiałym zamku wywoła u Dzinna nieprzyjemny dreszcz. Po chwili uderzyła w niego fala powietrza przesiąkniętego zapachem brudu, fekaliów, zgniłej słomy i rozkładających się ciał. Przez moment zawahał się, czy przejść przez te drzwi, lecz potrzeba spotkania się oko w oko z tym nieznanym mu dotychczas wojownikiem przemogła uczucie odrazy i obrzydzenia, jakie nim zawładnęło Jego wzrok szybko przyzwyczajał się do panującego tu mroku. Dzinn dostrzegł dwie postacie przykute mocnymi łańcuchami do ściany, które na widok otwieranych drzwi wstały z barłogu. Były to Iguanessa i Gosiatriks. W ich oczach wyczytał strach przed nieznaną przyszłością i gorejąca wściekłość z rzeczywistości w jakiej się znalazły. Natomiast nie dostrzegł w nich nawet najmniejszej oznaki apatii.. W drugim końcu lochu Dzinn dostrzegł jeszcze jedną postać, która podobnie jak wilczyce przykuta była grubymi łańcuchami do ściany. To był Lancetoriks. Jego bezwładne ciało, leżało w barłogu ze zbutwiałej słomy bez czucia tak, iż wydawało się że nie żyje i dopiero dłuższa obserwacja pozwalała dostrzec unosząca się pierś w płytkim i przerywanym oddechu. Dzinn podszedł bliżej, aby się przyjrzeć tej postaci. -hmm , chyba znalazłem właściwe ciało dla siebie –pomyślał Dzinn widząc muskularne ciało wojownika i natychmiast zapragnął wniknąć w duszę jeńca Bardzo szybko przełamał bariery ochronne Lancetoriksa. Ta nikła obrona jaką stawił mu wojownik, zdumiała Dzinna. Nie spodziewał się żadnego oporu, tym bardziej, że po uderzeniu świetlistą kulą , magiczny jad powinien już dawno je zniszczyć .Przeniknąwszy jego świadomość i podświadomość znalazł się w końcu w tym miejscu, do którego zmierzał. W świecie duchowym Lancetoriksa. To co ujrzał przeszło jego najbardziej śmiałe przewidywania. Ujrzał wokół błękitną połyskująca poświatę przez którą przenikała cudowna tęcza. Dzinn już wiedział, że znalazł to, czego od pewnego czasu poszukiwał. W tym ciele zamieszka jego dusza i to właśnie ciało poprowadzi hordy drazguli przez wrota czasoprzestrzeni i opanuje pozostałe światy. Jeszcze raz rozejrzał się wokół siebie. W oddali zauważył niewielki ognik. To była dusza Lancetoriksa. Choć jeszcze nie zamierzał jej pożerać, wiedziony ciekawością skierował się w tę stronę. Ognik wyczuwając niebezpieczeństwo nagle, zakołysał się, w panice oddalając się ku horyzontowi. Dzinn uśmiechnął się rozbawiony tańczącym ognikiem. -nie bój się duszyczko – powiedział sam do siebie- twój czas jeszcze nie nastąpił Już miał opuścić wnętrze Lancetoriksa, gdy jego uwagę przykuł mały punkcik, który z każdą chwilą gwałtownie się powiększał. Wiedziony ciekawością zatrzymał się na chwilę i zaczął się weń intensywnie wpatrywać. Nagle zbladł, a jego duszę powoli zaczął opanowywać demon przerażenia. Mały punkcik powoli przybierał postać potężnego tygrysa. Biegł ku niemu szczerząc swoje białe, ostre jak brzytwa kły, potężne pazury krzesały iskry przy każdym skoku. Niesamowite, pulsujące zielonym światłem oczy wbijały się w niego z nienawiścią. Strażnik duszy!!!! Zawyła przerażona dusza maga. Dzinn skamieniał. Nie mógł zrobić żadnego sensownego ruchu.. Tygrys potężniał z każda chwilą. Już wyraźnie było widać połyskującą sierść i mięśnie prężące się do ostatniego skoku. .Dzinn wytężył całą swoja moc, aby go powstrzymać, lecz o dziwo jego magia tu nie działała, a jeżeli nawet działała to była zbyt słaba aby powstrzymać tę szarżę. Diznn chciał opuścić wnętrze Lancetoriksa, lecz niewidzialna siła sparaliżowała wszystkie jego moce. Jeszcze moment i strażnik duszy rzuci się na niego i pożre jego duszę, jeszcze moment a marzenia o zapanowaniu nad światem pękną jak mydlana bańka. Przez małą chwilę słabości, przez niepohamowana, niegodną przyszłego władcy wszechświata ciekawość. Dzinn wytężył całą swoją moc magiczną. Potężny tygrys w ostatnim skoku szybował ku niemu, gdy niewidzialna siła krępująca go, nagle znikła i Dzinn w panice powrócił do swojego ciała. Blady, trzęsący się ze strachu, zlany potem rozejrzał się wokół siebie chcąc dostrzec czy ktoś z obecnych zauważył jego przerażenie. W oddali Smokodeus rozmawiał ze strażnikami , Wittolin sprawdzał czy kajdany skuwające Iguianesse i Gosiatriks są sprawne. Dzinn odetchnął z ulgą. Szybko odwrócił się i skierował ku wyjściu. Nagle do jego uszu dobiegł potężny głos -Dzinnie!!!! Dzinnie!!!! Wielki Mag rozjrzał się wokół. O dziwo, wszyscy zachowywali się jakby nie słyszeli tego głosu -Dzinnie!!! –powtórnie zabrzmiał głos –Dzinnie oddaj mi mój totem!!! Dzinn odwrócił się w kierunku Lancetoriksa. Jego oczy gorzały zielonym blaskiem. Jego oczy???? Nie, to były oczy tygrysa, strażnika duszy!!!! Przez wiele dni Wielki Mag Imperium, siedząc w zaciszu swojego gabinetu nie mógł dojść do siebie. Wciąż czuł strach , jaki go opanował, na widok zbliżającego się tygrysa, demona powołanego przez magię smoków i elfów tylko po to, aby zabijać jego pobratymców- drazguli. Po raz pierwszy w swoim życiu poczuł taki strach Po raz pierwszy w swoim życiu poczuł lęk przed siłą, której nie był w stanie się przeciwstawić ani zwyciężyć . Teraz już wiedział, ze będzie musiał zmierzyć się nie tylko ze Skią ale z przeciwnikiem stokroć straszniejszym i tysiąckroć bardziej bezwzględnym. Myśl ta, z jednej strony przerażała go, a z drugiej strony pociągała z przerażajaca nawet samego Dzinna siłą.. Natchniony tą myślą , zdjął z półki jedna ze swoich magicznych ksiąg i zaczął czytać: “..straznicy dusz powołani zostali przez magię smoków i magie starej rasy. To one głównie przyczyniły się do uwięxienia ludu drazguli w otchłani międzyczasowej. Przybierają zazwyczaj postać tygrysa lub wilka. W ostatniej wielkiej bitwie , jaką nasz lud stoczył z przedstawicielami starej rasy i smokami walnie przyczyniły się do klęski drazguli, płacąc ogromną cenę za to zwycięstwo. Prawie całkowitym wyniszczeniem. Aby pokonać straznika należy......” Twarz Dzinna rozpromieniła się usmiechem a wcześniejszy strach znikł jak kamfora. -Przed nami Banhazi- rzekła Akssa przyglądając się panoramie miasta -dawno Nas tu nie było –wycedził przez żeby Wizzoteriks –myślę , że tym razem nie będzie takiego komitetu powitalnego jak ostatnim razem -tu się zatrzymamy i poczekamy do wieczora –rzekła Akssa –gdy się ściemni razem z Eva wejdę do miasta i postaram się dowiedziec czegoś o Lancetoriksie -idziemy z Tobą –prawie jednoczesnie krzyknęli Skia i Wizzoteriks -nic z tego –odparła Akssa –zbyt będziemy się rzucali w oczy. A poza tym każdy mag zna wasze rysopisy . we dwie damy sobie znakomicie rade. Wy czekajcie tutaj na nasz powrót Grupa wojowników ponownie skryła się gąszczu banhazkiej puszczy. Metaliczny brzęk kajdanów na moment uświadomił Lancetoriksowi, gdzie się znajduje. W oddali słyszał rozwścieczone głosy Iguanessy i Gosiatrik wyrzucające stek wyzwisk pod adresem niewidocznych napastników. Po chwili wszystko ucichło. Lancetoriks czuł wyraźnie, że magiczny jad świetlistej kuli coraz bardziej przenika jego ciało, opanowując duszę i umysl Mimo, ze walczył jak mógł z tym czarem nie mógł go powstrzymać. Znów zaczął tracić przytomność.. Słyszał głosy swoich towarzyszy ginących na polu pod skałą ryczącego diabła, na polach doliny śmierci. Słyszał spokojny głos Niukotosa, nakazujący mu powtarzać wciąż i wciąż zadane ćwiczenia. Przez moment poczuł gorące pocałunki Kobi i ciepło jej ciała. -oto Twoja droga chłopcze –rzekł stary wojownik – do tej jaskini wejdziesz jako chłopiec a wyjdziesz z niej jako mężczyzna -jeżeli z niej wyjdę Mistrzu –odparł młodzieniec -zaufaj swojej mocy –odrzekł stary wojownik –zaufaj duchom tych co przed Tobą do niej weszli. Idź!!!! Młody wojownik poprawił miecz powieszony na plecach i zniknął w jaskini. Nie przeszedł pięciu kroków, gdy nagle grunt osunął się mu pod nogami i spadł do ciemnej komory. Wokół panowały nieprzeniknione ciemności. Teraz zdany był tylko na siebie a przed nim była tylko jedna droga, z której już nie mógł zboczyć. Powoli wzrok zaczął się przyzwyczajać do ciemności. Wszystkie nerwy napięte miał do granic wytrzymałości. Ruszył korytarzem .bardzo powoli, sprawdzając przed sobą każdą piędź ziemi. Za sobą usłyszał świst. Błyskawicznie obrócił się, wyjął z pochwy swój miecz i o jego ostrze uderzyło ostrze włóczni, która ktoś cisnął w niego. Teraz zrozumiał. Z tej jaskini wychodzą tylko żywi. O dziwo nie poczuł strachu, lecz jeszcze większą determinację aby walczyć , walczyć, walczyć. Krok po kroku szedł korytarzem. Jego wzrok zdawał się przenikać panujące tu ciemności. Już dostrzegał zarysy i kontury ścian, splątane korzenie wiekowych limb porastających wzgórze a nawet wiszące u góry nietoperze. Do jego uszu doleciał dziwny dźwięk jakby rój os wylatywał z ula. Za chwilę wokół niego uderzyło setki małych strzał. Na ten odgłos natychmiast padł na ziemi i turlając się po ziemi starał się uciec jak najszybciej i najdalej od tego miejsca. Niestety, nie dość szybko, gdyż kilka ze strzał tkwiło w jego nodze. Wojownik wstał, lecz nie uszedł kilku kroków, gdy z powały jaskini zaczęły sypać się na niego kamienie. Nie zważając na ból, jaki zadawał mu każdy krok, nie zważając na kolejne niespodzianki czyhające na niego, biegł przed siebie. Nagle wiedziony nieznanym mu dotychczas instynktem zatrzymał się. W tej samej chwili tor jego marszu przecięło uderzenie topora bojowego, wypełniając odgłosem całą przestrzeń korytarza. Na ciele wojownika pojawiły się kropelki potu mieszając się ze strużkami krwi wypływającymi z ran po ostrych kamieniach i tkwiących w jego ciele strzałach. W oddali zobaczył światło. Był już prawie u kresu swojej drogi. Powłócząc nogami powoli zmierzał w kierunku światła, wciąż gotowy odeprzeć każdy atak.. Gdy był już prawie u wylotu jaskini poczuł piekący ból . To niewidzialna ręka zadał mu cios sztyletem. Błyskawiczny piruet , krok w bok i cios mieczem. Znów piruet, zasłona i kolejne pchnięcie. Jeszcze krok, jeszcze jeden mały kroczek i był na powierzchni. -stałeś się wojownikiem Lancetoriksie –odparł stary wojownik -dzięki Tobie mistrzu Niukotosie –odrzekł młody wojownik padając zemdlony na ziemię. Lancetoriks zlany potem poruszył się na swoim legowisku. Wydawało mu się, że jego ciało składa się tylko i wyłącznie z bólu. Na moment zemdlał. Po chwili, gdy świadomość powróciła, usłyszał w oddali jakby odgłosy walki, metaliczny brzęk miecza uderzającego o miecz, rzężenie zabijanych, łoskot padających ciał. Lancetoriks chciał się poruszyć , lecz tępy ból znów pozbawił go świadomości -żyje, żyje –krzyknłą Wizzoteriks –szybko tu do mnie!!!! -Wizzoteriksie to Ty??? –słabym głosem zapytał Lancetoriks Za chwilę przy nim znalazła się Akssa i Skia, Akksa pochyliła się i wypowiedziała kilka zaklęć, po których Lancetoriks bez czucia opadł na barłóg -umarł???!!! –z niedowierzaniem zapytał Wizzoteriks -nie, uśpiłam Go, aby tak nie cierpiał i dałem osłonę przeciw jadowi –odparła Akssa –nie mamy czasu aby tu się nim dokładniej zając. Im szybciej opuścimy Banhazi tym lepiej. W każdej chwili Dzinn może wrócić z Uzur-Ha gdzie wróży Imperatorowi . Wizzoteriks rozejrzał się wokół jakby szukając jeszcze kogoś. W korytarzu zauważył jedynego żyjącego strażnika, pilnowanego przez dwóch elfów. Podszedł do niego i przystawiając mu sztylet do gardła spytał -gdzie więzicie dwie wojowniczki -wysyczał -Ppppanie –wyszeptał przerażony strażnik – dwa dni temu zostały zabrane stąd. Podobno zabrali je do Zir Były to ostatnie słowa jakie wymówił -Wizzoteriksie!!! –krzyknęła wzburzona Akssa –dość na dziś zabijania. Zabieramy Lancetoriksa i uciekamy stąd. Wiadomość o uwolnieniu Lancetoriksa po raz kolejny doprowadziła Dzinna do skrajnej wściekłości. Dając upust swojej furii uśmiercił posłańca i dwóch magów odpowiedzialnych za tę ucieczkę. Nawet jego ulubione wino wydawało mu się wyjątkowo cierpkie. Tyle starań i planów a rezultat jest taki, ze jego najwięksi wrogowie wciąż żyją i są na wolności. W pełni zrozumiał, że w tej walce, aby zwyciężyć, musi być bardziej bezwzględny i okrutny niż kiedykolwiek był, że powinien być przebieglejszy od najbardziej przebiegłego lisa, szybszy i bardziej morderczy niż kobra, cierpliwszy niż zółw, że ufny w swoją moc i siłę zbyt zlekceważył swoich przeciwników. Rozmyślania przerwał jego sekretarz -Panie –rzekł wyraźnie przestraszony Drumbases –on już jest Dzinn bez słowa skierował się ku schodom wiodącym do lochu. Za nim szedł Drumbases oświetlając drogę pochodnią. Po chwili weszli do ciemnej niszy. W jej najciemniejszym miejscu stał dziwny stwór. Na pół człowiek, na pół niedźwiedź. Wysoki na prawie 2 metry. Potężne ramiona i nogi , pokryte gęstym brunatnym włosiem , ozdobione były długimi i ostrymi pazurami. Z wydłużonego pyska wystawały białe kły. Na widok maga stwór potulnie położył swoje spiczaste uszy i cały się skulił -masz wąchaj –rozkazał Dzinn podając mu wiązkę słomy na której leżał Lancetoriks – odnajdziesz tego człowieka i ludzi , którzy z nim są i przyniesiesz mi ich głowy. Jeżeli to uczynisz daruję Ci życie i pozwolę bezkarnie łowić na ziemi elfów. Jeżeli zawiedziesz, zginiesz w męczarniach. Stwór skwapliwie obwąchał podany mu wiecheć słomy. Jego dotychczas potulne oczy, roziskrzyły się rządzą mordu a uniesione wargi obnażyły dwa rzędy ostrych jak brzytwa zębów.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Świt powoli przebijał się przez konary drzew i sino-szare chmury. Poranna mgła przeszywana celnymi strzałami promieni słońca, dzieliła się na coraz mniejsze skrawki odsłaniając błękit nieba. Nocne demony podświadomości ukryły się w swoich kryjówkach. Pohukiwania sów zastępował świergot ptaków, a wycie nocnych łowców-porykiwanie stad jeleni udających się do wodopoju. Las powoli zaczął budzić się do życia. Ukryci w gęstwinie paproci, zmoczeni i zziębnięci, obolali fizycznie i duchowo po wydarzeniach ostatniej nocy, Wizzoteriks ,Eva oraz Skia , przytuleni do siebie powoli powracali do świata żywych. Wędrowali przez całą noc, uciekając jak najdalej od znienawidzonego miasta Banhazi, wsłuchując się w odgłosy lasu, wciąż oglądając się za siebie z bojaźnią i strachem. W niemej walce o swoje życie sił dodawała im świadomość misji którą musieli wypełnić, spełnienia wielkiego obowiązku dla którego Lancetoriks i Soraya oddali swoje życie. Wizzoteriks uważnie patrzył na Skie i Evę. Sińce pod oczyma, bladość twarzy świadczyły o tym, że są już na skraju wyczerpania fizycznego i lada chwila ich ciała mogą odmówić im posłuszeństwa. Przywykły do ekstremalnych sytuacji w jakich często się znajdował, przywykły do radzenia sobie w sytuacjach wydawało się bez wyjścia, tym razem nie bardzo wiedział co ma dalej czynić. Jednak wieloletnie żołnierskie doświadczenie podpowiadało mu, aby kontynuować marsz , gdyż każda chwila zwłoki zmniejszała dystans dzielący ich od wysłanej przez orków pogoni, lecz doskonale zdawał sobie sprawę , ze musi wszystkim, nawet sobie dać chwilę wytchnienia i odpoczynku. -musimy trochę odpocząć nim dalej pójdziemy-rzekł Wizzoteriks- musimy się zastanowić, co czynić dalej bo nie ukrywam , że sytuacja jest bardzo dramatyczna. Nie mamy ani żywności, ani koni, do krainy elfów daleka droga a za nami niechybnie wysłano pościg. Dzinn nie pozwoli nam spokojnie tam dotrzeć -jesteśmy umówieni z Panicusem przy czarcim młynie –rzekła Skia –może ludzie Dzinna nic nie wiedzą o tym -za duże ryzyko Skio –rzekł Wizzoteriks –wypadki ostatniej nocy świadczą o tym, ze Dzinn był świetnie poinformowany o naszych krokach i zamiarach. Pójść tam to tak, jakby włożyć głowę do paszczy lwa. Przez chwilę zapanowała cisza, która przerwała Eva -kilka godzin drogi stąd mieszka moja kuzynka –rzekła –jej dom orkowie omijają wielkim łukiem albowiem uchodzi ona za bardzo złośliwą wiedźmę i chyba tylko wyraźny rozkaz Dzinna zmusił by ich, aby najechali jej dom. Tam możemy spokojnie i bezpiecznie odpocząć, nabrać sił i zastanowić się co dalej. -ręczysz Evo za nią –spytał Wizzoteriks -za Sejtanę??? –spytała siebie samą Eva –Soraya obie nas wychowała, obie kochaliśmy ją jak swoją matkę. Jeżeli za kogoś miałabym ręczyć to tylko za nią. Poza tym, Wizzoteriksie, Sejtana jest wiedźmą i jej magia może nas ostrzec przed zbliżającym się pościgiem. -myślę , że nie mamy innego wyboru –wtrąciła się do rozmowy Skia- Nie dyskutowali więcej. Mimo, ze oczy zamykały im się same żądając kilku chwil orzeźwiającego snu, a nogi coraz bardziej ciążyły im jakby były odlane z ołowiu, z trudem powstali i ruszyli w dalszą drogę. Wizzoteriks przekazał kierownictwo wyprawy Evie a sam zatopił się w swoich myślach. Jego umysł wciąż ukazywał oczom obrazy z ostatniej nocy. Szaleńczą ucieczkę z pierwszej zasadzki, tunele i kanały , którymi się przedzierali w nadziei opuszczenia Banhazi, potyczkę z orkami. Wciąż czuł w sobie rozpacz i złość jaka nim zawładnęła, gdy ujrzał swoje wilczyce krępowane przez oryckich żołdaków. Wciąż widział bezwładne ciało Lancetoriksa osuwające się na ziemię, a jego uszach wciąż rozbrzmiewał krzyk Lancetoriksa – skacz Wizzoetriksie. Okrzyk ,a dla Wizzoteriksa, ostatnia wola jego przyjaciela: .Wizzoteriksie musisz doprowadzić misje do końca. Nie zważaj na śmierć moją i innych, nie zważaj na ból .zimno, strach. Musisz spotkać się z Kisoah i pokonać Dzinna. I tylko ten krzyk, ten tkwiący w jego sercu ból po stracie oddanych towarzyszy, gorejąca w jego duszy chęć zemsty zmuszała go do dalszego marszu. W przeciwnym razie zawróciłby, aby wbrew wszelkiej logice wojskowej zaatakować Banhazi. Słońce osiągnęło właśnie punkt, nazywany przez astronomów zenitem, gdy po wielogodzinnym marszu wkroczyli do małej dolinki. W oddali ujrzeli niewielka chatę . Na ten widok wszyscy odetchnęli z ulgą. Udało im się bez większych kłopotów osiągnąć port do którego zdążali od brzasku. Tu mieli odpocząć, posilić się i zdecydować o swoich dalszych losach. Uczucie ulgi jakiej doznali na widok tej skromnej chatki, mieszało się z obawą i niepewnością, czy aby orkowie nie byli od nich szybsi i nie czają się we wnętrzu tego domostwa, by niespodziewanie spaść na nich jak jastrząb na swoją ofiarę. Ostrożnie przedzierając się przez gęsty las, bacznie obserwując okolice zbliżali się do domostwa. Wizzoteriks i Skia zostali ukryci w krzakach a Eva weszła na podwórko. -Sejtana jesteś!!! –krzyknęła Eva wchodząc na ganek -wszelki duch Pana Boga chwali –dał się słyszeć głos ze środka domu- Eva to Ty??? Po chwili z domu wyszła młoda kobieta uśmiechając radośnie. Kobiety przywitały się, a po chwili Eva dała znak swoim towarzyszom, że wszystko jest w porządku i mogą wyjść z ukrycia. -witajcie i wejdźcie do środka , miło mi Was gościć- przywitała zbliżających się Wizzoteriksa i Skie Sejtana- przyjaciele Evy są moimi przyjaciółmi Izba do której weszli urządzona była z typową dla tego obejścia skromnością, lecz dało się zauważyć na każdym kroku, iż zamieszkuje ja kobieta. Na ścianach oraz na znajdujących się tutaj meblach poustawiane były różnego rodzaju bibeloty i ozdóbki, zapewne zrobione własnoręcznie przez ich właścicielkę, oraz małe bukieciki z polnych świeżych kwiatów wypełniające swoim zapachem całą przestrzeń. Po warunkach spartańskich w jakich w ostatnim czasie Wizzoteriksowi i Skie przyszło żyć, ten dom pachnący świeżością i emanujący ciepłem, jawił im się jak luksusowy pałac. Posiłek, który naprędce przyszykowała im Sejtana spożyli szybko i łapczywie. Wizzoterki nie omieszkał wypowiedzieć słów zachwytu nad znajomością sztuki kulinarnej jak i nad umiejętnością urządzania wnętrz, czym zyskał sobie dużą przychylność Sejtany. Gdy na stole pojawiło się wino i świeże leśne owoce Eva skierowała rozmowę na właściwy tor -słuchaj Ruda- powiedziała –potrzebujemy twojej pomocy. Ścigają nas oprawcy Dzinna. Następnie opowiedziała dokładnie o wypadkach ostatniej nocy i celu ich podróży. Wiadomość o śmierci Sorayi wywołał u Sejtany płacz tak, że dopiero po kilku minutach uspokoiła się. -parszywy pies –zaklęła- Mogę Wam tylko powiedzieć ze nie daruje Dzinowi tego co zrobił i nic mnie nie obchodzi to, ze jest najpotężniejszą osobą w imperium i zrobię wszystko, aby skopać mu tyłek tak jak na to zasługuje. Po tym krótkim expose Sejtana kontynuowała -zapewne teraz aż roi się od paroli wojskowych na drogach, a w każdej karczmie, w każdej stacji pocztowej od agentów Dzinna. Tak więc głupotą było by, tam się skierować. Tu Ci dranie nie przyjdą, bo omijają mój dom z daleka. Bardzo się starałam przez ostatnie lata, aby tak było, lecz z tego co mówicie nie możemy wykluczyć i takiej sytuacji. Jeżeli to będą sami żołnierze to sobie łatwo poradzimy, gorzej, jeżeli z nimi będą również magowie. -to co w takim razie powinniśmy zrobić –spytał się Wizzoteriks -po pierwsze musicie odpocząć i nabrać sił, bo długa droga przed nami –odparła Sejtana – a resztę zostawcie mnie. Jedno jest pewne. Tu , Ci dranie, na pewno nas nie zaskoczą. Zawsze wiem kiedy ich oddziały zbliżają się do mojego domostwa, więc będziemy mieli czas, aby we właściwym momencie czmychnąć stąd. A nawet gdyby za sprawą magii uda im się uśpić moja czujność to i tak mam przygotowanych kilka niespodzianek na taką okoliczność.. Kładźcie się spać a ja w tym czasie zajmę się przygotowaniem do podróży. Wizzoteriks, który zazwyczaj nadzorował tego typu przygotowania, tym razem nie protestował ,oddając swoje jak i Skie życie w ręce Sejtany. I nie tylko sytuacja w której się aktualnie znaleźli skłoniła go do tego. Osoba Sejtany od pierwszej chwili wzbudziła w nim zaufanie. Jej wygląd, długie jasne włosy z odcieniem rudości, oczy, w których zauważył figlarne diabelskie ogniki oraz, to co go bardzo zaintrygowało jej głos, jego barwa tak mila dla ucha słuchacza, która zmieniła się ilekroć wymieniała imię Dzinna. Zapewne i Ona, pomyślał Wizzoteriks, nosi jakąś tajemnicę związaną z Dzinnem. Wizzoteriks rozejrzał się wokół siebie a widząc iż Skia i Eva, z pełnym zaufaniem do gospodyni tego przybytku oddały się w objęcia Morfeusza , burknął coś pod nosem, co zapewne miało oznaczać , że nie sprzeciwia się temu co zarządziła gospodyni i natychmiast usnął. Gdy Wizzoteriks obudził się , Skia i Eva, zajęte były sprawdzaniem strzał i łuków. Półprzytomnym wzrokiem rozejrzał się wokół siebie i gdy w końcu świadomość przypomniała mu gdzie się znajduje, jeszcze sennym głosem zapytał: -długo spałem? Odpowiedział mu chichot Evy i Skia -i co tak chichoczecie. Trzeba szykować się do wyjazdu –burknął Wizzoteriks -spałeś raptem półtora dnia –odparła rozbawiona Skia- a co do przygotowań ?!! Wybacz ale nie czekałyśmy na Ciebie i wszystko przygotowałyśmy same. Nie chciałyśmy Cię budzić , tym bardziej ze tak wzdychałeś przez sen Kobiety znowu zachichotały -półtora dnia???? –z niedowierzaniem wykrzyknął Wizzoteriks –straciliśmy półtora dnia?????? -nie straciliśmy –odparła Eva – przygotowałyśmy się do podróży. Skoro świt wyruszamy, i nie obawiaj się zabezpieczenia Sejtany działają bez zarzutu. Co prawda pojawiło się w pobliżu kilka patroli orkow, ale dałysmy sobie z tym radę. -cholera –zaklął Wizzoteriks- nigdy, nawet po najcięższej bitwie w moim życiu , nie zdarzyło mi się abym tak długo spał -no cóż –odparła wyraźnie rozbawiona Sejtana, która właśnie weszła do izby – kiedyś musi być ten pierwszy raz Wypoczynek świetnie wpłynął na Wizzoteriksa. Jego umysł mógł zdystansować się od wydarzeń ostatnich dni i skoncentrować nad najważniejszym celem, jakim było dotarcie do krainy elfów i odnalezienie księżniczki Kisoah. Z dużym zadowoleniem przyjrzał się poustawianym na stole pakunkom zawierającym żywność i inne potrzebne im w drodze rzeczy. Przy jednym z łóżek zauważył swój miecz, podszedł do niego i wyciągnął go z pochwy. Miecz był wyczyszczony i naostrzony. -Sejtano to Ty to zrobiłaś?? –spytał -tak a cos nie tak??!! –odparła Sejtana -nie, wszystko w porządku. Nie wiedziałem że tak świetnie znasz się na płatnerstwie –odprał Wizzoteriks –dziękuję. Sam bym tego lepiej nie zrobił. Jaki mamy plan? Wszyscy spojrzeli na Sejtanę. -wyruszamy o świcie. Przez kilka dni będziemy się przedzierać przez knieję i dzikie góry. Ale poruszanie się gościńcami nie wchodzi w rachubę. Niestety, będziemy poruszać się pieszo, bowiem każda próba zakupienia, czy też kradzieży koni, równałaby się ujawnieniem Dzinowi miejsca gdzie się znajdujemy. Jak dotrzemy do ziemi elfów może uda nam się skombinować jakieś konie. -jak długo będziemy musieli iść do ziemi elfów? –spytał Wizzoteriks -minimum trzy tygodnie –odparła Sejtana –chyba że skorzystamy z przejścia pod górami Aretyckimi, ale szczerze mówiąc, to by była już ostateczność. -dość mam kanałów i tuneli –odparl Wizzoteriks –jak mam już umrzeć, to wolę to zrobić mając nad głową niebo a nie masyw gór Aretyckich P tej krótkiej rozmowie wszyscy zabrali się do dalszych przygotowań. Sprawdzano broń, rzemienie zrobionych przez Wizzoteriksa plecaków, łatano obuwie i odzież, pakowano. Gdy skończyli przygotowania była już noc. -chyba wszystko gotowe –rzekła Eva- i praktycznie moglibyśmy już wyruszyć -ale dopiero po kolacji –odpowiedziała Sejtana Posiłek poprawił im humory. Rozmawiali o czekającej ich podróży i mogących wystąpić niebezpieczeństwach. Starali się omówić każdy szczegół drogi , która mieli przemierzyć. -wszystko jest jasne oprócz jednego –w pewnym momencie rzekł Wizzoteriks –jak odnajdziemy Kisoah? -oto się nie martw –odparła poważnie Skia- to nie my ja odnajdziemy lecz Ona Nas. Naszym zadaniem jest uczynić wszystko aby nie wpaść w ręce orków i Dzinna -tego jestem najzupełniej pewien, że nie wpadniemy –rzekł Wizzoteriks –a przynajmniej tego, że nie wpadniemy w jego łapy żywi -chodzi o to, Wizzoteriksie, aby nie tylko, nie dać się złapać ale również o to, aby zachować swoje życie. Musimy wyrównać nasze rachunki z Dzinnem. Musimy wykonać misję, która nam powierzono.....musimy pomścić naszych przyjaciół a ja muszę odzyskać swoje dzieci. -masz rację Skia –odparł Wizzoteriks zwieszając swoją głowę. Po kolacji starannie wygaszono ogień w palenisku i wszyscy poszli spać. Wizzoteriks długo nie mógł zasnąć. Wciąż rozmyślał o tym co się stało, o tym co jeszcze może się wydarzyć w jego życiu. Ostatecznie sen i nim zawładnął. Jednakże nie było dane mu przespać do świtu. Wiedziony instynktem obudził się nagle. Nad sobą ujrzał Sejtanę. -kłopoty? –spytał cicho -chyba tak –odparła Sejtana –jakiś oddział otoczył dom -cholera- zaklął Wizzoteriks –budź wszystkich. Orkowie? -nie wiem. Być może orkowie z magami. –szepnęła Sejtana budząc Skie i Eve – nie wiem. Ominęli wszystkie zapory Bez słów, i jak najciszej tak, aby żaden szmer nie wydostał się poza ściany domu i nie zdradził ich przed zbliżającymi się napastnikami, chwycili broń i przygotowane wcześniej plecaki i ustawili się przed wejściem do podziemnego przejścia , którym zamierzali opuścić otoczony dom. Nagle usłyszeli kroki. Ich odgłos stawał się coraz wyraźniejszy. Nie kryją, psiekrwie swojej obecności pomyślał Wizzoteriks. Za chwilę kroki dały się słyszeć na ganku a po kilku sekundach usłyszeli delikatne pukanie do drzwi -Sejtana otwórz!! –do ich uszu dobiegł cichy szept. Na ten dźwięk wszyscy znieruchomieli. Stado rozpędzonych słoni czy też pojawienie się w izbie mitycznego smoka czy tez nawet samego Dzinna nie wprowadziłby ich w takie osłupienie jak dźwięk tego głosu, głosu, który przecież doskonale znali. Przez moment nawet zwątpili w to, co usłyszeli, lecz powtórne żądanie dobiegające zza drzwi rozwiało już wszelkie wątpliwości. Głos należał do Akssy Podczas gdy Sejtana otwierała drzwi, pozostali przygotowali broń gotując się do ostatniej walki, na wypadek gdyby okazało się że jest to podstęp Dzinna. Po chwili do izby weszła Akssa wraz z trzema uzbrojonymi elfami. Na jej widok wszyscy odetchnęli z ulgą -Aksso, Ty tutaj??? – rzekła Skia tuląc się do czarodziejki -Soraya poinformowała mnie o grożącym Wam niebezpieczeństwie –odparła Akssa- i dlatego natychmiast wyruszyłam w drogę. Dzięki Bogu żyjecie -nie wszyscy –rzekła Skia a w jej oczach pojawiły się łzy. -Wiem i bardzo nad tym boleję. Ale nie czas teraz na wspominanie tego co się zdarzyło a czego odwrócić nie możemy-rzekła Akssa- oddaj mi włosy Sorayi Skia wyciągnęła ze swojej torby zakrwawione zawiniątko i bez słowa sprzeciwu oddała je Akssie, która rozwinęła pakunek i nakazała Sejtanie rozpalić ogień. Następnie posypała włosy Sorayi magicznymi ziołami, wymawiając przy tym zaklęcia i czyniąc nad nimi niezrozumiałe dla innych gesty. Gdy wypowiedziała ostatnie zaklęcie z największym namaszczeniem wzięła do swoich rąk włosy swojej mistrzyni i wrzuciła je do ognia wymawiając przy tym kolejne zaklęcie. Przez moment jej twarz nabrała dziwnego wygląda. Oczy zapłonęły granatowo akssamitnym blaskiem a cała postać zaczęła emanować dziwnym światłem - Soraya terthor ametis aksamitus matera..... Soraya terthor ametis aksamitus matera -jak w transie powtarzała Akssa- Soraya terthor ametis aksamitus matera Kryształowo błękitna poświata otaczająca postać Akssy oderwała się od niej i otuliła Skia, niknąc w jej ciele. Misterium było skończone. Akssa odetchnęła z ulgą. Moc akssamitnej magii wciąż była poza zasięgiem Dzinna. Wizzoteriks ,Eva oraz Sejtana podświadomie czuli , ze są świadkami wielkiego wydarzenia. Jednakże nie rozumieli, ani jego znaczenia, ani jego wagi dla dalszych ich losów. Natomiast Skia stała jak słup soli. Jak zahipnotyzowana parzyła wokół niewidzącymi oczyma. Czuła jak jej dusze i ciało przenika energia, która oderwała się od Akssy, czuła jak pod wpływem tej energii, zaczynała się w niej budzić moc jakiej dotychczs nie czuła Doskonale rozumiała , że oto Soraya obdarza ją czymś, o czym nawet jako strażniczka Safiry nie mogłaby nigdy marzyć. Na moment jej oczy zapłonęły granatowo akssamitnym blaskiem a w głowie usłyszała głos Sorayi -stałaś się akssamitna wróżką Strażniczko. Nie pozwól na to aby złe moce posiadły tę magie. Po chwili wszystko wróciło do realności. Akssa powiodła wzrokiem po obecnych a wyczytując z ich twarzy wiele pytań rzekła: -nie będę wyjasniać Wam tego co tu się stało ale byliście świadkami ważnego wydarzenia. Przed nami daleka droga, księżniczka Kisoah czeka na Was. Wszyscy w milczeniu wyszli przed dom. Na podwórzu czekało na nich dwunastu uzbrojonych elfów. Szybko sformowali kolumnę i wyruszyli. Przez dłuższy czas szli w milczeniu i tylko od czasu do czasu szczek miecza uderzającego o kolczugę lub trzask łamanego pod nieuważną stopą patyka informował las , o ich obecności. -Aksso – po kilku godzinach marszu odważył się zapytać Wizzoteriks –czy aby nie pomyliłaś drogi, bo wydaje mi się, że zmierzamy do...... -do Bahazi- przerwała mu Akssa- nie mylisz się Wizzoteriksie. Udajemy się właśnie tam. Muszę być pewna , że Lancetoriks zginął. Magia nie dała mi takiego sygnału. A jeżeli jest On tym kim podejrzewam , że jest ,to bym wiedziała o jego śmierci. -a co będzie jeżeli okaże się ze nie jest tym kim jest a będzie żył??- zapytał Wizzoteriks -nie ma takiej możliwości Wizzoteriksie –odparła Akssa- jeżeli przeżył uderzenie świetlistej kuli to znaczy ze jest tym wybrańcem i wówczas uwolnimy Go. A jeżeli okaże się, że nie żyje, wrócimy do księżniczki Kisoah i będziemy kontynuować naszą misję -a co z moimi wilczycami, Iguanessą i Gosiatrks?? –powtórnie zapytał Wizzoteriks -o tym postanowimy na miejscu Słońce powoli kończyło swoją całodzienną drogę po niebie , gdy w oddali zauważyli połyskujące w kapieli slonecznej dachy pałaców w Banhazi.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Smokodeus nerwowo przechadzał się po komnacie. Czuł strach, bojaźń jak i wielkie podniecenie przed czekającym go spotkaniem. Po raz pierwszy w swoim życiu stanie oko w oko z największym dygnitarzem imperium, osobistością od której tak naprawdę zależały losy ludów i narodów zamieszkujących ten świat, osobistością z którą musieli liczyć się wszyscy ,nawet sam Imperator. Dziwne, pomyślał Smokodeus, jak wielką władzę ma ten człowiek. Nie cesarz ale właśnie Wielki Mag Imperium decydował o tym kto zostanie jego następcą , a przecież to Wielki Mag decydował o tym komu powierzyć koronę cesarską, to on wielki Mag decydował o wojnie i pokoju. Na pewno, tego Smokodeus był pewien, nie ma na świecie potężniejszego człowieka i człowieka bardziej skrytego niż Wielki Mag. Niewiele osób ma to szczęście być przyjętym przez niego lub mu służyć. I to właśnie szczęście spotkało jego , Smokodeusa, skromnego nadzorcę z Doliny śmierci. Gdy w Ashantii tajemniczy wysłannik imperium wyjaśnił komu Smokodeus ma służyć nie wahał się ani chwili. Wiedział , że to jest jego wielka życiowa szansa. Smokodeus rozejrzał się wokół. Surowość wystroju komnaty świetnie współgrała z nimbem tajemniczości jaki otaczał jej właściciela. Surowe, wykonane z czerwonej cegły ściany, filary podtrzymujące sufit, podłoga ułożona z polnych kamieni i zwykłej gliny. Żadnych mebli, żadnych obrazów ,posągów czy też ozdób mających upiększyć to pomieszczenie Surowość tego miejsca bardzo kontrastowała z przepychem pałaców w Banhazi.. Oprócz niego w sali znajdowali się nieruchomi, jak bazaltowe pomniki dwunastu niezwyciężonych na świętym wzgórzu oryckim wartownicy , oraz Wittolin. -czy mógłbyś na chwilę przestać tak krążyć w kółko –rzekł Witolin –zaczyna mnie to denerwować. -nie mogę –odezwał się Smokodeus –nie mogę stać tak spokojnie jak Ty , gdy za chwilę mam stanąć przed samym Wielkim Magiem. -nerwy tu Ci nic nie pomogą –odparował spokojnie Witolin –tak to już jest z tymi wielkimi. Albo uzna, że spisałeś się dobrze i pozwoli Ci zjeść to co spadło z jego stołu, a być może, w przystępie dobrego humoru pozwoli ogryźć kość ,której on sam już nie chce jeść, albo uzna, że spieprzyłeś sprawę i wtedy czeka Cię w najlepszym razie loch do końca Twoich dni. -nie sądzę abym cokolwiek spieprzył Witolinie –rzekł Smokodeus –wszystkie rybki znajdują się już w więcierzu i tylko od Dzinna zależy, czy się nimi jeszcze pobawimy, czy też wyjmiemy sieci z wody. Jak sądzę wolałbyś już zakończyć swoją misję i wrócić w chwale do Zir, ale o tym zadecyduje Wielki Mag, a Ty będziesz się musiał do tego zastosować -wiem -odparł Wittolin –i mam nadzieję , ze dziś Ci ,których od tak długiego czasu ścigam, znajdą się w lochach tego zamku. Zresztą jak wiesz, Kapłani Zir napisali do Wielkiego Maga pismo z prośbą o udzielenie mi w tej sprawie jak największej pomocy i nie sądzę aby Wielki Mag zignorował tę prośbę -ha –zaśmiał się Smokodeus- jeżeli będzie to leżało w interesie Wielkiego Maga to zapewne udzieli tej pomocy Rozmowę mężczyzn przerwało wejście do komnaty sekretarza . -Smkodeus i Wittolin? –spytał urzędnik i nie czekając na odpowiedź rzekł dalej – Wielki Mag Was oczekuje. Pamiętajcie! Stójcie dokładnie w tym miejscu gdzie was zostawię i nie odzywajcie się nie pytani. Odpowiadajcie tylko na pytania jakie zada Wam Wielki Mag. Gdy zastosujecie się do tych reguł, być może ujrzycie twarze waszych bliskich. A teraz proszę iść za mną. Smokodeus poczuł jak mrówki zaczęły łazić mu po plecach a strach dusić za gardło, lecz nie dane mu było zastanawiać się dalej, gdyż sekretarz zdecydowanie odwrócił się i ruszył korytarzem ciągnącym się za drzwiami, z których przed chwilą się wyłonił. Po chwili znaleźli się przed wielkimi masywnymi wrotami. Smokodeus zauważył ,że cała ich powierzchnia pokryta jest runami. Sekretarz ,jednym ruchem nakazał im, aby się zatrzymali, a sam zniknął za nimi. -cholera –szepnął mu do ucha Witolin- widzisz te drzwi i to co jest na nich zapisane? -tak –wyszeptał blady jak kreda Smokodeus- to magiczne runy Po chwili w drzwiach pojawił się sekretarz i gestem zaprosił ich, aby weszli do środka. Komnata, w której się znaleźli, urządzona była z typową tutaj surowością i niechęcią do jakiegokolwiek zbytku. Na całe wyposażenie tego pokoju składał się wielki dębowy stół i fotel. Panujący w tym pokoju półmrok, skutecznie ukrywał rysy postaci siedzącej na fotelu. Smokodeus poczuł na sobie jej przenikliwy wzrok. Witajcie Panowie –rzekł Dzinn przerywając ciszę– cieszę się , że w końcu mogę Was poznać osobiście. -Jesteśmy zaszczyceni i szczęśliwi Panie, tym wyróżnieniem –rzekł Smokodeus- -witaj Witolinie –ponownie odezwał się Mag- z wielkim szacunkiem odczytałem przekazana mi pismo od Wielkiego Kapłana świątyni Zir i chciałbym na Twoje ręce złożyć wyrazy wielkiego szacunku jaki żywię do tak znamienitego sługi bogini. Jednocześnie chciałbym Cię zapewnić , że pojmanie i przekazanie tych złoczyńców kapłanom Zir jest dla nas sprawą piorytetową -dziękuję Panie –odrzekł Wittolin- już za długo Zir pozostaje w żałobie. Czas najwyższy, aby sprawiedliwości stało się zadość. -Bene –odrzekł Wielki Mag.-Słucham Cię Smokodeusie -Wielki Dzinnie Lancetoriks wraz ze swoimi towarzyszami aktualnie znajduje się w Banhazi. Wjechał do miasta razem z aktorami niejakiego Panicusa Helvetusa. Po przybyciu do obozowiska, razem z Wizzoteriskem, udali się do pewnej zielarki, ktróra zamieszkuje w XIII kwartale miasta. Podejrzewam, ze ona jest łączniczką Kisoah -Skąd takie przypuszczenia Smokodeusie –zapytał Dzinn -Lancetoriks już raz spotkał Kisoah. Było to w dolinie uśpionych elfów i podejrzewam, że Ona przekazała mu ten kontakt. Tym bardziej Panie, że podążając za tą grupą znaleźliśmy dziwną rzecz. Prawdopodobnie Lancetoriks dostał to od Kisoah . -co to takiego Smokodeusie? -dziwny liść jakby zrobiony z aksamitu. W miejscu, gdzie go znaleźliśmy , nie było żadnego drzewa, które miały by podobne liście. A poza tym, jak pisałem Panie w swoim raporcie, mój sługa, który nim wstąpił do wojska przez wiele lat kształcił się na maga, w miejscu gdzie go znaleźliśmy wyczuwał nieznaną sobie energię magiczną -pokaż mi ten liść Smokodeusie Smokodeus podał magowi szkatułkę , w której pieczołowicie przechowywał to znalezisko. Po otwarciu szkatułki oczy maga zapałały dziwnym blaskiem a na jego twarzy pojawił się tryumfujący uśmiech -Smokodeusie -spytał- czy z Lancetoriksem jest elfka? -tak Panie –odrzekł Smokodeus Wielki Dzinn klasnął w dłonie i natychmiast w pokoju pojawił się znany im sekretarz. Dzinn szepnął kilka słów, po których sekretarz ukłonił się z wielką czcią i bez słowa wyszedł z pokoju. -Smokodeusie czy wiesz gdzie mieszka ta zielarka do której udali się Lancetoriks i Wizzoteriks –spytał Dzinn -tak Panie, XIII kwartał Banhazi, dom pod dzika konwalią -świetnie się spisałeś Smokodeusie –rzekł Wielki Mag- być może dziś skończy się Wasza misja i żałoba w Zir. Smokodeusie weźmiesz moich gwardzistów i aresztujesz tę zielarkę. Do pomocy przydzielę Ci jeszcze kilku moich magów,. Pamiętaj Smokodeusie , nie wolno Ci dopuścić aby zielarka ścięła i zniszczyła swoje włosy. Chcę ją mieć tutaj żywą, ale gdyby sytuacja tego wymagała możesz ja zabić lecz nie dopuść aby zniszczyła swoje włosy. Zrozumiałeś mnie Smokodeusie??!! -stanie się według Twojego rozkazu Panie –zapewnił Smokodeus -idźcie już i nie zawiedźcie mnie. Witolinie wydałem właśnie rozkaz swojej straży przybocznej, aby pojmała Wizooteriksa i te dwie wilczyce. Smokodeus i Wittolin pokłonili się przed Wielkim Magiem i śpiesznie opuścili komnatę. Po ich wyjściu Dzinn opadł zmęczony w fotel. W jego umyśle jak odgłos błyskawicy rozbrzmiewała jedna myśl. Nareszcie! Nareszcie! Nareszcie! Dzieło, które rozpoczął wiele setek lat temu, zawierając przymierze z ukrywającym się przed elfami ostatnim wolnym drazgulem i łącząc jego duszę ze swoją, zbliża się do tak długo wyczekiwanego końca. Dzieło dla którego nie wahał się oszukiwać ani mordować .Dzieło, dla którego poświęcił swoją duszę i stał się w połowie drazgulem, uzyskując dzięki temu przymierzu, zdolność wnikania w ciała innych istot i pożerania ich dusz , co praktycznie pozwoliło mu żyć wiecznie, ale również umożliwiło zdobycie ogromnej magicznej wiedzy, tak iż stał się prawdziwym władcą magii białej i czarnej, a wszystkich, którzy nie chcieli się mu podporządkować unicestwiał. To dla tego stworzył imperium oryckie i wymordował większość akssamitnych wróżek. To dla tego celu zniszczył zakon Strażniczek Safiry A dziś, los oddaje w jego ręce nie tylko tę głupią, ostatnią strażniczkę Safiry, ale również odkrywa przed nim kryjówkę poszukiwanej przez tyle wieków ostatniej akssamitnej wróżki i tej właśnie nocy stanie się najpotężniejszym czarownikiem, władcą całej magii.: magii białej, magii czarnej, magii elfów ,smoków , krasnoludów i magii drazgulii. Nareszcie otworzy wrota przestrzeni międzyczasowej i wypuści z niewoli swoich pobratymców, a później na ich czele opanuje ten i inne światy . Dzinn dotknął do swojego policzka, gdzie niewidoczna dla ludzkich oczu, wciąż jątrzyła się rana, zadana mu przez młodą wróżkę podczas rzezi w noc aksamitnej aury. -poczekaj suko –wysyczał Dzinn- już ja Ci odpłacę za te wszystkie lata cierpień jakie musiałem przez Ciebie znieść. Zemsta jest rozkoszą bogów a dziś stanę się bogiem Soraya zamknęła księgę. Nie mogła skupić się na tekstem. Jej myśli wciąż krążyły wokół Lancetoriksa i Wizzoteriksa. Zadawała sobie wciąż te same pytania. Czy opuścili już Banhazi, czy ich obecność wciąż jest nieznana Dzinowi. Jak okiełzać Skia i jej żądzę zemsty, jak odwlec i tak nieuniknione starcie z Dzinnem. Wiedziała doskonale, ze nie są jeszcze do tej walki przygotowani i bezpośrednie starcie z magiem, może zakończyć się ich klęską i końcem świata,, który tak bardzo kochała. Soraya zgasiła świecę palącą się biurku i skierowała się ku schodom. Nagle opanowało ją dziwne uczucie strachu i niepokoju . Czyżby coś przytrafiło się Lancetoriksowi lub Skia??? Nie wahała się długo. Skupiła w sobie całą moc i używając magii orków starała się dotrzeć do swoich podopiecznych. Lecz tym razem, na jej drodze stanął dziwny mur, którego nie mogła przeniknąć. Soraya ponowiła próbę przebicia się przez ten mur lecz i tym razem bezskutecznie. Ktoś potężniejszy od niej zablokował , wydawałoby się bezpieczną ścieżkę, którą tak często przemierzała. Nagle uświadomiła sobie straszną rzecz. Spanikowana starała się pośpiesznie wycofać, gdy usłyszała w swojej głowie znienawidzony głos -witaj Sorayo. Bardzo długo czekałem na ten moment i moja cierpliwość w końcu została nagrodzona. Czas wyrównać rachunki, a od tamtej nocy, coś jesteś mi winna Soraya nie miała już żadnych złudzeń. To był Dzinn. Nad nią oraz nad jej przyjaciółmi zawisło wielkie niebezpieczeństwo. Dzinn znał jej kryjówkę i zapewne znał kryjówkę Skia i Lancetoriksa. Jeszcze raz wprawiła się w magiczny trans. Ujrzała zbliżających się do jej domu żołnierzy, którym towarzyszyli uczniowie Dzina. Więc jednak nie odważył się przyjść po nią sam, lecz przysłał swoich siepaczy. Soraya wytężyła swój umysł, lecz o dziwo nie mogła ujrzeć ani Lancetoriksa, ani Wizzoteriksa ani tez połączyć się ze Skia by ich ostrzec przed niebezpieczeństwem. Teraz zrozumiała. Dzinn użył całej swojej mocy, aby uniemożliwić jej jakikolwiek kontakt .Walka się rozpoczęła. Szybko wbiegła na górę, przebrała się w strój podróżny , przypięła do pasa krótki miecz a ukryty w pokrowcu elficki łuk oraz kołczan pełen strzał przewiesiła sobie przez plecy i zeszła ponownie do piwnicy. Jeszcze raz rozejrzała się bacznie wokół, przyglądając się półkom uginającym się pod ciężarem magicznych ksiąg, w których zapisana była cala wiedza wielu pokoleń akssamitnych wróżek, wiedza której tak bardzo pożądał Dzinn. Soraya wypowiedziała zaklęcie. Teraz była już pewna, ze dopóki żyje choć jedna akssamitna wróżka księgi te będą bezpieczne i niedostępne dla jej wrogów. Uśmiechnęła się na myśl o tym, że i tym razem zaskoczyła Dzinna, tak samo jak w noc aksamitnej aury gdy jak wściekła lwica rzuciła się na niego zadając mu bolesne rany swoimi wymuskanymi paznokciami. I tym razem Dzinn nie przewidział jednego. Co prawda swoją magią zablokował jej możliwość komunikowania się z nimi, lecz przeoczył jeden fakt. Soraya mogła dotrzeć do nich poprzez sieć podziemnych korytarza ciągnących się pod całym miastem , które dzięki Evie zdołała poznać tak, jak swoja kieszeń. Najważniejsze, pomyślała, aby odnaleźć ich przed Dzinnem, a wtedy szanse na wydostanie się z tej matni zdecydowanie wzrosną., Noc powoli wypełniała przestrzeń nad Banhazi. okrywając granatowo-czarnym , roziskrzonym gwiazdami tumanem ulice, zaułki i place miasta. Drzewa, krzewy, pomniki, fontanny, gonty dachów jak pod dotykiem czarodziejskiej różdżki przybierały coraz bardziej fantastyczne kształty mitycznych stworów, smoków czy też latających węży. W poświacie księżycowego światła fryzury przechadzających się po ulicach ludzi, sierść wałęsających się bezdomnych psów i kotów, oraz opuszczających, w poszukiwaniu żeru, bezpieczne legowiska szczurów, lśniły nienaturalną srebrną barwą Mimo dość późnej pory ulice były wciąż zatłoczone. Tłumy rozbawionych ludzi tańcząc i śpiewając kierowały się ku amfiteatrowi, gdzie miał odbyć się występ aktorskiej trupy Helvetiusa Panicusa. Wszędzie dało się wyczuć radosne podniecenie. Tymczasem w obozowisku aktorów ,przy ognisku zebrała się grupa osób. Z ich twarzy baczny obserwator od razu mógł wywnioskować, że grono to omawia sprawy niezwykle dla nich ważne. Miast radosnego podniecenia przed zbliżającym się spektaklem wyczuwało się ogromne napięcie i oczekiwanie na coś nieuchronnego. Wszyscy obecni ubrani byli w podróżne stroje i posiadali przy sobie broń. Przy każdej osobie leżał zapakowany do granic możliwości podróżny worek. Rozmawiali żywo, choć głosy ich były wyciszone do szeptu, gestykulując przy tym energicznie. -więc mamy wojnę z Imperium- prawie szeptem i jakby sam do siebie rzekł Wizzoteriks- jak myślisz Helvetiusie , kiedy oryckie armie wyruszą na Ashantii??? -myślę, że już wyruszyły. Decyzję pewnie podjęto wcześniej i tylko czekano na odpowiedni moment aby ją ogłosić –odpowiedział Helvetius -hmm –wtrącił się do rozmowy Lancetoriks –ciekawe od której strony zaatakują. My wjechaliśmy od strony Maczeturii i nie zauważyliśmy żadnej armii. Więc myślę, ze Orkowie zaatakują Ashantii od strony Zir -tez tak myślę –rzekł Wizzoteriks –te rejony królestwa są najsłabiej ufortyfikowane. Na Maczeturii orycka armia mogłaby sobie połamać zęby -tak – zamyśłił się Lancetoriks –myślę, że w Ashanti wszystkie klany maszerują w kierunku armii imperium, a my tutaj siedzimy. Wizzoteriksie kończmy jak najszybciej naszą misję i wracajmy do Ashantii. Helvetiusie, o której możemy się Ciebie jutro spodziewać? -tak jak się umawialiśmy Lancetoriksie –odparł Helvetius – bramy miasta otwierane są o świcie, więc jak tylko je otworzą, wezmę Wasze konie i przyprowadzę je do Czarciego młyna. Podczas gdy Lancetoriks z Helvetiusem omawiali szczegóły jutrzejszego spotkania ,Wizzoteriks nerwowo rozglądał się wokół, wypatrując, czy nie nadchodzą wyczekiwane przez niego osoby. -cholera- zaklął - gdzie One się podziały. Powinny już dawno tu być -Lancetoriksie – rzekła mała filigranowa kobieta w podróżnym stroju- nie możemy dłużej czekać. Pani Soraya wyraźnie nakazała nam opuścić miasto przed zmrokiem. Musimy już iść -poczekaj jeszcze Evo- odrzekł Lancetoriks -nie możemy przecież iść bez nich. Poczekajmy jeszcze jedną klepsydrę .na pewno się zjawią -mam nadzieję, że nic im się nie stało – z niepokojem rzekła Skia -musimy już wyruszyć –z uporem maniaka powtarzała Eva – każda chwila spędzona w mieście jest dla nas bardzo niebezpieczna. Za chwilę mogą tu zjawić się słudzy Dzinna. -Obyś nie wypowiedziała tego w złej godzinie –rzekł Panicus Helvetius. –uff.... chyba nadchodzą Zbliżające się szybko sylwetki dwóch kobiet na moment rozładowały panujące napięcie. Iguanesa i Gosiatriks w znakomitych nastrojach wracały z włóczęgi po mieście. -cholera –ponownie zaklął Wizzoteriks- mówiłem Wam abyście się nie ruszały z obozu. Zbierajcie swoje manatki, opuszczamy miasto. Oczy dziewcząt zrobiły się ze zdziwienia wielkie jak dwa młyńskie koła, -jak to??? –spytały jak na komendę- to nie zostajemy na spektakl??? Lecz nie czekając na wyjaśnienia natychmiast przypięły podaną im broń i chwyciły za worki. -no nareszcie –syknęła Skia- nasze Divy raczyły w końcu wrócić. Zbliżającą się awanturę i kłótnię rozwiał nieoczekiwany zamęt jaki powstał na drugim końcu obozowiska. Stojący tam ludzie w podnieceniu zbili się w gromadę, nerwowo pokazując coś sobie wzajemnie. W tę stronę pobiegła Brasilinessa i po chwili wróciła zdyszana i przerażona. -idzie tu duży oddział wojska –wyspała Za mną ! –krzyknęła Eva niknąc między wozami aktorów. Biegli klucząc między krzakami i drzewami oraz sunącymi ku amfiteatrowi grupkami ludzi, nerwowo rozglądając się czy nie doganiają ich żołnierze Szybciej! Szybciej! popędzała ich Eva.. Po dłuższej chwili opuścili park i weszli na ciasne i nieoświetlone uliczki miasta. Teraz musieli zwolnić, aby przez przypadek nie zwrócić na siebie uwagi oddziału strażników miejskich strzegącego porządku w tym rejonie. Na całe szczęście, na ulicy znajdowało się jeszcze dużo ludzi tak, że nie zwracając niczyjej uwagi spokojnie przeszli kilka przecznic. Przy jednej z bram, Eva zatrzymała się i w wiadomy tylko sobie sposób otworzyła ją. Uciekinierzy szybko schowali się w sieni a odgłos zamykanych drzwi uświadomił im, że udało im się ujść przed pościgiem -i co dalej Evo –spytał Lancetoriks -teraz skierujemy się ku południowemu murowi w dzielnicy rzeźników –odparła- jest tam tajemna furtka, przez którą wydostaniemy na zewnątrz -daleko to stąd –spytała zdyszana Dodi -za dwie klepsydry, jeżeli nie napotkamy żadnych niespodzianek, powinniśmy tam być –odparła Eva Nie było czasu na dalsze rozważanie sytuacji w jakiej się aktualnie znaleźli. Trzeba było jak najszybciej opuścić miasto i dopiero tam, w zbawczych kniejach otaczającego miasto lasu, radzić co dalej. Jednego byli pewni. Żołnierze zostali wysłani po to, aby ich pojmać lub zabić, a to oznaczało jedno. Dzinn wiedział nie tylko to, że są w mieście, ale doskonale orientował się również gdzie są. Skia podświadomie czuła, ze jej walka z Dzinnem, walka o jej świat , o życie jej dzieci właśnie się rozpoczęła. Eva poprowadziła całą grupę przez nieznane im podwórka, tajne podziemne tunele. Przechodzili przez opuszczone domostwa, przez ciemne, pełne szczurów, piwnice. Przeskakiwali przez płoty, przebiegali przez dachy domów i magazynów, Poruszali się szybko i cicho jak nocne zjawy. Pod ich nogami nie zaskrzypiała stara , spróchniała deska, nie odpadł kawałek zmurszałej cegły lub tynku, nie zadzwoniła starannie ukryta pod opończami broń, pojawiali się na moment, by za chwilę zniknąć w czeluściach kolejnego tunelu. -jesteśmy prawie u celu –rzekła Eva gdy wyszli na pustą ulicę – za tym rogiem jest ulica, która doprowadzi nas do furtki. To jest najbardziej niebezpieczny odcinek trasy. Zachowajcie szczególną czujność. Lancetoriks i Wizzoteriks wydobyli sztylety a Skia oraz wilczyce nałożyły cięciwy na łuki. W ręku Evy pojawił się krótki elficki miecz. Ostrożnie, ocierając się prawie o mury mijanych domów skierowali się w stronę zbawczej furtki. Po chwili, za kolejnym rogiem ujrzeli mur miejski, do którego , niczym jaskółcze gniazda, przyklejone były lepianki biedoty. Do celu i do wolności pozostało im sto metrów. Szli szybko, wciąż oglądając się za siebie i bacznie nasłuchując czy nie zbliża się pogoń. -wyjście znajduje się w tej lepiance na wprost nas-szepnęła cicho Eva- już za chwilę będziemy bezpieczni. Znajdowali się prawie u wyloty ulicy, gdy do ich uszu dotarł przeraźliwy kobiecy głos -wracajcie!!! To jest zasadzka!!!! Cała grupa jednocześnie odwróciła się w kierunku skąd dochodził głos.. Na drugim krańcu ulicy stała Soraya machając do nich rozpaczliwie. Rozdział 14 Pierwsze starcie Biegiem, zaryczał Wizzoteriks. Ruszyli w kierunku drugiego końca ulicy, jak stado antylop, które nagle opadła sfora żądnych krwi i wygłodniałych hien. Lancetoriks kątem oka dojrzał wybiegających z lepianek żołnierzy. Szybciej, szybciej poganiał wciąż Wizzoteriks.!!! Szybciej ,szybciej wtórowała im Soraya rozpaczliwie wymachując rękami. W piersiach zaczynało brakować tchu, w żyłach sprężona rodzącym się strachem krew, szykowała się, aby rozsadzić aortę. Szybciej, szybciej do zbawczych drzwi!!!! Lancetoriks jeszcze raz obejrzał się za siebie. Za nimi w odległości 35 metrów biegło około trzydziestu żołnierzy z obnażonymi mieczami, wściekłych ,że spodziewany i łatwy żer, właśnie wymyka się spod ich ostrzy. Kilku z nich leżało na ulicy wijąc się w kałuży własnej krwi. To zasługa Skia, która co kilka kroków odwracała się z napiętym łukiem i posyłała strzałę za strzałą w zbitą żołnierską ciżbę. W końcu zziajani dobiegli do miejsca gdzie stała Soraya .Zatrzymali się na moment, spoglądając na biegnących orków, a po chwili zasypawszy ich strzałami znikli za zbawczymi drzwiami. -szybko, szybko załóżmy ten rygiel!!! – zakomenderowała Soraya wskazując na ogromy bal z dębowego drzewa. Lancetoriks i Wizzoteriks schwycili go i natychmiast zablokowali nim drzwi. Za chwilę uderzyły w nie wściekle ostrza toporów i mieczy orków. -taran, przynieście taran –dał się słyszeć głos dowódcy żołnierzy -uff, tym razem nam się udało –odetchnęła Soraya – a nieszczęście było tuż, tuż -dokąd teraz Pani? –spytała Eva -wielkiego wyboru nie mamy, musimy iść do studni skazańców. Miejmy nadzieję, że tam nie będzie żadnej niespodzianki. Na dźwięk tej nazwy Eva wzdrygnęła się z obrzydzeniem. -Co to za studnia –spytał się Wizzoteriks -nie czas teraz na wyjaśnienia –odpowiedział Soraya Rzeczywiście. W całej kamienicy rozlegał się donośny łoskot uderzeń tarana o drzwi. Wielką niewiadomą było, ile uderzeń wrota tego domostwa jeszcze wytrzymają, ale tez nikt z obecnych nie chciał czekać i liczyć je , aby się o tym przekonać. Eva złapała wiszącą u ściany lampę i znikła w drzwiach prowadzących do podziemia domu. Za nią w ciszy udali się pozostali .Kolumnę zamykali Wizzoteriks i Lancetoriks. Gdy znaleźli się w obszernej piwnicznej izbie .Eva przesunęła jedną ze stojących tu, pełnych flaszek z winem, półek i wszyscy zobaczyli ukryte za nią drzwi. Szybko je otworzyła i znikła w czeluści ciągnącego się za nimi kanału. Prędzej wchodźcie, poganiała ich Soraya . Gwałtowny łoskot na górze i odgłosy kroków świadczyły o tym, że pościg sforsował wrota domu. Soraya weszła do tunelu jako ostatnia , dokładnie ryglując wszystkie skoble. -cholera , znowu podziemny kanał –szepnął Wizzoteriks – szkolono mnie do walki na ziemi, szkolono mnie do walki na wodzie a teraz okazuje się ,że nie wyszkolono do walki w tunelu. Już krzyż mnie boli od tego ciągłego schylania się. -nie marudź –szepnął do niego Lancetoriks –zmykajmy stąd jak najszybciej , bo te drzwi wyglądają mniej solidniej niż poprzednie. Szli tak szybko jak tylko mogli. Tunel gwałtownie schodził w dół i stawał się coraz ciaśniejszy i niższy tak, iż przez pewien odcinek musieli iść prawie na kolanach. Z ulgą przyjęli głos Sorayi oznajmujący im koniec trasy. Powoli wydobywali się z ciasnego korytarza i przez wąski otwór wypełzali w kolejnej piwnicy. -jesteśmy na miejscu –rzekła Soraya- teraz tylko, musimy dostać się niepostrzeżenie do studni -czemu ta studnia nazywa się studnią straceńców –spytała Iguanessa -studnia znajduje się na pradawnym placu kaźni, do niej wrzucano zwłoki skazańców, które specjalnym kanałem wpływały do fosy, gdzie były wyławiane i grzebane na cmentarzu –spokojnie odparła Soraya -coooo ???!!!! – z niedowierzaniem i obrzydzeniem krzyknęła Gosiatriks –ja mam skoczyć do studni pełnej umarlaków????? -tak – spokojnie odparła Soraya. -Pani –rzekła schodząca z góry Eva –na ulicy są żołnierze -dużo ich? –spytał Wizzoteriks -15 żołnierzy i 4 magów –odpowiedziała Eva Soraya pobiegła po schodach na górę. Za nią podążył Wizzoteriks. Niezauważeni wyjrzeli przez małe okienko na ulicę, na której stał oddział żołnierzy. -daleko stąd jest ta studnia- spytał Wizzoteriks -60 metrów stąd i zapewne jest zamknięta –odpowiedziała Soraya -w takim razie nie obejdzie się bez walki –sucho skomentował sytuację, w której się aktualnie znaleźli Wizzoteriks –a czasu mamy diabelnie mało, aby się do niej przygotować -wcale nie mamy czasu, musimy działać natychmiast –odparła Soraya spokojnie –pościg zaraz się tu zjawi. Ja zajmę się magami, Ty z Lancetoriksem, Iguanessą , Gosiatriks i Skia zaatakujecie ich , Eva będzie miała za zadanie dotrzeć jak najszybciej do studni i otworzyć klapę. Musimy wykorzystać element zaskoczenia i moja magię. Przy pewnej dozie szczęścia powinno nam się udać wydostać z tej matni. Wizzoteriks z podziwem spojrzał na Soraya. Cholera, pomyślał , gada jak prawdziwy wódz co to już nie jedną bitwę wygrał , więc tylko kiwnął na znak zgody głową i zszedł do piwnicy, aby poinstruować pozostałych, o czekającej ich walce. Za chwilę wszyscy stanęli przy drzwiach wiodących na ulicę. Tępy łomot wydobywający się z czeluści piwnicznych powiadomił ich o tym, ze pościg dotarł właśnie do ostatniej przeszkody. Soraya jeszcze raz popatrzyła na ulicę a po chwili najciszej jak mogła otworzyła drzwi. Wyszli cicho, jak koty zbliżające się do swojej ofiary, a następnie wypuściwszy w kierunku żołnierzy strzały rzucili się na nich z głośnym okrzykiem. Zaskoczenie było kompletne. Soraya skierowała potężną świetlistą kulę, którą wyczarowała w swoich rękach w kierunku magów, zabijając dwóch z nich. Pozostali przy życiu magowie odskoczyli w bok starając się tak szybko jak pozwalała im na to ich wiedza i magiczna moc utworzyć wokół siebie i swoich żołnierzy magiczne ekrany. Bezskutecznie. Wyczarowany przez Soraye świetlisty piorun spalił pierwszego z żyjących magów a hipnotycznie wibrujące oczy Sorayi niczym zwoje niewidzialnego olbrzymiego węża objęły i zaczęły dusić ostatniego z nich. Wizzoteriks wpadł w sam środek oddziału orków , powalając impetem kilku z nich na ziemię. Jego miecz raz za razem to odbijał się od tarcz zaskoczonych żołnierzy, to znów rozcinał ich pancerze i szyszaki, odrąbując ręce, nogi, siejąc wokół śmierć i przerażenie. Tuż za nim kroczyły Iguanesa i Gosiatriks. Wyglądały strasznie. Z wykrzywionymi strachem i żądzą mordu twarzami, zbryzgane krwią, rzucały się na przerażonych żołnierzy zatapiając w ich ciałach swoje sztylety. Obok nich Lancetoriks i Skia utrwalali dzieło zniszczenia i mordu. Po chwili połowa żołnierzy leżała na ulicy, w kałużach pomieszanej oryckiej krwi. Otrząsnąwszy się z pogromu i przerażenia, pozostali przy życiu żołnierze szybko utworzyli szereg, zagradzając atakującym drogę do studni. W nich, krzyknął Wizzoteriks i walka rozgorzała z jeszcze większą zaciętością. Eva jako ostatnia wybiegła na ulice. Nie patrząc na atakujących przyjaciół, rzuciła się biegiem w kierunku studni. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w każdej chwili może się zjawić ścigający ich oddział, a wtedy szanse na uratowanie się spadną praktycznie do zera. Czuła podświadomie, że wśród ścigających są również uczniowie Dzinna , tak więc przewaga jaką dawała im Soraya może zostać zniwelowana, tym bardziej ze jej Pani będzie już wyczerpana walką z magami, których tutaj zastali. Ta świadomość dodawała jej skrzydeł. Biegła coraz szybciej. Nagle , z zaułka wybiegł potężny Ork mierząc w nią swoją włócznią. Eva nie zatrzymując się przeturlała się pod jego nogami tnąc z całej siły w jego łydki. Szybko powstała i podbiegła do studni. Tak jak się spodziewali, klapa studni zamknięta była na dwie potężne żelazne kłódki. Nie zastanawiała się długo. Kilkoma uderzeniami miecza rozbiła jedną z nich.. Gdy szykowała się do rozbicia kolejnej, instynktownie wyczuła atakującego ją orka. Zrobiła szybki unik i wbiła swój miecz w jego szyję. W tym samym momencie potężne uderzenie ogromnego topora bojowego rozbiło drugą kłódkę. Eva uniosła klapę. Droga do wolności została otwarta. Jeszcze dla sprawdzenia wrzuciła do niej mały kamyk. Przy liczbie pięć usłyszała odległy plusk. -gotowe!!!!! –krzyknęła jak mogła najgłośniej Siedząc na cembrowinie, zauważyła jak od walczących oderwały się dwie postacie i zaczęły biec w jej stronę. Były to Soraya i Skia. Nie czekając dłużej, skoczyła w dół .W uszach czuła tylko świst powietrza, który zatykał jej dech Wnętrzności, poddane sile z jaką dotychczas się nie spotkały, powoli zaczęły przesuwać się ku przełykowi.Za chwilę potężne uderzenie o taflę wody na moment odebrało jej świadomość. Jej ciało zanurzyło się w zimnej studziennej wodzie a po chwili tracąc swój impet, poddane siłą fizyki, powoli, acz z uporem, zaczęło się wynurzać. W tej samej chwili silny prąd wessał ją do tunelu znajdującego się pod powierzchnią wody. Płynąc, Eva poczuła, że coraz bardziej brak jej powietrza. Powoli zaczęła tracić przytomność. Nagle ta sama siła ,wyrzuciła ją w górę. Nie mogąc już dłużej wytrzymać na bezdechu otworzyła szeroko usta , lecz zamiast strumienia wody zalewającego jej płuca i dławiącego ostatnie iskierki, tlącego się życia, płuca wypełniły się zbawiennym powietrzem. Była uratowana. Soraya obserwowała wijącego się w konwulsjach ostatniego maga, gdy usłyszała gromki głos Lancetoriksa. -Sorayo!!! Droga wolna, biegnij do studni!!!!! Zmęczona i wyczerpana walką zdobyła się na jeszcze jeden wysiłek i zaczęła biec. Kątem oka z przerażeniem zobaczyła żołnierzy wybiegających z domu, z którego przed chwilą wyszli. Krzyknęła na Skia, aby podążała za nią i pędem ruszyła w kierunku studni. Już nie oglądała się za siebie, lecz ze wzrokiem utkwionym w studnię biegła z determinacją oszalałego zwierzęcia, uciekającego przed falami powodzi. Nagle stanęła jak wryta nie wierząc własnym oczom. Przed nią stał Dzinn. Uśmiechając się szyderczo. cisnął w nią świetlistą kulę i zniknął. Zaskoczona Soraya nie mogła wykonać żadnego ruchu ani też uchylić się przed atakiem. Wstrzyknięty jad sparaliżował jej ciało i powoli zaczął opanowywać umysł. W bezsilnej rozpaczy i przerażeniu osunęła się na ziemię. -Sorayo co się stało –krzyknęła zaniepokojona Skia przybiegając do leżącej nieruchomo czarodziejki. -Dzin!!! Dzinn trafił mnie swoją magią.....zaczyna zdobywać nade mną władzę.. Skia wiesz co masz czynić –wybełkotała na wpół przytomna Soraya -Nie, nie mogę tego uczynić!!! –spazmatycznie krzyknęła Skia , ciągnąc prawie nieprzytomną Sorayę w kierunku studni -czyń co masz czynić, bo inaczej Dzinn zdobędzie moją magię –wyszeptała sinymi ustami Soraya Skia drżącymi rękami wyciągnęła sztylet, szybkimi ruchami nacięła skórę na jej głowie i energicznie pociągnęła za włosy., zrywając je i odsłaniając czaszkę Sorayi. Następnie chwyciła za miecz i uderzyła nim kilkakrotnie w głowę czarodziejki. Dzieło zostało skończone. Tam, gdzie jeszcze niedawno znajdowała się piękna i szlachetna twarz Sorayi straszyła swym widokiem krwista, pulsująca miazga. Skia schowała zakrwawione pukle włosów aksamitnej czarodziejki do torby i płacząc, skoczyła w czarną czeluść studni. Chcę ich żywymi, krzyknął ubrany na czarno wojownik wyskakując z kamienicy na ulicę. Lancetoriks spojrzał w tę stronę. Nie, nie mógł się mylić. To był Smokodeus. Ten sam, który ścigał go od pierwszego dnia jego ucieczki z doliny śmierci. Ten sam, który ma na sumieniu życie co najmniej trzech jego kamratów. Ten sam, który odgrażał się w Dolinie uśpionych elfów, że osobiście poćwiartuje ciało Lancetoriksa na kawałki. A teraz się spotkali w sercu Banhazi. Na wyciągnięcie ręki, na odległość miecza. Nie zważając na grożące mu niebezpieczeństwo Lancetoriks rzucił się na Smokodeusa. Ich miecze skrzyżowały się , lecz wybiegający z budynku żołnierze, utworzyli między nimi mur, którego Lancetoriks nie był w stanie przebić. Do studni, ryknął mu do ucha Wizzoteriks., spieprzajmy stąd, bo jest ich za dużo.!!!!! Sytuacja była beznadziejna. Szybkie pojawienie się pościgu rozdzieliło walczących na dwie grupy. Wizzoteriks z rozpaczą zobaczył jak horda oryckich żołnierzy rzuca się na Iguanesse i Gosiatriks obezwładniając je i wiążąc. W przypływie wściekłości, jednym uderzeniem swojego miecza przeciął prawie na pół atakującego go orka i zaczął biec w kierunku studni. Za swoimi plecami czuł oddech Lancetoriksa. Nikt nie był w stanie powstrzymać ich w tym biegu, którego stawką było nie tylko ich życie. Każdy ,kto stanął na ich drodze, ginął szybciej niż zdążył pomyśleć o tym, że właśnie przeniósł się z krainy żywych do krainy cieni , w ogłupiałym zdziwieniu witając się z tymi , którzy już dawno umarli.. Ratunek był coraz bliżej. Wizzoteriks minął zmasakrowane ciało Sorayi, wskoczył na cembrowinę studni i obejrzał się za siebie. Dostrzegł biegnącego Lancetoriksa w odległości 10 kroków od studni. Jeszcze jeden żołnierz próbujący zagrodzić drogę biegnącemu tygrysowi osunął się na ziemię charkocząc i plując krwią. Skacz Wizzoteriksie doszedł do niego krzyk Lancetoriksa. Już miał skoczyć, gdy wielka świetlista kula uderzyła w jego przyjaciela. Lancetoriks osunął się bezwładnie na ziemię a zgraja żołdaków pokryła jego ciało. Po chwili nad Wzzoteriksem zamknęła się wodna toń. Walka była skończona. Na ulicy walały się ciała zabitych i rannych, którzy jęczeli wijąc się z bólu i prosząc o szybka śmierć. Uliczne ścieki wypełnione były krwią. Smokodeus starał się ogarnąć sytuację. W walce stracił 15 żołnierzy i 4 uczniów Dzina. Wiedział, ze nie jest to wynik którego spodziewał się Wielki Mag . Zapalczywość i chęć mordu powoli ustępowały miejsca budzącemu się strachowi. Przyglądając się okaleczonemu ciału Sorayi wiedział, że zwiódł swojego Pana. W jego głowie, jak złowróżbny dźwięk dzwonu zabrzmiały słowa Wielkiego Maga: możesz ją zabić, lecz pamiętaj abyś nie pozwolił jej obciąć i zniszczyć włosów. Jeszcze dwie godziny temu, gdy na czele gwardzistów wyruszał po Sorayę, wydawało mu się, ze jago kariera rozwija się znakomicie i czeka Go wielka przyszłość jako człowieka do specjalnych zadań, któremu Wielki Dzinn będzie bezgranicznie ufał i powierzał najbardziej tajne misje. Teraz obawiał się najgorszego. Nie dość, że elfce udało się uciecz włosami czarodziejki, to gdyby nie nagłe pojawienie się Wielkiego Dzina również i Soraya uszła by z tej zasadzki. Smokodeus nie miał żadnych wątpliwości, że wszystkiemu winnym jest Lancetoriks. On jest przekleństwem mojego życia pomyślał. Podszedł do skrępowanego Lancetoriksa i przystawił mu sztylet do gardła. Poczuł przeogromną chęć zatopienia jego ostrza w szyi tego niewolnika, lecz rozkaz y jakie otrzymał były jednoznaczne. Jeńców, należy odprowadzić do lochów wieży Wielkiego Maga., a tego rozkazu złamać przecież nie mógł. Z trudem hamując swoją wściekłość, wysyczał do ucha Lancetoriksa -mówiłem Ci psie, że się jeszcze spotkamy i słowa dotrzymałem. Jutro przeklniesz dzień , w którym Cię matka porodziła. Odpowiedziała mu cisza. Smokodeus jeszcze raz popatrzył wściekłym wzrokiem po pobojowisku. Przy skrępowanych Iguanessie i Gosiatriks dostrzegł Wittolina -chyba jesteś zadowolony z dzisiejszych łowów? -spytał -dwie suki złapaliśmy, ale temu parszywemu Wizzoteriksowi udało się uciec –rzekł do niego Wittolin- tak więc moja misja nie została, niestety, jeszcze zakończona. Eva i Skia wpatrywały się hipnotycznie w toń wody, gotowe w każdej chwili rzucić się do niej, gdyby okazało się że tunel, którym tu przypłynęły wypluł kolejną swoją ofiarę. Były mokre, zziębnięte i poobijane. Eva cicho pochlipywała na wspomnienie Sorayi. Wciąż nie mogła uwierzyć, że jej Pani nie żyje, że Dzinnowi udało się jednak ją pokonać. Na przemian opanowywała ją wielka rozpacz i żal po stracie Sorayi , by za chwilę przerodzić się w niepohamowaną chęć zemsty na Wielkim magu i wszystkich jego sługach. Skia tępym wzrokiem wpatrywała się w toń wody. Z jej twarzy ,nawet baczny obserwator, nie potrafiłby wyczytać sensu myśli, które nią targały. W uszach wciąż słyszała przerażony okrzyk Sorayi trafionej świetlistą kulą a oczy wciąż spoglądały na zmasakrowaną twarz czarodziejki. Nie, nie powiedziała Evie, ze to ona pozbawiła Sorayę życia, zresztą nie było na to czasu. Ledwie napełniła swoje płuca ożywczym powietrzem, stanęła obok Evy nad brzegiem, modląc się do wszystkich bogów, aby z tej dziury wyłonili się jej przyjaciele. Woda ponownie zakipiała, a nad powierzchnią ukazała się ręka. Eva i Skia momentalnie schwyciły ja i wyciągnęły z wody Wizzoteriksa.. Pozostawiając go na brzegu, półprzytomnego i krztuszącego się, powtórnie stanęły nad brzegiem, bacznie wypatrując następnej osoby. Wyglądały jak dwie wielkie modliszki czatujące na swoje ofiary. -to już wszyscy –rzekł Wzizoteriks –już nikt więcej nie wypłynie z tego tunelu, chyba , że jakiś ork -coo??? –z przerażeniem i niedowierzanie w głosie wykrzyknęły –a Iguanesa i Gosiatriks?? -pojmane –odparł Wizoteriks -a Lancetoriks –spytała Skia -nie żyje –odparł sucho Wizzoteriks- znikajmy stąd póki czas, bo inaczej i my nie doczekamy świtu -jak to- spytała siebie sama Skia- bez Lancetoriksa???? I dokąd mamy iść??? -jak najdalej stąd –odparła Eva
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Trzask otwieranych wrót przykuł uwagę Lancetoriksa i Wizzoteriksa. Po plecach przebiegły im dreszcze, a ciała oblał zimny pot. Napastnicy doskonale znając okoliczne zakamarki i ukryte przejścia zapewne zaszli ich od tyłu. Ta myśl lotem błyskawicy przeleciała każdemu z nich po głowie. W napięciu wyglądali żądnych krwi bandziorów, którzy za moment powinni ukazać w drzwiach . -Lancetoriksie!!! Szybko !!! -doszedł ich z głębi sieni głos- Szybko na Boga!!! Pośpieszcie się!!!! . Niewiele myśląc, wojownicy jednym susem znaleźli się za zbawczymi wrotami. Drzwi natychmiast zamknęły się za nimi, a powietrze przeszył łoskot przesuwanych rygli. Ratunek przyszedł w sama porę. Z podwórza słychać było zdziwione i wściekłe głosy pogoni. Napastnicy szybko zorientowali, jaką drogą ich ofiarom udało się zbiec i niezwłocznie podjęli próbę wyważenia drzwi. O ściany sieni, złowrogo odbijały się energiczne uderzenia pałek, kamieni i siekier. Wizzoteriks i Lancetoriks nerwowo rozejrzeli się wokół siebie. W ich rękach połyskiwały sztylety gotowe odeprzeć każdy atak, a ciała wciąż drżały przeżyciem nie stoczonej bitwy. Roziskrzone oczy powoli traciły swój bitewny blask przyzwyczajając się do panującego tu mroku. To co zauważyli uspokoiło ich. Wraz z nimi w sieni znajdowała się tylko jedna osoba.. Jej drobna postać dokładnie otulana w obszerny płaszcz z kapturem zasłaniającym twarz oraz miły i ciepły głos wskazywał na to, że ich wybawcą jest kobieta. -przysłała mnie Soraya –rzekła - chodźcie za mną! Nie odzywając się więcej ani słowem, nieznajoma ruszyła śmiało naprzód. Za nią podążyli Lancetoriks i Wizzoteriks. Szybkim krokiem przechodzili przez niezamieszkałe podwórka, puste korytarze opuszczonych domostw. Schodzili do piwnic a następnie przemierzali podziemne tunele. Widać było, że przewodniczka doskonale zna drogę. Cała podróż odbywała się w milczeniu. Po półgodzinnej marszrucie stanęli przed solidnymi, żelaznymi wrotami zamykającymi podziemny tunel. Nieznajoma z zanadrza swojego płaszcza wydobyła mały kluczyk i otworzyła je. Za drzwiami znajdowała się izba , przypominająca do złudzenia laboratorium. Na półkach stojących przy ścianach, leżały opasłe tomy starych ksiąg oprawnych w skóry, środek izby zajmował potężny stół, na którym poustawiane były różnego rodzaju szklane naczynia oraz słoiki z barwnymi miksturami. U powały sufitu, zawieszono pęki suszonych ziół oraz wypchane, martwe zwierzęta o szklanych oczach. W kącie izby, wznosiły się drewniane schody. -proszę za mną Panowie –powiedziała nieznajoma kierując się ku schodom. Po chwili cala trójka nalazła się w przedpokoju o bogatym wystroju wnętrza. -witajcie rycerze –powitała ich młoda kobieta wychodząca właśnie z przyległej izby- bardzo mi się dłużył czas oczekiwania na Was. Jestem Soraya. Lancetoriks oniemiał na jej widok. Od czasu, gdy po raz pierwszy usłyszał jej imię, a nieoczekiwane spotkanie, które miało miejsce podczas ich tryumfalnego wjazdu do Banhazi, utwierdziło go w tym przekonaniu, wyobrażał sobie, że Soraya jest zgrzybiałą staruszką. -witaj Pani –ledwie zdołał wybąknąć zmieszany, nie mogąc oderwać oczu od jej długich, sięgających prawie do pasa kręconych, kruczoczarnych włosów, czarnych jak węgiel oczu, ponętnych , jak nabrzmiałe słodkim sokiem pomarańcze, jędrnych piersi. Przed nim stała piękna kobieta, a rozkosznie zaokrąglonych kształtach, ubrana w długą, zwiewną turkusową suknię, doskonale podkreślającą jej figurę. Soraya zauważyła wrażenie, jakie zrobiła na gościach , a w kącikach jej karminowych ust zadrgał uśmiech zadowolenia., jednak nie chcąc przedłużać ich zakłopotania ,wyciągnęła do nich na przywitanie swoją dłoń, którą oni skwapliwie ucałowali . -wejdźmy do izby –powiedziała- bowiem wypadki, które miały miejsce ostatnimi czasy, nakazują działać szybko i zdecydowanie -dziękuję Ci Evo , zawołam Cię jak będziesz mi potrzebna –powiedziała Soraya zwracając się do ich przewodniczki Dziewczyna z czcią ukłoniła się swojej Pani i bez słowa znikła za drzwiami. -wiem Panowie co Was sprowadza tutaj. Przekazano mi, jaki jest cel Waszej wyprawy i co się wydarzyło w obozie Helvetiusa –powiedziała Soraya gdy zostali sami w pokoju. -Pani –zagaił Wizzoteriks – Akssa powiedziała nam, że możemy liczyć na Twoja pomoc w spełnieniu naszej misji. Lecz ostatnie wypadki, których byliśmy świadkami sprawiły, że pytań, jakie cisną się na nasze usta jest więcej i bardzo liczymy na to, że tutaj uzyskamy na nie odpowiedzi -wszystko w swoim czasie Wizzoteriskie –odpowiedziała czarodziejka- nie mam zamiaru nic przed wami zatajać .W tej chwili najważniejsze jest abyście opuścili Banhazi i udali się do doliny uśpionych elfów. Tu grozi Wam zbyt duże niebezpieczeństwo -a jak się to niebezpieczeństwo nazywa?? –spytał Lancetoriks -Dzinn –wycedziła Soraya –Wielki Mag Imperatora, bezwzględny czarnoksiężnik, morderca moich sióstr aksamitnych wróżek i strażniczek Safiry -cholera –zaklął Wizzoteriks- czybyśmy nieopatrznie wmieszali się w konflikt między dwoma magiami: czarną i aksamitną???? -czy nieopatrznie, tego nie wiem. Być może tak było zapisane w Waszej księdze życia – odpowiedziała Soraya – jedno jest pewne, Dzinn wie o Was, wie po co wjechaliście w ziemie imperium i co najgorsze wie też o Skii. -kim on jest do cholery –włączył się do rozmowy Lancetoriks- czy naprawdę jest tak potężny , że ani Ty, Sorayo, ani Akssa ani armia Ashantii nie są w stanie go pokonać????? -aby odpowiedzieć na Twoje pytanie Lancetoriksie, musze się wpierw odwołać do przepowiedni elfów spisanej w starej mowie a wieszczącej, że bestia wyłoni się swój łeb z czeluści piekieł a zło i rozpacz zapanuje na całym świecie. Rozpadną się królestwa , zapanuje bezprawie i wszelkie żyjące istoty zegną swój kark pod butem wysłannika zła. Zgodnie z przepowiednią nasz świat zostanie uratowany jeżeli smok połączy się z kotem i wspólnie staną do walki z bestią -nic z tego nie rozumiem –rzekł Lancetoriks- smoki?????!!!.... koty ???!!!! bestie???.....a co to ma wspólnego z Dzinnem i Skia, jaki jest związek z naszą misją.......... z księżniczką Kisoah -jak myślisz Lancetoriksie, ile lat ma Dzinn?? –spytała Soraya -Dzinn jest orkiem. Ani orkowie, ani my- ludzie- czy tez krasnoludy, nie posiedliśmy tajemnicy nieśmiertelności, jak elfy. Zatem myślę, że Dzinn nie powinien mieć więcej jak pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat –odrzekł Lancetoriks -mylisz się Lancetoriskie. Dzinn ma co najmniej 400 lat -Jak to możliwe ????– z ust Lanceoriksa i Wizzoteriksa jednocześnie wyrwało się to samo pytanie -zaraz postaram się wszystko Wam wytłumaczyć –spokojnie powiedziała Soraya- powiedzcie mi czy słyszeliście kiedykolwiek o Drazgulach?? -mityczne bestie pożerające dusze –odpowiedział Wizzoteriks – baśniowe potwory -niestety nie Wizzoteriksie. Drazgule istniały naprawdę. Dawno, dawno temu, na długo przed pojawieniem się w naszym świecie ludzi stoczono wielką wojnę z Drazgulami. Wojna ta, to początek wielkiego przymierza elfów i smoków oraz początek tzw. złotej ery w naszych dziejach, zwanej również epoką smoczych jeźdźców. Nie wdając się w szczegóły, przed tysiącami lat nasi przodkowie pokonali Drazgule i zesłali ich do piekła międzyczasowego zamykając magią drogę powrotu do naszego świata. Tych wrót przed wiekami strzegli smoczy jeźdźcy. -ale co to ma wspólnego z Dzinnem? -spytał Lancetoriks -obawiam się, że jednemu z Drazguli udało się ukryć w naszym świecie i przez tysiące lat pozostać nie zauważonym w ukryciu. Obawiam się, że Dzinn ma wiele wspólnego z owym Drazgulem Przez moment w izbie zapanowało złowrogie milczenie. Powoli do świadomości Lancetoriksa i Wizzoteriksa docierała waga wydarzeń, których ostatnio byli uczestnikami -nie bardzo mi się chce w to wierzyć Sorayo –przerwał ciszę Lancetoriks- bo skoro Dzinn mordując większość akssamitnych wróżek osłabił siłę tej magii, więc kto mógłby się przeciwstawić temu, aby otworzył wrota broniące Drazgulom dostępu do naszego świata??? Przecież sama powiedziałaś, że Dzinn jest teraz najpotężniejszym czarownikiem. I jak to się stało, ze będąc od Was słabszy, udało mu się dokonać tego ohydnego mordu? -widzisz Lancetoriksie –odpowiedziała Soraya - Dzinnowi udało się odkryć najpilniej strzeżoną tajemnice akssamitnej magii i jej najsłabszy punkt. Raz na dziesięć lat na górze aksamitnej, w noc akssamitnej aury, odbywa się wielki zlot wszystkich czarodziejek. W tę noc następuje odrodzenie każdej z nas i wzmocnienie posiadanej przez nią siły. Lecz nim to nastąpi przez moment jesteśmy bezbronne, jak żółw wyjęty ze swojego pancerza. Jednym z elementów tego misterium jej ścięcie przez każdą wróżkę jej włosów i poświęcenie ich akssamitnej aurze. Ten moment właśnie wykorzystał Dzinn i w tym momencie zaatakował mordując wszystkie moje siostry. -nie rozumiem –zdziwił się Wizzoteriks –wasza magia skumulowana jest we włosach????? Przecież trzeba wielu miesięcy aby ścięte włosy odrosły do takim rozmiarów jakie podziwiam na Twojej głowie Pani. -tylko jedną noc Wizzoteriksie , tylko jedna noc –odpowiedziała Soraya – ale masz rację, nasza magia zawiera się we włosach , to nasze włosy łączą nas ze źródłem tej magii, aksamitną aurą otaczającą cały wszechświat. I dlatego Dzinn zaatakował wtedy, gdy wróżki czekały na swoje odrodzenie. Wiedział doskonale, ze nie jest w stanie posiąść ich włosów i ich potęgi ale może je unicestwić fizycznie. -wyjaśnij mi Pani –ponownie odezwał się Wizzoteriks – jak to się stało, że Tobie udało się ujść cało z tego pogromu? -bezpośrednio przed odrodzeniem się czarodziejek w akssamitnej aurze odbywa się ceremonia wyzwolenia nowej czarodziejki. Nowej czarodziejce wszystkie zebrane wróżki przekazują część swojej mocy i dlatego ona nie może brać udziału w rytuale sanacji . Tej nocy , właśnie mnie wyzwolono na czarodziejkę. Na chwilę Soraya przerwała swoją opowieść, a w jej oczach pojawiły się łzy Pytanie zadane przez Wizzoteriksa sprawiło, że na moment w jej pamięci odżyły wspomnienia tej krwawej nocy. Jednakże szybko się opanowała i kontynuowała swoja opowieść. -po wyzwoleniu młode czarodziejki muszą udać się do akssamitnej groty i tam czekać do chwili, gdy odrodzone w swojej mocy czarodziejki nie wezwą je z powrotem. Mnie nie było dane usłyszeć tradycyjnego zaproszenia: Przybądź do Nas bo twoje siostry oczekują Ciebie. Zamiast tego w swojej głowie usłyszałam przerażony głos mojej mistrzyni nakazujący mi natychmiastową ucieczkę i ukrycie się. Nie posłuchałam jej. To co ujrzałam po opuszczeniu groty wciąż jawi mi się jako horror nocny. Ujrzałam bezbronne siostry mordowane przez zgraję oryckich magów, uczniów Dzinna. Początkowo podjęłam z nimi walkę zabijając kilku z nich, ale kategoryczne i błagalne żądanie mojej mistrzyni abym uciekała i ratowała swoje życie, zmusiło mnie do ucieczki z akssamitnego wzgórza. Dopiero później uświadomiłam sobie jak wielka ciąży na mnie odpowiedzialność i jak straszliwa stała się rzecz. Została naruszona odwieczna harmonia panująca w magii. Późniejsze wypadki tylko potwierdziły to przypuszczenie. Klęska królestwa elfów, śmierć prawie wszystkich strażniczek. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za tym wszystkim kryją się drazgule. -a Akssie jak udało się uciec z tego pogromu? –zapytał Lancetoriks -Akksa jest moim uczniem –odparła Soraya –drugą wróżką akssamitną żyjącą na tym świecie -dziwne –sam do siebie rzekł Lancetoriks- najpotężniejsze wróżki po obcięciu im włosów stają się bezbronne jak owieczki. Nic łatwiejszego niż zakraść się w nocy do takiej wróżki a nawet podać jej jakieś ziele i obciąć jej włosy -mylisz się Lancetoriksie –odpowiedziała uśmiechając się Soraya – zapomniałeś o jednym. Nas chroni nasza magia, jesteśmy ze sobą cały czas złączone dzięki otaczającej nas akssamitnej aurze. Gdy ja śpię pozostałe wróżki mnie chronią. -skoro jesteście za słabe aby przeciwstawić się Dzinnowi –zapytał Wizzoteriks –to dlaczego po tym mordzie Dzinn nie otworzył wrót międzyczasowego piekła i nie uwolnił drazguli???? -To co nas broni przed tą inwazję to magia Safiry. Co prawda Dzinnowi udało się wymordować prawie wszystkie strażniczki Safiry, lecz nie udało mu się posiąść ich magii. Może to osiągnąć dopiero wtedy gdy zginie ostatnia strażniczka i ostatnia akssamitna wróżka -czy mogłabyś nam Sorayo powiedzieć cos więcej na temat strażniczek Safiry. Bo jak słyszę są one głównym bastionem, chroniącym nasz świat przed inwazją Drazguli –poprosił Wizzoteriks -jak wcześniej wspomniałam, wspaniałym efektem zwycięstwa nad Drazgulami było zawarcie przymierza elfów i smoków. Okres ten zwany jest w naszej historii erą smoczych jeźdźców. Niestety prywatne ambicje, chęć władzy jednego z nich doprowadziły to buntu i kolejnego, wielkiego konfliktu zwanego przez naszych historyków wojną białego i czerwonego smoka. W jego efekcie, praktycznie wyginęły wszystkie smoki. Ostatni smok, a właściwie smoczyca, -Safira????? –rzekł Wizzoteriks -tak, Safira, umierając pozostawiła elfom jedno smocze jajo, z którego ma się odrodzić rasa smoków, 12 wyszkolonych jeźdźców, strażników Safiry oraz przepowiednię o pojawieniu się bestii strażnicy Safiry- pochwalił się swoją wiedzą Wizzoteriks- elitarny zakon wojowników elfickich., rycerze i magowie...zawsze myślałem, ze ich zadaniem było chronić rodzinę królewską. -to też Wizzoterksie –rzekła Soraya- lecz przede wszystkim strzec ostatniego jaja smoka, szukać tej osoby, którą smok drzemiący w tym jaju wybierze sobie na swego jeźdźca oraz strzec tajemnic magii smoków przekazanej nam przez Safirę. -chyba rozumiem –rzekł Wizzoteriks- jeżeli Dzinn zdobędzie wiedzę strażników Safiry, zawładnie wówczas jajem i będzie na tyle potężny, aby je zniszczyć. Wówczas ta część przepowiedni,, a zarazem zapowiedź klęski bestii, gdy smok połączy się z kotem, nigdy się nie spełni. -dokładnie tak Wizzoteriksie –potwierdziła Soraya -ciekawe, jak to się stało, ze przez te wieki nie odkryliście, istnienia tego drazgula?? –zapytał Lancetoriks -sama zadaję sobie to pytanie –odrzekła Soraya- myślę ze on sam cały czas się ukrywał wśród orków. Jak wiesz, wielu ludzi jak i orków studiowało na uczelniach elfickich naszą magię. Podejrzewam, że Dzinn jest prawdziwym orkiem , orkiem, który zawarł przymierze z drazgulem, orkiem, w którym żyją dwie dusze...Dzinna i drazgula. To zapewne to sprawiło, ze naszym magom nie udało się tego wykryć. Badając księgi, udało mi się dotrzeć do zapisku o bardzo zdolnym orku, który posiadł wielką wiedzę magiczną uzyskując nawet tytuł Magister Chiromantus. Było to 400 lat temu. Ta wiedza i osobiste ambicje Dzinna chyba sprawiły, że ostatni żyjący w naszym świecie drazgul zawarł z nim przymierze i połączył swoja duszę z jego, zamiast ją pożreć. -co w takim razie powinniśmy robić Sorayo? -spytał Wizzoteriks- wszak jesteśmy zwykłymi wojownikami nie mogącymi rywalizowac z Dzinnem -może Wizzoteriksie nie jesteście takimi zwykłymi wojownikami –odparła Soraya –czas pokaże. Nie zawsze tam gdzie potężne mocarstwa walczą o zdobycie władzy nad światem toczy się prawdziwa wojna o to zwierzchnictwo. Nie wielkie armie, krwawe bitwy ale magia jest środkiem osiągnięcia tego celu. O tym doskonale wiedzieli nasi przodkowie i dlatego tak bardzo starali się utrzymać równowagę w magii, eliminując z naszego świata drazgule. Wy zostaliście wciągnięcie w splot wydarzeń związanych z prawdziwą wojną o przyszłość tego świata i nic już nie jest w stanie odwrócić tego wyroku. Jesteśmy, Lancetoriksie i Wizzoteriksie, sojusznikami, a naszym wspólnym celem jest zabicie bestii, której na imię Dzinn. Teraz musicie jak najszybciej ,wraz ze Skia , opuścić Banhazi i udać się do księżniczki Kisoah. Chcąc czy nie chcąc staliście się strażnikami ostatniej strażniczki Safiry. A teraz przysięgnijcie, że nigdy i nikomu nie ujawnicie tego co tu usłyszeliście i nie bacząc na własne życie będziecie chronić Skia. -przysięgam na swój miecz, że prędzej zginę niż złamie dane tu słowo –powiedział Wizzoteriks -przysięgam na miecz –powtórzył Lancetoriks -dziękuję Wam –rzekła Soraya- jeszcze jedno. Nie mogę i nie chcę wymazać z waszej pamięci tego co tu usłyszeliście. Ale mogę i chcę zabezpieczyć Wasze umysły przed niepożądana penetracją ze strony Dzinna lub jego uczniów. Podajcie mi proszę wasze ręce i połączmy nasze umysły. Wizzoteriks i Lancetoriks bez sprzeciwu chwycili wyciągnięte dłonie Sorayi Przez moment poczuli przyjemne ciepło przepływające przez ich ciała. Ciepło to spokojnym nurtem przepływało przez ręce, szyję i powoli opanowywało ich umysły. Czar coraz bardziej wnikał w ich umysły oddzielając na moment ich dusze od ciał. Po chwili ujrzeli ogromną armię ustawioną w szyku bojowym, nad która powiewały sztandary elfów, krasnoludów, królestwa Ashanti i innych królestw. Wizzoteriks dostrzegł totemy klanu wilka a Lancetoriks totemy klanu tygrysa. Wysoko w górze nad gotującymi się do walki wojownikami szybowały wielkie, srebrzystołuskie smoki. Obraz był tak wyraźny, że wojownicy dostrzegali w zwartych szeregach twarze swoich znajomych i przyjaciół: Gregoriusa, Kobi, Iguanesse. Gosiatriks a także króla Adreatosa stojącego w złocistej zbroi na wzgórzu. Lecz mimo największych wysiłków nie mogli tam dostrzec siebie. Obraz znikł, a głos Sorayi przywołał ich z powrotem do życia. -teraz rycerze jesteśmy ze sobą połączeni na dobre i na złe –powiedziała Soraya -widziałem wielka armię gotową do bitwy –prawie wykrzyczał zachwycony Wizzoteriks- widziałem wielką armię złożoną z ludzi elfów, krasnoludów. Widziałem smoki szybujące wysoko nad tą armią. Czy to oznacza Sorayo, zapowiedź zwycięstwa??? -nie wiem Wizzoteriksie –odpowiedziała Soraya- być może akssamitna aura ukazała Ci przyszłość, a być może jest to tylko wytwór Twojej wyobraźni i pragnień pobudzonych dzisiejszą rozmową. -wśród wojowników nie widziałem ani siebie ani Wizzoteriksa, ani Skia –rzekł Lancetoriks -nikt nie zna swojej przyszłości Lancetoriksie, czas odpowie na wszystkie Twoje pytania. Teraz musicie jak najszybciej opuścić Banhazi i udać się do księżniczki Kisoah Po tych słowach Soraya podeszła do małego stolika, wzięła do ręki mały srebrny dzwoneczek i cicho zadzwoniła. Za chwilę do pokoju weszła ich przewodniczka. Wizzoteriks i Lancetoriks dopiero teraz mogli dokładniej przyjrzeć się osobie, która przeprowadziła ich przez nieznany im labirynt podziemnych korytarzy, ratując im życie od niechybnej śmierci z rąk banhaskich rzezimieszków. Stała przed nimi zgrabna, młoda kobieta ubrana w podróżny strój: nie krepującą ruchów kurtkę, krótką spódniczkę ukazującą zgrabne nogi. i wiązane na łydkach solidne buty. W jednym ręku trzymała niewielkie zawiniątko, a w drugim dużą latarnię. Jej jasne włosy swobodnie opadały na ramiona a duże sarnie oczy z uwielbieniem wpatrywały się w Sorayę. -Evo –rzekła Soraya – wiesz co masz czynić? -tak Pani –odpowiedziła Eva -wyprowadzisz tu obecnych rycerzy oraz ich towarzyszy z Banhazi i zawiedziesz do księzniczki Kisoah. Będziesz im służyć wiernie , tak jak dotychczas mnie służyłaś -Pani moja!!??? –odrzekła Eva a jej oczy wypełniły się łzami, lecz posłuszna woli Sorayi zapanowała nad sobą i skinęła głową na znak zgody. Po krótkiej ceremonii pożegnania cała trójka skierowała się do piwnicy, z której ponownie wkroczyli do podziemnych tuneli. Tym razem nie musieli obawiać się już żadnych niespodzianek. Po godzinnym marszu opuścili podziemny świat Banhazi. Lancetoriks i Wizzoteriks szybko zorientowali się, że X kwartał zostawili daleko za swoimi plecami i że właśnie wkraczają w bezpieczne i bogate dzielnice stolicy imperium. Zmierzch już obejmował we władanie ulice miasta, gdy ujrzeli mury amfiteatru i rozrzucone wokół niego wozy trup aktorskich. Znalezienie miejsca gdzie rozbił się obozem Helvetius nie nastręczało już żadnych problemów. -gdzie są Skia, Iguanessa i Gosiatriks?? –spytał Wizoteriks wychodzącego im naprzeciw Christoferusa -godzinę temu poszły obejrzeć jarmark na głównym rynku. Helvetius bardzo się o Was niepokoił. -cholera jasna –zapieklił się Wizzoteriks- przecież miały się nie ruszać z obozu aż do naszego powrotu -Evo –zwrócił się do przewodniczki Lancetoriks – czy możemy wydostać się z miasta po zamknięciu bram?? -tak Panie –odezwała się przewodniczka – ale konie będziecie musieli zostawić tutaj -w takim razie –zakomenderował Wizoteriks – opuścimy miasto dopiero jutro rano -Panie, musicie opuścić mury natychmiast –odparła z determinacją Eva- -gdzie się one zapodziały??? –z narastającą wściekłością w głosie sam siebie spytał Wizzoteriks- a co zrobimy z końmi??? Bez koni i za miesiąc nie uda nam się tam dotrzeć Nie czekając na odpowiedź, Wizzoteriks nerwowo rozejrzał się wokół. Jego uwagę przykuł zgiełk i tumult, który nagle wybuchł na drugim krańcu obozowiska. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Z pomiędzy gęsto ustawionych wozów wybiegła Skia. Biegnąc z prędkością jelenia gonionego przez sforę chartów przebiegła obok zdumionych Lancetoriksa i Wizzoteriksa i szybko skryła się w dużej zielonej skrzyni stojącej przy jednym z wozów. Zagadka, co było przyczyną panicznej ucieczki Skia, szybko się wyjaśniła. Ledwie wieko skrzyni zamknęło się nad nią, nadbiegła uzbrojona grupa mężczyzn: trzech strażników miejskich i 2 pachołków -widzieliście w którym kierunku pobiegła elfka??? –zapytał ich dowódca -prosto w kierunku rzeki Panie dowódco –odrzekł Christoferus nim ktokolwiek zdołał otworzyć usta –jak się pośpieszycie powinniście złapać ją przy złotym moście. -a za co ścigacie tę elfkę Panie oficerze –spytał Wizzoteriks -okradła na jarmarku jubilera. Złodziejskie nasienie z tych elfów, ale jak tylko ją złapiemy, posiedzi sobie trochę w dybach nim kat założy jej sznur na szyję –odparł dowódca i raźno ruszył w kierunku wskazanym przez Christeforusa. Za moment ścigający znikli w krętych uliczkach miasta . Po krótkiej chwili wieko skrzyni uniosło się ostrożnie, a w utworzonej szczelinie zabłysły oczy Skii -czy już poszli???? –dal się słyszeć z wnętrza skrzyni cichy szept -tak poszli, możesz wychodzić –odrzekł spokojnie Christoferus -hola, hola, hola –krzyknął Wizzzoteriks przytrzymując wieko uniemożliwiając tym samym Skia opuszczenie skrzyni –może zechcesz nam wytłumaczyć , co Ci strzeliło do głowy aby kraść na jarmarku??? -nic nie ukradłam!!! –odpowiedziała Skia napierając na wieko -jakże to???!!! –udał zdziwienie Lancetoriks – to Ci strażnicy miejscy tak dla zabawy uganiają się po całym mieście za Tobą??? Czyżby niesłuszne oskarżenie???? -Skia do jasnej cholery –wysyczał do skrzyni Wizzoteriks – co za diabeł Cię podkusił aby kraść tu i teraz -nic nie ukradłam!!!! –krzyknęła wściekła Skia –wypuście mnie stąd do cholery bo się uduszę, nie ukradłam tej cholernej bransolety tylko zdobyłam łup ..przecież jestem w stanie wojny z imperium oryckim!!!! -Ja zaraz sobie sam poderznę gardło –krzyknął Wizzoteriks unosząc swoje oczy wysoko ku niebu –a jeżeli Iguanessa i Gosiatrks tez zapałają ochotą brania łupów, to wpierw z nich zrobię siekane kotlety. Ledwie Wizzoteriks wymówił swoją kwestię od strony głównego rynku miasta dobiegł ich potężny huk ludzkich głosów. Prawie równocześnie niebo oświetliło tysiące fajerwerków a powietrze przeszył głos piszczałek, trąb, dudnienie bębnów. Wszyscy odwrócili się w stronę tego niezwykłego i przedwczesnego aktu euforii i radości wietrząc jak najgorsze nowiny. Rzeczywiście, wkrótce zobaczyli biegnącego ku nim Helvetiusa., który jak w jakiejś tragedii wymachiwał rękami, rwał włosy z głowy. W końcu dobiegł do zgromadzonych na placu ludzi, upadł na kolana i łapiąc z trudem powietrze wyrzucił z siebie najbardziej złowroga wieść, której co prawda się spodziewali, ale której wcale nie pragnęli usłyszeć. Ogłoszono wojnę z Ashantii.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Słonce powoli zaczęło chować się za horyzontem. Kolumna kolorowych wozów ciągnących z północy w kierunku stolicy imperium Banhazi zjechała w las i zatrzymała się na pobliskiej polanie. Z pierwszego wozu wyskoczył niski i tęgi człowiek, który zaczął wskazywać poszczególnym woźnicą jak i gdzie maja się ustawić. Nie minął kwadrans a wozy utworzyły zwarty krąg, wyznaczając granice obozowiska. Szybko wyprzęgnięto konie z wozów , a mężczyźni zaczęli wiązać wozy, tworząc z nich mur zdolny oprzeć się atakowi niepożądanych gości. Co prawda na tych terenach, kontrolowanych przez regularną armię, aż takie środki bezpieczeństwa nie były konieczne , lecz podróżni mając w pamięci niedawne wypadki, woleli niczego nie zaniedbać. Na twarzach ludzi malowała się widoczna ulga, że na dziś wędrówka się zakończyła, że będzie można wyprostować kości i nareszcie odpocząć. Na pierwszy rzut oka widać było, że każdy z podróżnych zna swoje obowiązki. Część mężczyzn zajęła się wiązaniem wozów, część udała się do lasu po opał i chrust na ognisko, inni oporządzali konie. Kobiety natychmiast zajęły się przygotowaniem posiłku. Gdy zakończono przygotowania do kolacji i gdy nad ogniem w żelaznym kociołku wesoło bulgotał gulasz wszyscy udali się w kierunku pobliskiego potoku. Nie krępując się sobą, mężczyźni i kobiety zrzucili z siebie ubrania oddając się błogiej kąpieli zmywającej z ich ciał kurz całodziennej drogi. Kolacja przebiegła w wesołej atmosferze. Rozmawiano o wypadkach ostatnich dni, o liczbie karawan ciągnących do Banhazi i o tym, czy tegoroczny występ będzie tak samo gorąco przyjęty przez mieszkańców stolicy jak rok temu. Czerwone wino, którym suto zakrapiano smakowity gulasz a`la Panicus , przedmiot dumy Hevetiusa, w połączeniu z ogarniającym podróżnych zmęczeniem sprawił, że towarzystwo zaczęło się wykruszać tak, iż po pewnym czasie przy ognisku pozostali tylko trzej mężczyźni. Byli to Helvetius, Wizzoteriks i Lancetoriks -muszę poszukać dla Was jakiś innych strojów, bo w tych od razu się rzucacie w oczy –rzekł Helvetius –za bardzo Wam się ludzie przyglądają. Swoją posturą i zachowaniem raczej nie przypominacie aktorów, a wasze stroje tym bardziej potwierdzają to przypuszczenie -bylibyśmy Ci bardzo wdzięczni, Helvetiusie –odrzekł Wizzoteriks- bo , raczej wolałbym uniknąć wścibskiego zainteresowania różnej maści agentów i donosicieli a w szczególności ludzi Zenobiusza -tym bardziej Helvetiusie –wtrącił się Lancetoriks- że, obecność łowców niewolników w promieniu jednej mili od Wizzoteriksa niesie w sobie niebezpieczeństwo krwawej bójki -cholera jasna –zaklął Helvetius – to albo Wizzoteriksa zostawimy kilka mil przed Banhazi albo trzeba Go będzie związać i zamknąć w najmocniejszej z moich skrzyń, gdyż po wjeździe do Banhazi nie wróżę mu długiego żywota. Tam od tego ścierwa aż się roi -spokojnie-zachichotał się Wizzoteriks- emocje będę trzymał na wodzy, czyli mówiąc innymi słowy poćwiczę silną wolę Wszyscy jak na komendę wybuchli głośnym śmiechem. -no, czas na mnie Panowie –rzekł Helvetius- starość nie radość, a w moim wieku powinno się wcześniej chodzić spać. -kogo chcesz oszukać stary Faunie??? –dławiąc się ze śmiechu powiedział Wizzoteriks- już zapewne Brasilinessa ogrzała Twoje łoże i nie możesz się doczekać kiedy legniesz u jej boku -przygadywał rondel garnkowi –zripostował rozbawiony Helvetius –a te dwie słodkie wilczyce, wpatrzone w Ciebie jak w święty obrazek to zapewne tylko Twoje spowiedniczki i cnotliwe mniszki??? -no??!!... trudno je uznać za mniszki a tym bardziej za cnotliwe mniszki, ale niestety dzisiejszej nocy oszalały na punkcie teatru a konkretniej aktorskiego kunsztu Christoferusa i jeżeli mnie słuch nie myli to akurat teraz odbierają swoją pierwszą lekcję aktorstwa, tak więc, dziś śpię sam -bywajcie Panowie i do jutra- pożegnał ich Helvetius. Po odejściu Helvetiusa mężczyźni przez dłuższy moment milczeli oddając się przyjemności smakowania wina. Ciszę tę, przerwał Lancetoriks -wiesz, myślę ,że źle postąpiliśmy pozwalając Skii odejść w takim stanie. Minęło sześć dni jak nas opuściła. -mylisz się Lancetoriksie. Już raz Ci tłumaczyłem, że najlepszym wyjściem było pozostawienie jej z bólem sam na sam. Czuję, że Skia skrywa przed nami wielką tajemnicę i być może to ,że odeszła związane jest z tą tajemnicą. Może uznała, że tak będzie lepiej i bezpieczniej dla niej jak i dla nas. -u Akssy powiedziała mi, ze nasze losy są ze sobą nierozerwalnie związane, więc to chyba nie to. Podejrzewam najgorsze. Myślę, że to co zobaczyła penetrując umysł Krewareriusa wpędziło ją w obłęd Jednak trzeba nam było pogonić za nią i nie odstępować jej tak długo, póki nie ochłonie. Jeżeli później zdecydowała by się odejść to trudno, taka jej wola, a tak mam poczucie niespełnione obowiązku -Mój umysł chyba jest bardziej praktyczny od twojego. Podświadomie czuję, że wybraliśmy najlepsze rozwiązanie a świadomie zastanawiam się co zrobić, aby odnaleźć Sorayę. Z tego co mówił Helvetius w Banhazi zielarek jest tyle ile, kłosów na polu pszenicy i prawie każda nosi imię Soraya -myślę, ze to Ona pierwsza Nas znajdzie niż my ją...pamiętasz co powiedziała Akksa, gdy dotarliśmy do jej chatki...spytała się czemu tak długo zwlekaliśmy ..zabrzmiało to tak jakby wiedziała, że do niej idziemy i oczekiwała nas pamiętam –westchnął Wizoteriks- ale myślę, że tę informacje w znany tylko sobie sposób przesłała Akssie Skia . A teraz Skii z nami nie ma –wyszeptał Lancetoriks -Jak mogłaś!!! Jak mogłaś postąpić tak nieroztropnie. Jak mogłaś narazić Nas wszystkich na takie niebezpieczeństwo!!! - z furią w głosie grzmiała Akssa- On już jest pewien, ze żyjesz i teraz nie spocznie dopóki Cię nie odnajdzie i nie zabije. -Aksso???!!! –ze łzami w oczach próbowała się bronić Skia- Aksso ! On ma moje dzieci!!!!.. Rzucił mi wyzwanie, stawiając ich życie na szalę. Gdybym nie przyjęła tego wyzwania zabiłby je. A tak mam, być może mała szansę na to aby uratować je, ale mam! -nie wiem czy masz. On jest od nas potężniejszy, a pokonanie każdej z Nas podwoi jego siły. Do zapanowania nad całym światem potrzebuje posiąść wiedzę magii Safiry. A wiesz, ze może to uczynić tylko wtedy, gdy zabije wszystkie strażniczki???!! Ty jesteś ostatnią strażniczką!!! Pamiętasz co mówiłam Ci gdy pierwszy raz się spotkałyśmy? -tak Aksso. Pamiętam. Jesteśmy ostatnią nadzieją na to, aby nasz świat powrócił z czeluści niebytu, do którego został brutalną przemocą strącony. Gdy smok połączy swoją moc z kotem dobro zatriumfuje na złem -dokładnie tak Skia a teraz wszyscy jesteśmy zagrożeni. Jeszcze nie jesteśmy gotowe do tej walki -więc co powinnam teraz zrobić? -powrócisz do Lancetoriksa i Wizoteriksa. Ukryj swoją moc i nie pozwól aby On dowiedział się gdzie jesteś .Odnajdźcie Sorayę i opowiedzcie jej o tym co się wydarzyło. Będę na Was czekać w dolinie uśpionych elfów -a moje dzieci??? -o nie się nie bój. Wyzwanie przyjęłaś i walka się zaczęła, lecz gdzie stoczymy ostateczną bitwę to my musimy zadecydować. Zrozumiałaś!!! ??? Musze się śpieszyć, bo czasu coraz mniej. Bywaj Strażniczko. -żegnaj aksamitna wróżko. ************************************************************************************************ Słońce już rozpoczęło swoją odwieczną wędrówkę ze wschodu na zachód, gdy kolumna wozów wyłoniła się z lasu i wjechała na drogę prowadzącą prosto do Banhazi. Przodem jechał wóz Helvetiusa a wraz z nim Brasilinessa, Chrristoferus, oraz Iguanessa i Gosiatriks. Humory wszystkim dopisywały, ponieważ dziś trupa miała dojechać do stolicy, a jutro wieczorem w świetle świec ukazać kunszt swojej sztuki aktorskiej i w ogłuszającym tumulcie krzyków, wiwatów i oklasków odebrać należny hołd. Rozprawiano wesoło o sławie jaka będzie ich udziałem i o tym czy lud Banhazi będzie równie hojny jak rok temu. Iguanessa i Gosiatriks przylepione do Christoferusa z uporem powtarzały wyuczony tekst ćwicząc dykcję: czarna krowa w kropki bordo żarła trawę żując mordą, stół z powyłamywanymi nogami stół z powyłamywanymi nogami . Kurde, wrzasnęła rozbawiona Gosiatriks, po cholerę stołowi te nogi, gdy po raz kolejny okazało się , że stół ma nogi pomaływane albo powymałane. Wśród ogólnego zgiełku , nagle rozległ się zaniepokojony krzyk Helvetiusa -Wizz , ktoś nas obserwuje z tego wzgórza po prawej!!! Wizzoteriks i Lancetoriks natychmiast spięli swoje konie i podjechali bliżej. Czyżby zasadzka rozbójników przeszło im przez myśl??? Lecz początkowy niepokój zaraz przerodził się w eksplozje radości -Skiaaaaaaa!!!! –krzyknęli jak na zawołanie i gnani wielka radością pomknęli w kierunku szczytu wzgórza, gdzie rysowała się niepozorna postać. Skiaa radośnie powtórzyły Iguanessa i Gosiatriks biegnąc w tę samą stronę. Za chwilę Skia tonęła w ramionach wyraźnie wzruszonych wojowników, by za moment zostać zacałowaną na śmierć przez dwie wilczycy. -no dobra, dobra dość tych czułości –burknęła wzruszona - wróciłam!!! -dobrze, że wróciłaś –odparł Lancetoriks- bardzo się o Ciebie niepokoiliśmy . Bardzo długo Cię nie było -i myślę, że masz nam dużo do opowiedzenia –dodał Wizzoteriks -wszystko w swoim czasie- odparła poważnie Skia i zmieniając nastrój i temat rozmowy dodała- Panowie widzę, ze staracie się nadążyć za nowymi trendami w modzie dworskiej???!!!!! Zostawiłam dwóch siermiężnych łowców niewolników a zastaję eleganckich mężczyzn. Rzeczywiście, za sprawą Helvetiusa, który wypożyczył im kostiumy z jednej ze swoich sztuk zarówno Lancetoriks jak i Wizzoteriks nie wyglądali na tych, kim w rzeczywistości byli.. Ubrani w żółte, trochę przykrótkie rajtuzy, czerwone ciżmy, pikowane zielone kurtki wraz z małymi zielonymi kapelusikami z bażancim piórem bardziej przypominali aktorów niż bezwzględnych wojowników. -to sprawka Helvetiusa –odparł lekko zażenowany Lancetoriks – chodzi o to, aby łowcy niewolników, których spotkamy w Banhazi, nie zapraszali Wizzoteriksa do kompani -świetna myśl- odparła rozbawiona widokiem zawstydzonych wojowników Skia- chyba wystarczy nam jak na razie bijatyk -Skia i my tez dostałyśmy piękne suknie, w życiu w czymś takim nie chodziłam. Powiedziałabym, ubiór uwodzicielsko-bojowy. –zakrzyknęła krztusząc się ze śmiechu Gosiatriks, podnosząc wysoko swoja sukienkę, ukrywającą przyczepione do ud dwa sztylety. Po krótkim przywitaniu kolumna wozów ruszyła dalej. Mimo wciąż trwającej wesołej atmosfery, wyczuwało się pewne napięcie. Lancetoriks instynktownie wyczuwał w pozornie swobodnym i wesołym zachowaniu Skii ogromny ciężar przygniatający ją z każdą chwilą coraz bardziej, lecz postanowił poczekać, aż ona sama zechce jemu i Wizzoteriksowi opowiedzieć o swoich tajemnicach. Co do tego, ze to nastąpi nie miał żadnych wątpliwości, jedyna niewiadomą było tylko kiedy. Tymczasem na drodze ruch stawał się coraz większy i w końcu utknęli w długim sznurze wozów, karoc i zwykłych chłopskich furmanek. -psiakrew- zaklął Helvetius- jak tak dalej pójdzie to do miasta zajedziemy dopiero po świętach. Na szczęście dla nich ,dowódca oddziału żołnierzy, który patrolował tę część drogi rozpoznał Helvetiusa i dzięki jego eskorcie, po dwóch godzinach przejeżdżali przez główna bramę Banhazi. Miasto już żyło zbliżającymi się świętami. Wszystkie ulice były posprzątane, domy patrycjuszy jak i plebejuszy odświętnie przybrane gałązkami kwitnących drzew owocowych, bukietami kolorowych kwiatów. Z okien bogatych domów zwisały purpurowe i błękitne, suto zdobione złotą nitką, materie. Wzdłuż głównych ulic pobudowano bramy wotywne i ołtarze, na których zgodnie z tradycja miały być złożone ofiary dla bogini Orki i gdzie wierni mieli się modlić o udane zbiory i pomyślność dla imperium. Wszędzie wyrastały stargany pełne najrozmaitszych towarów, a miejscowi karczmarze naprędce zbijali ławy i stoły tworząc prowizoryczne karczmy pod gołym niebem. Przez ulice przelewał się kolorowy tłum a w powietrzu unosił się gwar ludzkich głosów, głosy zwierząt i dobiegającej z każdej strony muzyki licznie przybyłych kapel. Przebijając się przez te ciżbę, aktorzy Helvetiusa raz po raz doświadczali przyjemnej świadomości bycia popularnym. Był to prawie tryumfalny przejazd. Z okien kamienic mieszczki przesyłały im całusy, rzucały kwiaty, przyjaźnie pozdrawiały. Raz za razem do maszerujących przy swych wozach aktorów podbiegały kobiety wręczając pachnące bukiety kwiatów i całując ich namiętnie -hmm- powiedział Wizzoteriks, gdy kolejna kobieta na jego policzkach odcisnęła swoje usta- nie sądzisz Lancetoriksie, że życie aktora ma swoje uroki? -ja jakoś tego nie zauważyłem- odrzekł Lancetoriks puszczając oczko do Wizoteriksa- chyba będziemy musieli się zamienić miejscami, abym i ja mógł doświadczyć uroków bycia aktorem, bo inaczej..... Nie dokończył jednak zdania ,gdyż nagle ktoś wręczył mu bukiet konwalii, na policzku poczuł ciepło pocałunku a w uszach usłyszał kobiecy głos: X kwartał, dom pod dziką konwalią.. przyjdź natychmiast Lancetoriksie. Oszołomiony Lancetoriks odwrócił się, lecz ujrzał tylko odchodzącą od wozu zgarbioną staruszkę. -ha ha ha –wybuchnął śmiechem Wizzoteriks- widzisz Lanc i ty tez w końcu poczułeś rozkosz bycia sławnym.- lecz widząc dziwny wyraz twarzy przyjaciela natychmiast zapytał- stało się coś???? -tak –cicho wyszeptał Lancetoriks- dostałem wiadomość od Sorayi W końcu dojechali do amfiteatru przy którym już rozłożyły się inne przybyłe tu grupy aktorów. Nie czekając na rozbicie obozowiska Lancetoriks wraz z Wizzotoriksem podeszli do Helvetiusa prosząc, aby wytłumaczył im jak mają dojść do X kwartału miasta -na wszystkich bogów świata –syknął przerażony Helvetius- tam nawet w biały dzień nikt się nie zapuszcza bez silnej eskorty. Czyście oszaleli ???!!! Jednak po chwili, gdy już trochę ochłonął, wyjaśnił im jak mają iść. Widząc, że Lancetoriks i Wizzoteriks szykują się do opuszczenia obozu Skiaa, Gosiatriks i Iguanessa chciały wyruszyć wraz z nimi, lecz stanowczy sprzeciw Wizzoteriksa sprawił., że musiały zmienić swoje plany. -najlepiej będzie –ciągnął Wizoteriks- gdy zostaniecie tutaj w obozie. Lepiej, abyśmy udali się na to spotkanie tylko we dwóch. Zbyt dużo kręci się po mieście agentów i wszelakiej maści donosicieli a tak duża grupa mogłaby się wydać podejrzana. I jeszcze o jedno proszę, abyście nie opuszczały obozu do czasu naszego powrotu -to się jeszcze zobaczy- kwaśno odpowiedziały kobiety Nie wdając się w dyskusję wojownicy wyruszyli w kierunku wskazanym im przez Helvetiusa, Szybko przemierzyli główny rynek i bogate dzielnice Banhazi zanurzając się w jego przedmieścia. Szli szybko przez brudne ulicy ,na których w cuchnących kałużach i stertach śmieci bawiły się małe dzieci. Na których ludzie żyli, rozmnażali się i umeirali. Tu było zupełnie inne miasto, zupełnie inny świat niż ten, który widzieli wjeżdżając tryumfalnie razem z Helvetiusem. Tu każdy dzień był walką. Walką o kawałek zepsutej rzepy, walką łyk wody , o swoje miejsce na ulicy. Na przedmieściach Banhazi prawem była przemoc a sędziami nóż i pałka. Od ich wyroku nie było żadnych odwołań. Słabsi musieli ginąć. Mieszkańcy tej dzielnicy patrzyli na nieznajomych intruzów jak głodne wilki na pasącego się bez opieki jelonka. Co jakiś czas padały pod ich adresem obraźliwe słowa, na które nie odpowiadali, nie chcąc wywołać niepotrzebnej burdy. W końcu dotarli do matecznika kwartału X. Lancetoriks i Wizzoteriks zatrzymali się na małym placyku, z którego wychodziło kilka uliczek. Wpierw rozejrzeli się wokół siebie, nie mogąc się zdecydować, którą z tych uliczek wybrać. -a teraz w którym kierunku??? –zapytał retorycznie Wizzoteriks -nie wiem, trzeba się kogoś zapytać –odrzekł Lancetoriks -źródło informacji i komitet powitalny chyba nadchodzi- wycedził Wizzoteriks Rzeczywiście. Ku nim zbliżała się grupa piętnastu mężczyzn. Ludzi ci bardziej przypominali bandę rzezimieszków niż grupę wracających z pracy robotników. Ubrani w cuchnące i podarte łachmany, brudni, zarośnięci, uzbrojeni w pałki i sztylety nie sprawiali wrażenia przyjaźnie nastawionych.. -hej dobrzy ludzie –krzyknął do nich Wizzoteriks –jak dojść do domu pod dziką konwalią???? -zaraz wszystko Wam eleganciki wytłumaczymy –odrzekł przywódca zbirów- ale za informację żądamy zapłaty -dużo?? –spytał się grzecznie Lancetoriks -wszystko co macie –odrzekł herszt -jak to??? –zdziwił się Wizzoteriks –to mamy zostać nago???? -dla Nas to jest za drogo –dodał Lancetoriks –dziękujemy Wam dobrzy ludzie. Zapytamy się kogoś innego -niestety Wasze Wielmożności –rzekł do nich zbir zbliżając się coraz bliżej –nie macie innego wyjścia tylko musicie oddać mnie i moim ludziom wszystko co macie przy sobie: wasze piękne stroje, sakiewki. A jak będziecie mieli szczęście to być może wyjdziecie stąd żywi. -trochę ich dużo –spokojnie ocenił sytuację Wizzoteriks, przypatrując się okrążającym ich zbirom- spróbujmy dostać się na tą uliczkę po prawej. Tam mamy większe szanse walczyć z nimi -dobrze –zgodził się Lancetoriks Wojownicy spokojnie zaczęli zmierzać w kierunku uliczki. Ich spokój i pewność siebie sprawiły, że bandyci na moment stracili rezon Na to tylko czekali Wizzoteriks i Lancetoriks. Błyskawiczne ciosy sztyletów i pięści rozerwały krąg bandytów i wojownicy wbiegli w uliczkę. Nie oglądając się biegli przed siebie jak szaleni. Atakujący szybko ochłonęli z pierwszego przerażenia i widząc trzech swoich kompanów w wijących się we własnej krwi, wściekli ruszyli za nimi w pogoń. Wśród cuchnących uliczek, rozpoczął się bieg, którego stawką było życie. Ashantczycy biegli wzdłuż obcych i wrogich domów, przebiegali przez nieznane sobie zaulki, skręcali w nieznane uliczki. Uciekali i atakowali. Ilekroć jakiś zbir zbyt wysforował się przed bandę, zawsze za skrzyżowaniem lub w najbliższym zaułku jego kompani znajdowali go z poderżniętym gardłem lub z rozprutym brzuchem. To wywoływało w nich duży respekt przed uciekinierami ale i jeszcze większa wściekłość i chęć odegrania się. -I co teraz ?? –spytał zdyszany Wizzoteriks, gdy zaułek do którego wbiegli okazał się ślepą uliczką -cholera –zaklął Lancetoriks- stąd nie ma wyjścia. Sytuacja była beznadziejna. Jedyną drogą jaka mogli opuścić tę pułapkę była ta, którą tu przybyli, a radosne głosy odbijające się o ściany okolicznych ruder oznajmiały im, że została właśnie odcięta. Goniący odkryli, że ich zwierzyna wpadła w pułapkę i że zbliża się moment wyrównania z nimi rachunków. Aby wydostać się z matni, Lancetoriks i Wizzoteriks musieliby zaatakować stale zwiększająca się grupę rozwścieczonych, żadnych zemsty i krwi bandytów.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Helvetus bacznie przyglądał się tumanowi kurzu wznoszącemu się na zboczach odległego wzgórza . Serce zabiło mu gwałtowniej a gardło ścisnął niewidzialny strach,, gdy tuman zaczął przybierać kształty uzbrojonej grupy jeźdźców. Bogowie ,pomyślał Helvetus, sprawcie aby to było regularne wojsko. Spotkanie to mogło być źródłem wielkich kłopotów dla niego jak i całej trupy ,której od wielu lat przewodził i z którą przemierzył wzdłuż i w szerz całe imperium oryckie. Co prawda w jego posiadaniu był glejt nadany mu przez Wielkiego Maga Dzinna uprawniający do poruszania się po całym państwie, ale tutaj rządziło prawo miecza, sztyletu i brutalnej siły, Na tych ziemiach Helvetus szybciej mógł spotkać bandę rozbójników lub łowców niewolników albo tez bandę zbuntowanych elfów niż regularną armię. Kimkolwiek byli Ci jeźdźcy, oznaczało to kłopoty i tylko niewiadomą było jak wielkie to będą kłopoty. Helvetus bacznie rozejrzał się po obozowisku. Ustawione w okrąg wozy spięte łańcuchami, ułatwiające ewentualną obronę nie raz już ratowały życie lub wolność jemu i jego aktorom. W obozie dało się odczuć duże podniecenie i atmosferę wielkiego oczekiwani na to co miało się już niedługo zdarzyć. Mężczyźni i kobiety pochwycili zabroń i ustawili się przy wozach w nerwowym oczekiwaniu. Heveltus jeszcze raz objął ich wszystkich wzrokiem, lecz nie znalazł tego , kogo w tej chwili najbardziej potrzebował. Cholera zaklął pod nosem, pewnie znowu Christoferus ukrył się w pobliskich kniejach z Soneczką aby dać upust swoim niewyżytym chuciom. Nawet w takiej chwili nie jest w stanie się pohamować .Nie namyślając się długo Heveltus energicznie podążył w kierunku lasu znajdującego się po drugiej stronie obozowiska. Przeczucie i tym razem go nie omyliło..Za ścianą gęstych krzaków ujrzał dwie nagie postacie złączone ze sobą w miłosnym uścisku -Christoferusie -zaklął Hevelisu- złaź z Soneczki !! Zbliżają się jacyś konni Złapani na gorącym uczynku kochankowie na widok Helvetusa nie wykazali jakichkolwiek oznak paniki czy tez zażenowania. Widocznie nie pierwszy raz byli przyłapani w takiej sytuacji. Christoferus, młody mężczyznna o solidnej budowie ciała, flegmatycznie założył swoje spodnie i spokojnie spytał Hevetiusa -dużo ich tym razem??? -nie liczyłem- odparł Hevetius –ale myślę, że jest około piętnastu. Daj boże ze będą to żołnierze, to wykpimy się baryłką wina i kilkoma godzinami rozkoszy dla naszych Pań. Gorzej, jeżeli to będzie banda elfów lub łowców niewolników Mężczyźni szybko udali się z powrotem do obozu. Christeferus dokładnie przyglądał się grupie konnych zmierzających w ich kierunku -kurwa- zaklął głośno- to łowcy niewolników. Po kilku minutach do obozowiska podjechała grupa uzbrojonych jeźdźców. Bacznie przyglądali się ustawionym wozom i ludziom gotowym do walki. Po krótkiej lustracji jeden z nich, zapewne dowódca, podniósł wysoko prawą rękę na znak , że nie ma żadnych złych zamiarów wobec wędrowców i nie atakowany przez nikogo samotnie wjechał do obozu. Natychmiast podeszli do niego Heveltius i Christoferus -witajcie-odezwał się nieznajomy jeździec- jestem Krewateris setnik jego ekselencji Zenobiusza i z woli gubernatora strażnik tej krainy. Powiedzcie kim jesteście, co tu robicie i dokąd zmierzacie.? -Panie- odezwał się Helvetius Panicus –jestem Helvetius Panicus aktor i dyrektor tej oto grupy aktorów. Trupa moja znana jest w całym imperium .Graliśmy nawet na dworze znakomitego i czcigodnego Maga imperium Jego Ekselencji Dzinna , który zachwycony naszą sztuką aktorską dał na glejt uprawniający do pokazywania naszej sztuki w całym imperium. Zmierzamy do Banhazi aby wziąć udział w wielkim święcie Bogini Orki i uświetnić to święto swoimi występami....... Podczas gdy Helvetius popisywał się przed nieznajomym swoimi zdolnościami oratorskimi ten spokojnie lustrował całe obozowisko .Starając się nie zwracać niczyjej uwagi spokojnie taksował wzrokiem mężczyzn, kobiety, konie i wozy. Po krótkiej chwili zadowolony ze swoich obserwacji uprzejmym gestem przerwał Helvetiusowi -wybacz Panie- rzekł z galanterią – ale służba nie drużba. Czas mi w dalszą drogę, choć na boginie Orkę chętnie został bym z Wami dłużej. Niestety muszę do wieczora dojechać do Harete. Uważajcie na siebie bo kręci się tutaj dużo podejrzanych band. -niech i Pana ochraniają Bogowie, Panie oficerze- odrzekł Helvetius- dziękuję za ostrzeżenie i zapraszam jak będzie Pan w Banhazi do naszego teatru na pewno nie bedzie Pan żałował -na pewno- odrzekł Krewateris – wystarczył mi ten mały popis Pana sztuki aktorskiej, a poza tym tyle tu pięknych kobiet, że trudno by było aby mężczyzna się nudził w ich towarzystwie Gdy oddział jeźdźców zniknął za wzgórzem napięcie znikło z twarzy aktorów i wszyscy wrócili do swoich zajęć. Heveltius podszedł to stojącego i wpatrującego się w stronę wzgórza, gdzie przed chwilą znikli łowcy niewolników, Christeferusa -z dużej chmury mały deszcz- rzekł do niego – tym razem mieliśmy szczęście. Można spokojnie kłaść się spać -nie ufałbym temu Krewateriusowi -odrzekł Christoferus – podczas gdy Ty popisywałeś się swoja wymową on jakoś tak dziwnie patrzył. Przez chwilę poczułem się jakbym był żywym towarem a On oceniał, ile może na mnie zarobić -nie sadzisz chyba –zripostował Helvetius- że ośmieliłby się na nas napaść skoro wie ze chroni nas pismo Wielkiego Maga. A poza tym nie zapominaj, że oni są teraz w służbie Imperatora. Gdyby się wydało że przy okazji pełnienia służby łupią kupców i podróżnych ich życie nie warte by było funta kłaków. -może masz rację-odparł cicho Christoferus Do dyskutujących mężczyzn podeszła młoda kobieta. Była to filigranowa, drobna osoba o miłej aparycji ,jasnych włosach, zgrabnej sylwetce i krągłych kształtnych piersiach rysujących się pod jej sukienką -i co –odezwała się do nich wesoło- po strachu??!!. Jak ja nie lubię tego typu spotkań w drodze. Na całe szczęście tym razem uniknęliśmy bójki. Choć muszę stwierdzić , że ten ich dowódca to przystojny facet i chętnie bym się poświęciła dla Was gdyby zaistniała taka konieczność. -tobie to tylko faceci w głowie Soneczko -rzekł Heveltus –lepiej weź się za przygotowanie kolacji bo zaczyna burczeć mi w brzuchu Przygotowania do kolacji przebiegły szybko i sprawnie. Mężczyźni udali się do pobliskiego lasu po chrust a w tym czasie kobiety wyniosły z wozów mięsiwo, smakowite pasztety, owoce i butelki z winem. W niespełna godzinę od odjazdu jeźdźców na środku obozowiska płonął ogień wokół którego zgromadziła się gromada podróżnych. Głownie rozmawiano o nieoczekiwanie dobrym zakończeniu spotkaniu z łowcami niewolników oraz o zbliżającym się święcie bogini Orki i ich występach w Banhazi. Ilość wypitego wina w połączeniu z niedawno przeżytym stresem sprawił, że wino szybciej uderzało do głowy. Wśród dominującego gwaru ludzkich głosów nagle dało się słyszeć dźwięki lutni, tamburyna i fletu. Kilka głosów zaintonowało wesołą pieśń którą wszyscy podchwycili. Ludzie śpiewali i tańczyli wokół ogniska, ciesząc się i radując jak małe dzieci Soneczka wdzięcznie podskakując i falując w prawo i lewo krągłymi biodrami przepływała między rozochoconymi mężczyznami kusząc tajemniczym uśmiechem i połyskującymi wesoło oczyma. Nagle zrzuciła z siebie białą bluzkę ukazują jędrne i kształtne małe piersi, Za moment w ślad za nią poszły pozostałe kobiety. Helvetus z lubością napawał się widokiem tańczących kobiet i smakiem czerwonego wina. Ech aktoreczki ,aktoreczki pomyślał jaki smutny byłby bez was świat. Po chwili wstał i przyłączył się do tańczących. Lecz chyba ilość wypitego trunku lub gwałtowność uczuć jakie nim opanowały sprawiło, że za chwilę odłączył się od tańczących i skierował się w stronę czerniących się w oddali krzaków. Po zanurzeniu się w knieje rozpiął spodnie i już miał odczuć ulgę jaką przynosi mężczyźnie opróżnienie pęcherza ,gdy nagle czyjeś niewidzialne ręce schwyciły go za gardło i zamknęły mu usta. Odruchowo, jak zwierzę, które wpadło w sidła łowcy, próbował się bronić lecz uderzenie pałki w głowę odebrało mu siły i świadomość. Słońce było już dość wysoko na niebie gdy Helvetius odzyskał przytomność. Próbował się poruszyć, lecz krępujące go sznury uniemożliwiały mu jakikolwiek ruch. Nawet najmniejszy ruch sprawial mu ból i przyprawiał o zawroty głowy. Półprzytomnym wzrokiem rozejrzał wokół siebie. To co zobaczył zmroziło mu krew. Niedaleko niego przy tlącym się jeszcze ognisku leżało zakrwawione ciało jednego z jego aktorów a kilka kroków dalej dwóch oprawców zabawiało się z Laurą. Wszyscy pozostali aktorzy ,podobnie jak on leżeli skrępowani i bez życia. Wokół walały się wypatroszone skrzynie, rozrzucone stroje i połamane dekoracje. Przy jednym z wozów dostrzegł kierującego tym rabunkiem człowieka. Był to Krewateris -łotrze!!! –zakrzyknął Helvetius –bandyto!!!! Zapłacisz głowa za ten napad i gwałt jaki tu uczyniłeś. Nie uszanowałeś glejtu jaki otrzymałem od Wielkiego Dzina a on takiej zniewagi nie daruje nikomu!!!!! Krewateris odwrócił się i spokojnie podszedł do Helvetiusa -Strasznie mnie przestraszyłeś stary grzybie-rzekł do niego zimno się uśmiechając- ale wiedz, że mój Pan Zenobiusz ma tez glejt nadany mu przez wielkiego Dzinna pozwalający mu na brać każdego w niewolę, jeżeli nie uiszczą mojemu Panu należnego mu tutaj trybutu. A o ile pamiętam Ty tego trybutu nie zapłaciłeś????? -jakiego trybutu????? –wściekle krzyknął zdziwiony Helvetius- czy żądałeś od nas jakiegokolwiek trybutu?????!!!!!! Krewateris zrobił minę jakby ważył jakąś ważną sprawę a później roześmiał się szyderczo -no tak zapomniałem Ci o tym powiedzieć , ale i tak nie zmienia to postaci rzeczy, że obraziłeś mojego Pana nie opłacając mu należnej daniny i tym samym sam wydałeś na siebie wyrok. Ale nie martw się staruchu, takiej tłustej świni jak Ty nikt nie będzie chciał kupić wiec aby nie ponosić niepotrzebnych kosztów jeszcze dziś każę Cię wypatroszyć. Masz moje słowo. Krewateris rozbawiony logiką swojej wypowiedzi roześmiał się głośno i odszedł zostawiając rozdygotanego i przestraszonego Helvetiusa samego. Nagle wśród łowców niewolników powstał zamęt. Napastnicy przestali przeszukiwać wozy i chwycili za broń pokazując coś sobie nawzajem. Helvetus spojrzał w tę stronę a serce zaczęlo bić mu mocniej i dziwna nadzieja wstąpiła w jego serce. Ku obozowisku zbliżała się kolejna grupa jeźdźców. Może to regularna armia,.lotem błyskawicy przebiegła mu przez głowę ta myśl. Jednakże tak samo jak rozbłysła w nim zorza nadziei na ratunek tak samo szybko zmieniła się ona w czarną i gęsta chmurę rozpaczy. Zbliżający się jeźdźcy też byli łowcami niewolników. Było ich pięciu. Okryci szarymi opończami, trzymając w ręku łuki z nałożonymi na cięciwy strzałami powoli i majestatycznie wjechali do obozowiska rozwijając się linię. Po chwili zatrzymali się patrząc nieufnie rozbójników Krewateriksa. Stali nieruchomi i niemi jak posagi. -czego tu chcecie- krzyknął w ich stronę Krewateris- z której jesteście ordy???? -a wy z której ???? –odezwał się przywódca jeźdźców -jestem Krewateris , setnik Wielmożnego Zenobiusza, a Ty kim jesteś??? Dowódca jeźdźców bez słowa zszedł z konia i skierował się w stronę Krewaterisa .Gdy zbliżył się do niego na wyciagnięcie ręki rzekł: -Wybacz mi Krewaterisie, że nie poznałem tak znamienitego łowcy i setnika samego Zenobiusza. A kim ja jestem- zapytał jakby sam siebie- jestem......horrorem Twojego życia W tej samej chwili potężny cios pięścią roztrzaskał szczękę Krewaterisa .Uderzenie było tak silne i błyskawiczne, że Krewateris nie zdążył zareagować i nim uświadomił sobie grozę sytuacji osunął się nieprzytomny na ziemię, Pozostali jeźdźcy na ten znak natychmiast zasypali łowców niewolników strzałami i ruszyli do ataku. W obozie rozgorzała zażarta walka. Lecz choć przewaga liczebna była po stronie łowców to szybko okazało się iż nie dorównują oni przybyszom w sztuce walki. Zaledwie po kilku minutach walka przerodziła się w przeraźliwą rzeź. Błyskawicznie zadawane ciosy mieczy i sztyletów zapełniły pobojowisko trupami przerażonych łowców. Helvetus obserwując to co działo się na jego oczach nie mógł wyjść z podziwu dla sprawności z jaką przybysze wymordowali znienawidzonych przez niego ludzi Krewaterisa a jednocześnie popadał w coraz większą rozpacz, gdyż zrozumiał ,że z rąk tych ludzi na pewno nie uda się uciec. Jakże wielkie było jego zdumienie gdy spostrzegł, ze trzech spośród jeźdźców to kobiety. -ten chyba jest już ostatni - krzyknęła Iguanessa podrzynając gardło jednemu z łowców -sprawdź dobrze Iguanesso- odrzekł Wizzoteriks- wycierając swój zakrwawiony miecz w opończę jednego z zabitych- nie możemy pozwolić aby choć jeden z tych śmierdzących szczurów przeżył -a co zrobimy z tym ..jak mu tam .Krewaterisem??? –spytała Skia -musimy z nim wpierw z nim porozmawiać. Trzeba go związać bo jeszcze gotów spróbować ucieczki. -a co zrobimy, z tymi tu??? –Skia wskazała na powiązanych aktorów, nie mogących jeszcze nadążyć za wypadkami których przed chwilą byli świadkami. Przerażeni, zziębnięci, bez czucia w skrępowanych rękach i nogach z apatią oczekiwali na wyrok losu nie spodziewając się niczego innego niż tylko pchnięcia sztyletu w gardło Od grupy odłączył się jeden mężczyzna i skierował się w kierunku Helvetusa. W jednym ręku trzymał miecz a w drugim sztylet. Zimny pot wystąpił na czole Helvetiusa . Zrozumiał, że oto właśnie wybiła godzina jego śmierci. W ostatniej chwili swego życia zdobył się na heroiczna odwagę i wykrzyknął do zbliżającego się oprawcy -no zawszony drabie...moczożłopie....gównojadzie...no szybko katowski pomiocie zarznij mnie, lecz wiedz że dokonując tego mordu zabijasz największego aktora naszych czasów ...wielkiego Helvetusa Panicusa -Helvetus??? Helvetus Panicus z Ashantii –krzyknął zdziwiony Wizzoteriks -tak ten sam-odrzekł Helvetus- a Ty ktoś zacz??? -nie pamiętasz??? Wizzoteriks!!!!!! -Wizzoteriks???? –wykrzyknął ze zdziwieniem i radością w głosie Helvetus- jedyny wilczur wśród zgrai krwiożerczych wilków w Ashantii, którego wzruszała poezja??? -dokładnie ten sam Helvetiusie ,dokładnie ten sam- zawołał Wizzoteriks -a ja nazywam się Lancetoriks- rzekł niedoszły oprawca rozcinając więzy Helvetiusowi -witaj Lancetoriksie i wybacz mi te niezbyt wytworne słowa jakimi Cię obdarzyłem, ale za wiele jak na moja starą głowę i skołatane nerwy dziś się wydarzyło. Wybacz Panie za ten uzasadniony okolicznościami brak manier. Tymczasem Iguanessa i Gosiatriks zajęły się uwolnieniem pozostałych aktorów. Wśród ogólnej radości z nieoczekiwanego wyzwolenia z niewoli, płaczu i krzyków, aktorzy rzucali się sobie w ramiona dziękując bogom całego świata i boskiej opatrzności za cudowne ich zdaniem uwolnienie. Każdy z uwolnionych aktorów chciał podziękować swoim wybawcom osobiście czemu ani Iguanesa ani Gosiatriks się nie przeciwstawiały .Mężczyźni wnieśli nieprzytomną Laurę do wozu, którą natychmiast troskliwie zajęły się kobiety. Tylko Skia stała jakby porażona wpatrując się w nieprzytomnego Krewaterisa. Jej uwagę przykuł mały, misternej roboty medalion zawieszony na jego szyi. Już na pierwszy rzut oka widać było, ze jest to robota elfickich mistrzów. Wykonany z miedzi, przedstawiał tarczę słoneczną z wygrawerowanymi na niej runami w starej mowie. Skia podeszła bliżej , wzięła medalion do ręki i nagle jej oczy zaczęły ciskać błyskawice. Zdecydowanym ruchem zerwała mu go z szyi a w jej oczach pokazały się łzy. Widząc, że Krewateris wciąż jest nieprzytomny, chwyciła stojące opodal wiadro wody i chlusnęła na niego. -skąd masz ten medalion psie –wysyczała mu do ucha Krewateris spojrzał na nią na nieprzytomnymi oczyma. Widząc, że ma przed sobą elfkę, wydął pogardliwie usta i rzekł: -zabrałem takiej samej suce jak Ty. Być może była to Twoja siostra albo córka. Ale możesz być spokojna, dogodziłem jej jak należy Skia chwyciła swój sztylet i przystawiła go Krewateriusowi do gardła -mów psie prawdę, skąd masz ten medalion????!!!! - Nie czekając na odpowiedź wtargnęła w jego umysł. Początkowo Krewateris próbował się przed tym bronić, lecz nie był w stanie przeciwstawić się tej furii. Skia z obrzydzeniem przedzierała się przez zakamarki jego pamięci. Brnęła przez gnojowisko zdrad, rzygowiny oszustw, cuchnące bajora mordów i gwałtów, trzęsawiska nikczemnej chciwości To co zastała w jego umyśle napawało ją obrzydzeniem i doprowadzało do mdłości lecz z pełną determinacją brnęła przez te fekalia by w końcu odnaleźć to czego szukała. Prawda, którą ujrzała wyrwała z jej piersi skowyt rozdzieranego żywcem zwierzęcia. Jej twarz stała się ziemista i szara, z zaciśniętych ust odpłynęła cała krew lecz z przepełnionych łzami oczu nie popłynęła nawet kropla. -hator arme safira ter at hom....hator arme safira ter at hom – bezwiednie powtarzały jej wargi Z szybkością kobry, z zanadrza okrywającej ją kurtki wyciągnęła dwie srebrne igły i wbiła je w gardło Krewateriusa. Ich ukłucie obudziło w nim śpiący w najskrytszych zakamarkach jego duszy pierwotny strach., który w panicznym odruchu próbował wyrwać się z jego ciała ,lecz ściśnięte zaklęciem gardło nie pozwoliło uwolnić go w krzyku przerażenia, bólu i rozpaczy. Odbiwszy się od magicznej zapory, niczym przestraszone stado słoni ruszył w głąb ciała Krewateriusa niszcząc wszystko co stanęło mu na drodze. Rozrywał płuca, rwał wnętrzności, miażdżył kości, rozbryzgiwał szpik. Ognisty smok ziejący tępym bólem przemierzył cale ciało, ponownie próbując znaleźć zbawcze ujście w krzyku. Lecz i tym razem gardło oparło się wściekłemu atakowi strachu i nie pozwoliło mu się uwolnić. Strach, o wiele silniejszy, straszniejszy i przeraźliwie okrutny w bólu jaki zadawał Kreateriusowi ponownie skierował się w głąb jego ciała i umysłu siejąc jeszcze większe spustoszenia, stając się po stokroć okrutniejszy. Skowyt Skia przerwał panującą w obozie radość. Wszyscy jak na komendę zwrócili się w stronę skąd dochodził ten głos. To co ujrzeli zmroziło im w krew żyłach. Ciało Krewateriusa powoli rozpływało się jakby było zrobione z wosku. Twarz wyrażające niewypowiedzianą mękę, zastygła w nie wydanym krzyku, bardziej przypominała twarz tysiącletniej mumii niż twarz człowieka. Dwa kroki przed nim klęczała Skia, przeszywając go hipnotycznym gorejącym nienawiścią wzrokiem. Jej sine usta wciąż wypowiadały słowa zaklęcia hator arme safira ter at hom....hator arme safira ter at hom -rzuciła na niego klątwę Safiry- wyszeptał trzęsącym się głosem blady jak ściana Wizzoteriks. -rzuciła na niego klatwę Safiry- powtórzyli jak echo pozostali. A ton w jakim wypowiedzieli te słowa, zabrzmiał jak przepowiednia zapowiadająca największe nieszczęścia -kurwa –wyszeptała Gosiatriks –co to jest za diabelstwo -lepiej abyś zginęła na palu lub rozerwana żywcem przez konie –odpowiedział trzęsącym głosem Wizzoteriks- magia znana wyłącznie elfom i to tylko wybranym......najstraszliwsza klątwa stworzona przez elficką magię........Skia kim Ty do cholery jesteś???? - zapytał sam siebie Nie mogąc wytrzymać widoku łowcy niewolników pożeranego przez niewidzialnego potwora Wizzoteriks podbiegł do niego i jednym cięciem miecza skrócił jego mękę. -Skia czemu ???? –zapytał z wyrzutem– czemu Safira?????? -musiałam Wizzoteriksie.....musiałam -odparła nieprzytomnym głosem Skia –On zabił mojego męża i dzieci...... Nagle zerwała się na równe nogi i pobiegła na oślep przed siebie ,potykając się o leżące ciała martwych łowców niewolników. W pierwszym odruchu Lancetoriks chciał biec za nią, gdyż obawiał się, że w takim stanie gotowa jest targnąć się na swoje życie, lecz Wizzoteriks nakazał mu jednym gestem pozostać na miejscu -czemu Wizzoteriksie? Ona teraz potrzebuje naszej pomocy, powinniśmy w tej właśnie chwili być przy niej?? –odrzekł Lancetoriks -pozwól jej zostać samej ..sam na sam ze swoimi myślami....Krewateis zabił jej męża i dzieci to właśnie odkryła w jego umyśle i dlatego rzuciła na niego klątwę. Pozwólmy zostać jej sam na sam z rozpaczą. Uwierz mi w tej chwili nie jesteśmy w stanie jej pomóc a nasza obecność ,nasze słowa czy gesty mogą tylko przysporzyć jej większego bólu-odrzekł Wizzoteriks -to co w takim razie mamy robić? -najpierw posprzątajmy tu, a później kontynuujmy naszą misję. Skia jeżeli będzie chciała, odnajdzie Nas a jeżeli uzna że czas nas opuścić pójdzie dalej swoją drogą , droga który wyznaczył jej los -niech i tak będzie- odparł smutno Lancetoriks Skia biegła przez las jak oszalała. Krzewy i konary drzew rwały jej ubranie i raniły nogi, twarz ,ręce. W płucach coraz bardziej brakowało powietrza, oczy powoli zasnuwała niewidzialna mgła a serce zaczynało bić coraz mocniej i szybciej, gotowe w każdej chwili pęknąć z wysiłku i przepełniającego go żalu. Potknąwszy się o niewidzialny kamień lub o pnącze skrzypu padła prawie martwa na ziemię. Z jej ust ponownie wydobył się krzyk rozpaczy i żalu, a z oczu popłynęły łzy. Ach jakby chciała teraz cofnąć czas i nie widzieć tego o czym dowiedziała się penetrując umysł Krewaterisa. Już wiedziała, że śmierć jej męża nie była przypadkowa, że to ona było jej przyczyną. Tamtego feralnego dnia oprawcy szukali jej , a prawdziwym mordercą nie był Krewaterius, lecz ten którego imienia do dnia dzisiejszego bała się nawet pomyśleć. Wiedziała ,że rzucając klątwę ostrzeże Go, że wie i że będzie musiała się z nim zmierzyć .Wiedziała też jakie od tej chwili niebezpieczeństwo zagraża jej i jej przyjaciołom, gdyż On przyjął rzucone mu wyzwanie i określił o co będzie toczyła się gra. Stawką jest życie jej, Wizzoteriksa, Lancetoriksa, Gosiatriks, Iguanessy i ..............jej dzieci . Późnym wieczorem w obozowisku było już cicho i spokojnie. Wydarzenia dnia sprawiły, że prawie wszyscy już spali a przy wozach nawet nie wystawiono wart, gdyż nie obawiano się już jakichkolwiek niespodzianek. Przy płonącym ognisku siedziało trzech mężczyzn . -nie chcę wiedzieć Wizzoteriksie –rzekł Helvetus Panicus- co sprowadza Was na ziemie orków. Wścibstwo nie jest cechą mojego charakteru, ale wiedz jedno, jestem Twoim dłużnikiem i pomogę Wam dostać się do Banhazi -dziękuję Helvetusie- odrzekł Wizzoteriks pociągając z kubka łyk wina- bardzo nam to odpowiada. Jadąc z Twoja trupą nie będziemy się rzucali tak w oczy, a na tym akurat bardzo nam zależy -czy w święto bogini Orki do Banhazi przybywa tak samo dużo osób jak do Zir w święto bogini Zir? –spytał się Lancetoriks -Lancetoriksie- odparł Helvetus- Banhazi jest największym miastem jakiekolwiek widziałem. A wierz mi, zwiedziłem ich dużo. Nawet w zwykły dzień przebywa w nim tylu przyjezdnych, że Twoja obecność wcale nie rzucała by się tak bardzo w oczy, a wyobraź sobie , że w czas świąteczny jest ich tysiąckroć więcej -to dobrze –odparł Lancetoriks- przynajmniej nikomu nie wyda się podejrzanym, że cudzoziemcy szukają zielarki Rozmowę tę przerwał Wizzoteriks -wystarczy na dziś tych rozmów ,lepiej połóżmy się bo jutro rano czeka nas daleka podróż. Jak długo będziemy jechać Helvetiusie? -myślę ,że sześć siedem dni. Pod warunkiem, oczywiście, że nic się nie wydarz po drodze -i ja tez mam taką nadzieję –odrzekł Lancetoriks. Mężczyźni powoli podnieśli się i udali w kierunku wozów. Lancetoriks smutno i cicho rzekł ni to do siebie ni to do Wizzoteriksa -.a Skia jeszcze nie wróciła
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Lancetoriks powoli otworzył oczy. Cały świat zawirował wokół niego jakby znalazł się na karuzeli, obraz wciąż był zamglony, oddychanie sprawiało mu ból a w głowie huczał szalejący nad oceanem huragan. Na chwilę zamknął oczy i ponownie je otworzył. Tym razem obraz stał się wyraźniejszy. Czuł się zmęczony i obolały. Każdy, nawet najmniejszy ruch przyprawiał go o ból. Z oddali dobiegał go znajomy i przyjazny głos. -no nareszcie wróciłeś między żywych Lancetoriks wysilił wzrok i powoli bezkształtna mgła przybrała kształt twarzy Wizzoteriksa -długo byłem nieprzytomny?- spytał -to zależy jak liczyć- odparł Wizzoteriks- czy od momentu gdy poczułeś się ptakiem czy też od chwili gdy znalazła Cię Skia. Ale jakby na to nie patrzeć, w naszej sytuacji zdecydowanie za długo- spokojnie odparł Wizzoteriks Lancetoriks spróbował usiąść, lecz cały świat znów zawirował wokół niego. -spokojnie- odparł Wizzoteriks- nie tak gwałtownie. Poleż sobie jeszcze chwilę, niedługo powinno wszystko wrócić do normy -wszyscy żyją ?- spytał się Lancetoriks -prawie wszyscy- odparł Wizzoteriks- Gosiatriks fatalnie nadziała się na ostra podwodną skałę. Ma paskudna ranę i flaki na wierzchu. Pozostali choć mocno poobijani są cali i zdrowi., a Ty masz dług wdzięczności u Skia. To ona Cię odnalazła nieprzytomnego i wyciągnęła z wody, inaczej zapewne powtórzyłbyś lekcję latania, lecz tym razem łącząc ją z lekcją pływania i nurkowania. Lancetoriks usiadł i rozejrzał się wokół. Znajdowali się w niewielkiej kotlince osłaniającej ich od wścibskich oczy ścianą wapiennych skał i niskich, rozłożystych sosen. W oddali dał się słyszeć szum rwącej rzeki i huk górskiego wodospadu. Kilka kroków od niego siedziała zapłakana Iguanessa trzymając na kolanach głowę Gosiatriks, a niespełna metr od niej przy niewielkim ognisku klęczała Skia warząc coś naprędce. -poważna jest jej rana- spytał Lancetoriks -gdybyśmy byli w Ashantii to miała by szanse aby z tego wyjść, tu nie ma żadnych - odparl Wizzoteriks -a Orkowie? -mamy nad nimi dwa dni przewagi. Na całe szczęście nurt rzeki wyrzucił nas na przeciwny brzeg, a Skia mówiła, ze najbliższy bród znajduje się dzień drogi stąd. Lancetoriks podniósł się na równe nogi. Zawroty głowy znów się pojawiły, lecz tym razem postanowił przetrzymać tę słabość. Chwiejnym krokiem podszedł do Gosiatriks i Iguanessy. Długo wpatrywał się w rozgorączkowaną twarz Gosiatriks a następnie podszedł do Skia -możesz coś dla niej zrobić???? -spytał -niewiele- odparła- ranę spięłam kleszczami i napoiłam ją wywarem z ziół by uśmierzyć ból. To wszystko co teraz mogę dla niej zrobić. Nie znam na tyle magii aby móc ją uleczyć -zrób wszystko co w Twojej mocy aby jak najdłużej utrzymać ja przy życiu- rozkazał Lancetoriks -uczynię co w mojej mocy- odrzekła Skia -jak długo ona może wytrzymać- spytał -straciła dużo krwi. Jeżeli nie wda się gangrena to 2 najwyżej 3 dni- odparła Skia -niewiele czasu aby na tym pustkowiu znaleźć znachora, mając na dodatek ścigających orków .-odparł Lancetoriks –trzeba się spieszyć Na całe szczęście nie stracili swoich koni ani mieczy. Przygotowania do wymarszu trwały krótko. Z konarów sosny przygotowali specjalne nosze dla rannej Gosiatriks i wprawnie zawiesili je na jej koniu. Posiliwszy się tym co zostało im z zapasów wyruszyli natychmiast zagłębiając się w dzikie ostępy puszczy. Ze względu na stan Gosiatriks poruszali się bardzo powoli, często przenosząc ją przez parowy czy też zagradzające drogę powalone pnie lub leśne strumienie. Podróż przebiegała spokojnie i tylko pogarszający się jej stan sprawiał, że humory im nie dopisywały. Drugiego dnia podróży, Gosiatriks straciła przytomność i zaczęła majaczyć. Wizoteriks popędzał wszystkich wierząc niezłomnie w to, że wydarzy się jakiś cud , który pozwoli na uzdrowienie jego wojowniczki. Mikstury, które podawała Skia na jakiś czas spędziły gorączkę, ale był to tylko środek zaradczy a nie lekarstwo. Lancetoriks modlił się do wszystkich bogów o ten cud, o znalezienie lekarza, znachora, wieźmy wszystko jedno kogo byleby osobę ,znającą sztukę lekarską. Natomiast Iguanessa, ani przez moment nie odchodziła od Gosiatriks, a widząc jej powoli gasnące oczy wpadała w coraz większą rozpacz. Tylko Skia zachowywała spokój ducha i jasność umysłu. W pewnym momencie przejęła prowadzenie grupy, czemu o dziwo nie sprzeciwił się nawet Wizzoteriks, i wiedziona tylko sobie znanymi znakami prowadziła ich w coraz głębsze knieje. Wieczorem dojechali do małej polanki na której, ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, ujrzeli niewielką chatkę. Wizzoteriks i Lancetoriks dobyli mieczy i powoli zaczęli się skradać w kierunku chatki. Po paru chwilach wrócili -chatka jest pusta –rzekł Wizzoteriks- przenocujemy tu a rano ruszymy dalej. Nie wiem co za diabli wskazują Ci drogę Skia, ale dziwne jest dla mnie, ze w takiej głuszy ktoś mieszka. Szkoda, ze mieszkańcy tego domostwa je opuścili, bo może pomogliby Gosiatriks -może nie opuścili – powiedziała cicho do siebie Skia W chatce było schludnie i czysto. Na łóżku zbitym z sosnowych bali położyli Gosiatriks. Iguanesa szybko zakrzątnęła się aby rozpalić ogień w palenisku, a Wizzoteriks przeszukiwał chatkę w nadziei znalezienia jakiś medykamentów. Skia pozostała na zewnątrz, przypatrując się rosnącemu przy wejściu drzewku. Było to dziwne drzewko, bardzo różniące się od innych drzew na polanie. To co na pierwszy rzut oka różniło je od pozostałych to drobne, granatowe, przypominające aksamit liście. Jej obserwacje przerwał Wizzoteriks. -w chacie nic nie znalazłem. Może rozejrzysz się wokół i znajdziesz potrzebne Ci zioła.-rzekł do niej -chyba, już znalazłam-odpowiedziała spokojnie Skia wskazując na drzewko Za chwilę dołączył do nich Lancetoriks , który jeszcze przeczesywał okoliczne krzaki. -cholera –rzekł – przeszukałem wszystko wokół, nie znalazłem żadnych śladów a ciągle mam wrażenie, że jestem obserwowany -może nie jest to wcale wrażenie-rzekła w myślach Skia przypatrując się drzewku -mówisz, że te liście mają leczniczą moc -rzekł Wizzoteriks – w takim razie zerwijmy ich trochę I nie czekając na odpowiedź Skia wyciągnął rękę aby zerwać kilka listków. Precz z tymi rękami!!- rozległ się kobiecy głos i w tej samej chwili Wizzoteriks krzyknął z bólu a niewidzialna siła odrzuciła go o kilka kroków. Lancetoriks instynktownie wyciągnął miecz i zamierzył się na drzewko. Efekt jego działania był taki sam jak u Wizzoteriksa. Niewidzialna siła wytrąciła mu miecz z ręki i odrzuciła o kilka metrów. -no nie!!! –oburzyło się drzewko –żeby tak na mnie z mieczem???!!!!! Skia spojrzała na dwóch niczego nie rozumiejących wojowników a ich raczej głupie miny wywołały u niej niczym nieopanowany chichot. -hi hi hi hi –zawtórowało jej drzewko -ki diabeł- rzekł Lancetoriks -żaden diabeł, żaden diabeł –zaprotestowało drzewko –jestem kobietą!!!! -spokojnie, to Akssa –ze stoickim spokojem powiedziała Skia -kto??????? –zapytali równocześnie Wizoteriks i Lancetoriks -Akssa- powtórzyła elfka –wiedźma Oczami swojej wyobraźni Lancetoriks ujrzał starą, bezzębną czarownicę o długim haczykowatym nosie pokrytym kurzajkami, dokładnie taką, jaką widywał na ilustracjach dziecinnych bajek. -no nie ,Lancetoriksie, aż taka brzydka nie jestem!!!- zaprotestowało drzewko Nagle liście zaszeleściły i przed nimi stanęła młoda kobieta. Jej kruczoczarne włosy, wydatna i kształtna pierś oraz brzoskwiniowa barwa skóry przyciągnęły wzrok wojowników -ależ Lancetoriksie!! – z udawanyn oburzeniem rzekła nieznajoma- nawet o tym nie myśl!! co na to by powiedziała Kobi!!!??? -wybacz Pani –przeprosił rumieniąc się Lancetoriks -witaj Aksso –rzekła Skia kłaniając się jej bardzo nisko- bardzo potrzebujemy Twojej pomocy. Mamy ciężko ranną. -wiem -odpowiedziała czarodziejka- długo kazaliście na siebie czekać. Poczekajcie tu , nie lubię jak ktoś mi się przygląda na ręce gdy leczę. Po chwili weszła do chatki, wyganiając z niej protestująca Iguanesse. W napięciu oczekiwali na informacje o stanie zdrowia Gosiatriks -co to za Akssa –spytał się Skia Wizzoteriks- i czemu żyje na takim odludziu?? -długa historia –rzekła Skia- sięgająca jeszcze czasów wojen z orkami. Akssa jest być może już ostatnią czarodziejką aksamitnej magii. W czasach dwóch pierwszych wojen ich magia chroniła wojska elfów przed czarownikami imperatora. Aksamitna magia była wówczas naszą tarcza i póki ona nas chroniła orkowie nie mogli nas pokonać. Dopiero gdy czarnoksiężnicy imperatora zdradziecko i podstępnie wymordowali większość czarodziejek na jednym z ich sabatów, złamano opór elfów i podbito nasze królestwo. -teraz rozumiem- rzekł Wizzoteriks- myślisz, że uleczy Gosiatriks?? -jeżeli nie ona- odparła stanowczo Skia- to nikt inny. Czas dłużył im się nieznośnie. Każda chwila wydawała się wiecznością i gdy z drzwi chałupy wynurzyła się postać czarodziejki wszyscy zamarli w oczekiwaniu. -zdążyliście w ostatniej chwili. Wiele energii kosztowała mnie ta operacja, ale możecie się uspokoić, Gosiatriks będzie żyć. Teraz usnęła ale jutro na pewno będzie w pełni sił -bardzo dziękujemy Pani –rzekł Wizzoteriks z galanterią dworaka –i wybacz za to niezapowiedziane najście -sama Was tu ściągnęłam- odpowiedziała rozbawiona nagłą, nie pasującą do jego wizerunku, zmianą zachowania- trochę się bałam, że nie zdążycie na czas bo moja magia zakazuje mi wskrzeszania umarłych ale ....ale wszystko dobre co się dobrze kończy. A teraz usiądźmy i spokojnie zjedzmy kolację bo nie wiem jak Wy ale ja jestem piekielnie głodna. Jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki na stole znajdującym się przy chacie znalazły się smakowite kąski i doskonałe wino. Wyzwoleni z niepokoju o stan zdrowia Gosiatriks biesiadnicy ochoczo rozmawiali i żartowali. Lancetoriks nie tylko nie mógł się nadziwić urodzie czarodziejki lecz również dziwnej zmianie jaka zaszła w zachowaniu Wizzoteriksa., który z gburowatego wojaka w mgnieniu oka przeistoczył się w szarmanckiego, o nienagannych manierach oficera. Wyraźnie było widać, że starał się adorować gospodynię tego przyjęcia co niezbyt podobało się Skii, Iguanessie, ani tym bardziej Lancetoriksowi. -Wizzoteriksie , czy ty aby do szkoły wilków nie trafiłeś dlatego, że wyrzucono Cię ze szkoły paziów królewskich- zapytał Lancetoriks -w odróżnieniu od tygrysów, my uczymy się nie tylko walki na miecze mój drogi Lancetoriksie- sparował Wizzoteriks - ale również dobrych manier i rycerskiego zachowania wobec kobiet -już kilka lat służę pod Tobą Regimentarzu, ale jakoś nie zauważyłam wobec siebie takiej admiracji- rzekła Iguanessa – i sama nie wiem czy jest to związane z podległością służbową czy z tym , że jestem wojowniczką a nie czarodziejką. Tylko wciąż same rozkazy.. Iga zrób to ..Iga zrób tamto.. Iga przynieś mi wina...Może Pani Akssa rzuciła na Ciebie urok Regimentarzu??? Chyba nie tylko na niego –chichocząc się dodała Skia- bo widzę, że i Lancetoriks ma dziwnie maślane oczy jak na nią patrzy, ciekawe co będzie, jak się o tym dowie Kobi -żmije!!!- jednocześnie zakrzyknęli Lancetoriks i Wizzoteriks Kres tej dyskusji położyła Akssa. -z tego co wiem, przybyliście tutaj aby spotkać się z Kisoah -tak - odrzekł Lancetoriks- to jest nasz główny cel, aby namówić ja do zawarcia paktu z królem Adreatosem -nie będzie to łatwe- powiedziała Akssa- Kisoah jest bardzo nieufna i trudno się do niej dostać. Zbyt wiele sił chciało by ja pojmać wiemy o tym- rzekł Lancetoriks- podczas ucieczki z niewoli Kisoah mnie uratowała i na tym właśnie opieram swoje nadzieje ze uda mi się z nią porozmawiać. Myślę, że zrozumie to, iż tylko wspólne działanie z królestwem Ashanti i jego sojusznikami, może stworzyć siłę zdolną przeciwstawić się imperium -być może masz rację Lancetoriksie, ale elfy już tyle razy były oszukiwane przez ludzi, że nie wiem czy Kisoah będzie chciała zaryzykować aby nawiązać z wami współpracę. Wiąże się to z niebezpieczeństwem odkrycia jej kryjówki .Doskonale wiesz Lancetoriksie , że dla ludzi cenniejsze jest złoto niż dane słowo a złota imperator ma moc. -doskonale sobie z tego zdaję sprawę, ale jednocześnie wiem że gdy imperium zwycięży Ashanti , to wówczas całą swoją potęgę skieruje przeciw niej -masz rację –rzekła Akssa -Pani –wtrącił się do rozmowy Wizzoteriks – czy mogłabyś nam pomóc w nawiązaniu kontaktu z księżniczką Kisoah???? -gdzie znajduje się Kisoah, tego nie wiem nawet ja –odparła czarodziejka- musicie udać się do Baghazi., stolicy imperium, i odnaleźć zielarkę Soyarę. Ona Wam wskaże drogę. Powiedzcie jej, że to ja Was przysyłam Pani –ponownie zwrócił się Wizzoteriks – udaj się tam z nami. -nie mogę Wizzoteriksie –odparła Akssa- zbyt to jest dla mnie niebezpieczne. Jeszcze jakiś czas musze tu pozostać Ale obiecuję Ci jedno, ze na pewno się jeszcze spotkamy -ależ Aksso- żachnął się Wizzoteriks –zapewnimy Ci ochronę najlepszą na świecie. Nawet sam Imperator lepszej nigdy nie będzie miał -nawet przed czarną magią Wizzoteriksie??? –spytała Akssa- niestety tej ochrony mi zapewnić nie możecie, a przynajmniej jeszcze nie możecie. Gdybym teraz udała się razem z Wami, to musiałabym się zmierzyć z potężnym Dzinnem i jego pomocnikami, a na to jeszcze nie jestem gotowa. Ale dość już tych rozważań. Jest już bardzo późno i czas się kłaść spać. Rzeczywiście było już późno. Zbliżała się północ. Na niebie jasno połyskiwały gwiazdy a księżyc przemierzał swoją odwieczną drogę po nieboskłonie. Podczas gdy wszyscy wstali od stołu i zaczęli rozchodzić się do swoich legowisk Lancetoriks podszedł do Skia -nie miałem wcześniej sposobności, aby podziękować Ci za wyciągnięcie z wody –rzekł zmieszany – i przeprosić za to, że Cię wtedy uderzyłem -co było a nie jest, nie pisze się w rejestr- odparła Skia- gdybym była na Twoim miejscu , zapewne poderżnęłabym Ci gardło -to prawda, że jechałaś za nami aby nas zabić –spytał -tak-odparła -dlaczego? -myślałam, że jesteście łowcami niewolników, a z nimi mam nie wyrównane rachunki-powiedziała Skia -aż tak ich nienawidzisz???? -zabili mi męża –odrzekła, a widocznie wspomnienia te ciążyły jej bardzo i czuła potrzebę opowiedzenia swojej historii komuś komu mogła zaufać, więc nie ponaglana przez Lancetoriksa zaczęła mówić dalej- kiedyś byłam szczęśliwą żoną i matką. Razem z mężem posiadaliśmy niewielkie gospodarstwo. Szczęście nasze wzrosło gdy pojawiły się dzieci. Żyliśmy dostatnio i szczęśliwie. Ja często udawałam się na polowanie do puszczy zostawiając cały dom na głowie męża. Nie bałam się o nich, bowiem wiedziałam , że nim zjawią się łowcy czy zabłąkany oddział orków mój mąż zdoła się ukryć z dziećmi w przygotowanych na takie odwiedziny kryjówkach. Do dziś nie wiem co się stało, że wtedy dal się zaskoczyć. Gdy wróciłam z polowania zastałam tylko spalone gospodarstwo i zmasakrowane ciało mojego męża. Po dzieciach wszelki ślad zaginął. Jak oszalała tropiłam ich przez wiele dni zabijając wszystkich napotkanych na mojej drodze łowców, ale tej bandy, która zrujnowała moje życie i porwała mi dzieci nie odnalazłam do dziś -dawno się to stało ? –spytał Lancetoriks -rok temu, podczas ostatniej wielkiej obławy na elfów –odparła –ale wciąż wierzę, że je odzyskam -życzę Ci tego z całego serca –odparł Lancetoriks – muszę przyznać, że jak na farmerkę świetnie władasz bronią -nie zawsze byłam farmerką –odparła Skia- i nie zawsze byłam matką i żoną Lancetoriksie . Wcześniej, nim się nimi stałam, byłam wojowniczką osobistej gwardii ostatniego króla elfów -to ile Ty masz lat ? –spytał Lancetoriks -czy to ważne? Przecież, my elfy, obdarzeni jesteśmy nieśmiertelnością., gdybym chciała przeliczyć swój wiek na wiek ludzki to można by powiedzieć, że mam około trzydziestu – odparła z dziwnym uśmiechem na twarzy -wybacz mi to pytanie, nie chciałem być wścibski -nic się nie stało, nie uraziłeś mnie -pojedziesz z nami szukać Kisoah- zapytał Lancetoriks -tak –odpowiedziała – mój los z woli Bogów związany jest z Waszym Nastał mglisty poranek. Unoszący się wśród konarów drzew świergot ptaków oznajmiał wszystkim, że las powoli budzi się do życia. Jako pierwsza wstała Gosiatriks i głośnym krzykiem zerwał wszystkich na równe nogi. Następną czynnością, którą zrobiła było pokazanie wszystkim swojego brzucha, na którym nie było śladu odniesionej niedawno rany i gorące wyściskanie każdego, nawet Skii co do, której wcześniej pałała nie tajonym uczuciem wyekspediowania ją w zaświaty -popatrzcie tylko popatrzcie –wołała szczęśliwa –popatrzcie tylko na mój brzuch. Nie ma na nim żadnej blizny, nawet tej, która pozostała mi jako pamiątka po tej burdzie w Ashantii gdy byłam jeszcze kadetką. Komu mam dziękować za to????!!! -Aksie- odpowiedziała równie szczęśliwa Iguanessa -a gdzie ona jest???? Rzeczywiście dopiero teraz wszyscy zauważyli, że czarodziejki nie ma wśród nich. Fakt ten najbardziej zmartwił Gosiatriks ale tylko na chwilę. Niejako w zastępstwie, ponownie wyściskała wszystkich obecnych i zapytała się Skii gdzie może znaleźć Akssę -szukać Akssy to tak jak uganiać się za wiatrem w polu. Jak będzie chciała abyśmy ją odnaleźli to ją odnajdziemy -odparła Skia -w takim razie- zarządził Wizzoteriks- bierzmy się za poranny posiłek i w drogę. Szkoda każdej chwili
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Pani Kobi!!! Pani Kobi!!!! krzyczała głośno biegnąca dziewczyna. Pot obficie wypływał spod jej napierśnika i skórzanej spódniczki, tworząc liczne strumyki na zgrabnych nogach i nagich ramionach. Spod dużego hełmu piechoty podskakującego na jej głowie i przesłaniającego dwoje czarnych błyszczących i bardzo przejętych oczu wyglądały dwa małe czarne warkoczyki. Długi miecz piechoty wiszący u pasa wespół z piką i dużą okrągłą tarczą, które nieszczęsne dziewczę musiało targać ze sobą, raz za razem , zaplątywały się w między nogi grożąc bolesnym upadkiem na ziemię. Pani Kobi!!! Pani Kobii!!! zakrzyknęła jeszcze raz rozpaczliwe, jakby obawiając się, że wyzionie ducha nim przekaże wiadomość, którą jej powierzono. Kobi odwróciła się w kierunku skąd dochodził ten głos, a na widok sunącej ku niej sterty żelastwa zawieszonego na młodym zgrabnym ciałku uśmiechnęła się. -co się takiego stało Stokrotesso, że krzyczysz tak głośno???!!! Słychać Cię zapewne w pałacu, pies go drapał, Imperatora. Nie wiesz o tym, że obowiązuje Cię tajemnica wojskowa- rzekła prawie krztusząc się ze śmiechu -Pani Kobi!!! Jego Exelencja Gregorius nakazał Pani jak najszybciej się stawić w budynku Rady – z trudem łapiąc powietrze wykrztusiła z siebie Stokrotessa -mówisz ,że sam Gregorius ???!!w takim razie to musi być bardzo ważna sprawa Stokrociu. A nie wiesz po co mnie tam wezwał??? –spytała Kobi, z trudem tłumiąc śmiech na widok bardzo przejętej miny swojej ulubienicy -ja tam nic nie wiem Pani Kobi. Ja jestem prosta dziewczyna. Może na jakąś wojnę nas poślą, bo ludzie mówią ,że tylko patrzeć jak przyjdzie wojna. –odrzekła przejętym głosem dziewczyna -na wojnę mówisz, w takim razie nie pozwólmy Gregoriusowi czekać zbyt długo. Uspokój się wreszcie ,bo z tego przejęcia przewrócisz się i jeszcze sobie kości połamiesz. Podaj mi mój miecz.-rzekła Kobi W drodze to budynku Rady Stokrotessa szczegółowo opowiedziała swojej pani kapitan o sporze miedzy piekarzem Kreativusem a mistrzem cechu browarników Maniutessem na temat skuteczności futra czarnego kota przy leczeniu wstydliwych chorób i gdzie karczmarka Melanitessa ma samego Imperatora i całe imperium oryckie. Dziewczyna przez całą drogę szczebiotała opowiadając Kobi wszystkie zasłyszane plotki i ploteczki, tak, że droga od jej kwatery do budynku Rady minęła błyskawicznie. Na widok wchodzącej do gabinetu Kobi, Georgius przerwał rozmowę ze swoim adiutantem. Obaj mężczyźni z ogromną przyjemnością przyglądali się jej zgrabnej sylwetce . -witaj Kobi- rzekł Gregorius- jak tam Twoje podopieczne? -dziękuję Exelencjo, gotowe do podjęcia służby. Szkolenie zakończone i tylko brakuje im tego ostatniego szlifu, który mogą zdobyć dopiero w bitwie. Wtedy okaże się czy wyszkoliłam ich dobrze czy nie- odrzekła Kobi -nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Czas abyś wróciła do służby liniowej. Za zgodą króla i Rady Klanu obejmujesz dowództwo X Regimentu Tygrysów. Kobi dech zaparło w piersiach. W głowie poczuła zupełną pustkę , w której wciąż jak echo rozbrzmiewał głos Georgiusa , obejmujesz X Regiment... obejmujesz X Regiment......obejmujesz X Regiment X Regiment Tygrysów. Jedyny ,składający się wyłącznie z kobiet regiment w całej armii królestwa Ahanti, Wycięty prawie do ostatniego żołnierza w bitwie pod skałami ryczącego diabła, staraniem Gregoriusa został odbudowany. Regiment ten cieszył się zasłużoną sławą i poważaniem, zarówno u dowódców jak i prostych wojowników., Wojownicy Tygrysów podkreślali ,ze mając je u swojego boku, zawsze pewni są zwycięstwa, bowiem, gdy one stoją za nimi to wstyd im się cofać, a gdy tworzą pierwsza linię to ich zgrabne tyłeczki budzą w nich taki animusz bojowy ,ze żaden przeciwnik nie jest w stanie im sprostać. Zgodnie z naczelną zasadą Tygrysów.. wpierw trzeba rzetelnie wypełnić obowiązek wobec klanu i króla a później cieszyć się życiem. Więc po każdej bitwie cieszono się darowanym przez bogów życiem głośno wysławiając odwagę Tygrysic z X regimentu, ich waleczność i zapalczywość w bitwie jak i po niej. -Twoje podopieczne pojadą razem z Tobą jako wzmocnienie. Oto nominacja-kontynuował Georgius, ale słowa te jakby nie dochodziły do niej--.- Kobi!!! czy Ty mnie słuchasz???!!!!- krzyknął -tak Ekselencjo, proszę o wybaczenie, nie spodziewałam się takiego zaszczytu- odrzekła rumieniąc się Kobi -za 3 dni udasz się do warowni Uruzir leżącej na pograniczu z Imperium i Księstwem Zir.. Tam stacjonuje X Regiment. Wykorzystaj ten czas. Tu masz rozkazy i zlecenie do magazynów królewskich aby wyposażyć kadetki. Za dwa dni czekam na meldunek. Tak jest Gregoriusie- odpowiedziała prężąc się jak struna. Kobi nie mogła uwierzyć w to co przed chwilą usłyszała. Nieoczekiwany awans bardzo ją uradował, lecz rozkaz szybkiego wyjazdu do Uruzir mógł znaczyć tylko jedno. Wojna zbliżała się do granic królestwa wielkimi krokami. Wychodząc z gmachu rady ujrzała Stokrotessę stojącą w tym samym miejscu, w którym ja zostawiła. -i jak Pani kapitan???? Jedziemy na tę wojnę???- spytała dziewczyna -Po pierwsze Stokrociu, już nie Pani kapitan lecz regimentarz- odpowiedziała Kobi- a po drugie możesz się cieszyć. Dziś skończył się dla Ciebie i innych dziewczyn okres rekrucki. Od dziś jesteście wojowniczkami X Regimentu -aaaaaaaaaaaaa !!!! kochana Pani kap.....to znaczy Pani Regimentarz ,awansowała Pani!!!.. jak się cieszę! ...gratuluję!!!- krzyknęła uradowana Stokrotessa rzucając się Kobi na szyję. -oj uważaj chodząca puszko –krzykneła Kobi- to boli!!!!! Stokrotessa odskoczyła jak oparzona prężąc się regulaminowo i jak na komendę obie wybuchły śmiechem. Za chwilę pomaszerowały w kierunku placu ćwiczeń, na którym wciąż nieświadome swojego losu ćwiczyły pozostałe kadetki. Wieczorem w karczmie Pod Wesołym Tygryskiem panował tłok większy niż zazwyczaj. Najliczniejszą grupę gości stanowiły młode wojowniczki z X Regimentu Tygrysów. Dumne i szczęśliwe, ubrane w nowe barwy, wznosiły toast za toastem. Za króla!!!!...za Radę!!!! ,za Panią Regimentarz!!!! na pohybel Imperatorowi i tym zawszonym oryckim psom!!! za miłość i radość życia!!!!. Wraz z ilością wypitego wina duch bojowy wzrastał w nich tak, iż na całym znanym i nie znanym świecie nie było armii, która mogła by przeciwstawić się tym trzydziestu rozgorączkowanym dziewczętom. -a jak już nakopiemy orkom- krzyczała chwiejąc się Stokrotessa – jak już skopiemy tyłek imperatorowi to........................ -to co takiego Stokrociu, co takiego?????!!! –krzyczały śmiejąc się pozostałe -to .....to wydamy naszą kochaną Panią Regimentarz za najprzystojniejszego Tygrysa......a ja kupię sobie taka długą balową sukienkę w jakich chodzą księżniczki, urodzę dzieci i będę bardzo szczęśliwa- odpowiedziała zadowolona ze swojej wypowiedzi Stokrotessa -to aż tak długo każesz mi czekać Stokortesso na tego przystojniaczka- krzyknęła Kobi -przecież to może potrwać całe wieki -ależ kochana Pani Regimentarz- odpowiedziała rezolutnie Stokrotessa- jak imperator dowie się, że my idziemy na wojnę to sam wystawi swój tyłek abyśmy go kopały. Prawda dziewczyny???!!!! Wypowiedź Stokrotessy wywołała salwę śmiechu -a ja!!! A ja!!! –krzyczała mocno podchmielona Agusitressa – a ja tez sobie kupię przystojnego faceta i wyjdę za ........ -za śliczną długą balową sukienkę!!!!!!- zaintonowały zgodnym chórem rozbawione kadetki Kobi przypatrywała się tym wesołym zabawom i przekomarzaniom swoich podopiecznych Ich wesoły nastrój i optymizm udzielał się jej coraz bardziej. Czuła , że wino coraz bardziej uderza jej do głowy, ale rozumiejąc, że być może jest to ostatni taki beztroski wieczór postanowiła poddać się temu nastrojowi. Weszła na stół i zaintonowało jedną ze znanych piosenek Raz pewien facet ,mówię Wam a heja hej a heja hooo We mnie się zadurzył Lecz milczał wciąż Nie wiedząc wszak A heja hej a heja hooo do czego język służy że milczał trudno choć żal słów a heja hej a heja hooo z tym często się stykamy lecz czemu język facet ów a heja hej a heja hooo wciąż trzymał za zębami Pieśń ta wywołała kolejną kanonadę chichotów, śmiechu i żartobliwego utyskiwania nad nieznajomością rzeczy przez mężczyzn.. Za przykładem swojego dowódcy na stół wdrapała się Stokrotessa -dziewczyny!!!! Podajcie przynajmniej dwa powody, dla których orkowie nigdy nie pokonają X Regimentu??!!! Mów!!! nie wiemy!!!! Rozległy się podniecone i rozbawione głosy -powód pierwszy- kontynuowała Stokrotessa- oni tak śmierdzą, że można ich wyczuć na odległość i –tu Storotesa zrobiła bardzo tajemniczą minę i równie tajemniczym głosem kontynuowała – i można się przygotować do powodu drugiego -a jaki jest ten drugi powód???! Jaki jest??? Mów!!!- przekrzykiwały się nawzajem a drugi powód jest, powiedziała bym porażający. Bowiem ,gdy już nas ujrzą to nie są w stanie utrzymać w ręku broni, bo... –Stokrotessa uśmiechając się łobuzersko, zrobiła długą teatralną przerwę w swej wypowiedzi, bacznie wodząc oczyma po wszystkich zebranych i wybuchając zaraźliwym śmiechem zakończyła swoją wypowiedź słowami- ..bo ręce mają wtedy zajęte zupełnie czym innym. Wszak dziewczyny z X regimentu to najfajniejsze tyłeczki na świecie!!!!! Kolejna burza oklasków, gwizdów, pohukiwań potwierdziła fakt, iż publika w pełni zgadza się z ta opinią -a co Wam tak wesoło moje turkaweczki-zapytała zbliżająca się do ich stołu z kolejnym garncem wina Melanitessa- gdzie się Wam tak spieszy??? Tu macie jak za piecem u pana Boga....i po co Wam bidulki jechać gdzieś na koniec świata??? -jak to po co???!!! –odezwała się Stokrotessa – jak to po co kochana Pani Melanitesso???? Ale widocznie ilość wypitego wina zaćmił trochę jej umysł, gdyż zaniemówiła i osunęła się na swoje miejsce nie kończąc wypowiedzi -no właśnie po co????- kontynuowała Melanitessa –czy wam tu źle???? Ciepło, czysto i dużo przystojnych facetów. Po co Wam, moje turkaweczki włóczyć się po świecie i nadstawiać swoje zgrabne tyłeczki na strzały tych parszywych orków -bo my jesteśmy wojowniczkami X Regimentu- zawołała jedna z nich- bo musimy służyć królowi, radzie klanu i cieszyć się życiem Pani Melanitesso -chyba najbardziej chodzi Wam o to cieszenie się życiem –powiedziała Melanitessa puszczając perskie oko taaaaaaaaakkkkkkkkkkk zakrzyknęły zgodnym chórem i po raz kolejny tego wieczoru ściany karczmy zatrzęsły się od ich gromkiego śmiechu. Zabawa trwała do białego rana, póki ostatnia wojowniczka urągając imperatorowi i wszystkim wrogom królestwa nie osunęła się pod stół . Następne dni upłynęły Kobi w gorączce przygotowań do wyjazdu. A spraw, które powinna do tego czasu załatwić było mnóstwo. Od zafasowania odpowiedniego obuwia dla jej podopiecznych, aż po wybranie dla nich odpowiednich koni, uprzęży i uzbrojenia. Właśnie broń, którą otrzymały, krótkie miecze i lance, małe tarcze i lekkie skórzane kaftany wzbudziły u nich największy aplauz. Stokrotessa nie mogła zrozumieć, po co przez cały okres szkolenia kazano im zakładać ciężkie i niewygodne zbroje piechoty, a już do szewskiej pasji doprowadziła Kobi, gdy odrzuciła kolejny podany jej przez królewskiego zbrojmistrza hełm uzasadniając to tym, że nie jest jej w nim do twarzy. Mimo różnych problemów z jakimi się Kobi w tym czasie stykała wśród, których najbardziej denerwowała ją mnogość różnych papierów ,które musiała podpisywać,. niekompetencja i głupota królewskich urzędników, zgodnie z planem trzeciego dnia o świcie trzydzieści świeżo upieczonych wojowniczek X Regimentu wraz ze swoją Regimentarz opuściło Ashantii kierując się ku Urzir, ku swojemu przeznaczeniu. Życie w obozie toczyło się zgodnie z ustalonym porządkiem. Służby, patrole, ćwiczenia, odprawy, apele, czyszczenie ekwipunku. Początkowa nieufność okazywana Kobi przez oficerów regimentu powoli ustępowała. Na pewno istotną sprawą było to, ze Kobi swoją służbę zaczynała właśnie w tym regimencie i należała do elitarnego klubu wojowniczek ,które brały udział w bitwie pod skałą ryczącego diabła. Jej energia i sprawność z jaką pełniła swoje codzienne obowiązki zyskały ich aprobatę. Największym problemem ,jak to ma miejsce we wszystkich armiach świata, było docieranie i wtapianie się przybyłych tu razem z nią młodych wojowniczek. Weteranki, mając za sobą wieloletnią służbę, chciały wysługiwać się nimi, lecz one wcale nie zamierzały poddać się autorytetowi swoich starszych koleżanek i zamienić się potulne kocięta. Raz za razem dochodziło na tym tle do licznych spięć i burd. Kobi choć bacznie obserwowała ten zatarg, starała się w miarę możliwości nie interweniować. Zdawała sobie doskonale sprawę, że takie tu panują zasady i od jej podopiecznych w głównej mierze zależy jak długo weteranki będą na nich jeździć jak na łysej kobyle. Przyszłość pokazała, że nie długo. A to za sprawą Stokrotessy. Stokrotessa z Agisatrissą przechodziły przez obóz po skończonych zajęciach. Starały się uczynić to jak najbardziej niepostrzeżenie, aby nie wpaść w ręce sierżantom, które tylko czyhały na to aby znaleźć im jakieś zajęcie. Mijając ich namiot już mały odetchnąć z ulgą gdy nagle usłyszały głos sierżant Lenkodexy: -hej Wy dwie, podejdźcie tu na moment Dziewczyny na chwilę zmartwiały lecz nie widząc żadnych szans ucieczki podeszły do wzywającej ich sierżant -a co Wy tygrysiątka tak bez przydziału szwendacie się po obozie co???- spytała Lenkodexa -meldujemy Pani sierżant, ze właśnie skończyłyśmy zajęcia i udajemy się do swojego namiotu aby chwilę odpocząć- odrzekła Agusitressa -no koniec świata, nie za dobrze Wam tutaj??? –zdziwiła się Lenkodexa- jeszcze słońce na niebie a Wam się śni odpoczynek. Pokażcie sikoreczki swoje miecze sprawdzimy czy dobrze wyczyszczone i naostrzone. Widocznie oględziny musiały wypaść dobrze albowiem po chwili miecze wylądowały z powrotem w pochwach. Lenkdexa jeszcze raz spojrzała na nie i po chwili rzekła -hm no tak wyposażenie w granicach normy choć mogłybyście się trochę lepiej postarać. Ale skoro nie jest idealnie skoczcie do kuchni i przyniesie nam kociołek kawy -ależ pani sierżant- zaprotestowała Stokrotessa- Z tego co pamiętam ze szkoły kadetów, adiutant przysługuje oficerom a nie sierżantom. -nie Ty mnie będziesz uczyć co mi przysługuje a co nie przysługuje- warknęła wściekła Lenkodexa- marsz mi natychmiast do kuchni i nie chciała bym być w Waszej skórze, jeżeli za dwie zdrowaśki was tu nie zobaczę z kawą.. Cóż było robić. Chcąc nie chcąc Stokrotessa i Agusitressa odwróciły się i szybko pobiegły w kierunku kuchni . Po pewnym czasie wróciły spocone niosąc ze sobą kociołek pełen gorącej kawy -Pani sierżant- regulaminowo zameldowała się Stokrotessa – melduję dostarczenie kociołka kawy dla sierżantów -Grzeczne dziewczynki- odezwała się Lenkodexa napełniając swój kubek aromatyczną kawą- najważniejsze to dobra obsługa., prawda?? –rzekła zwracając się do swoich towarzyszek –znakomita kawa...hmm co za aromat. -była by jeszcze lepsza Pani sierżant , ale niestety Agusitressa była zbyt zestresowana i nie mogła się wysikać – z niewinna miną odparła Stokorotessa -coooooo????? Naszczałyście nam do kotła –wykrzyknęła Lenkodexa z obrzydzeniem wypluwając kawę -melduję posłusznie, że nie naszczałyśmy bo jak już powiedziałam Agusitressa była zbyt zestresowana- z rozbrajającą szczerością odparła Stokrotessa- ale bardzo cieszymy się, ze mimo to kawa Paniom smakuje. -Ty dziwko- krzyknęła wściekła Lenkodexa rzucając się na Stokrotesse. Za chwilę obie kobiety tarzały się po ziemi rwąc sobie włosy z głowy i sowicie obdzielając się wyzwiskami i pięściami. Odgłosy walczących kobiet przywołały w to miejsce inne wojowniczki. Próby rozdzielenia ich spaliły na panewce, a wypowiedziane przy tej okazji słowa i oskarżenia dolały oliwy do ognia. Na efekty tego nie trzeba było długo czekać. Po chwili walczyło już ze sobą kilkanaście kobiet. Nie wiadomo jak by się skończyła ta walka, gdyby nie interwencja Kobi i kilku oficerów regimentu, które nie żałując kopniaków, pięści i uderzeń pałek rozdzieliły walczących -co tu się dzieje do jasnej cholery- zakrzyknęła wściekłą Kobi –kto wszczął tę burdę???!!! Melduję Pani Regimentarz –odpowiedziała Lenkodexa ocierając krew z podrapanej twarzy –że to nie jest żadna burda. Ot ćwiczyliśmy z młodymi, walkę w zwarciu i trochę nas poniosło. -Ta tak- potwierdziła Stokrotessa starając się zatamować cieknąca z nosa krew- to takie nadplanowe zajęcia. Pani sierżant pokazywała nam, jak mamy się zachowywać podczas bitwy, gdy dojdzie do bezpośredniego starcia. -no, my tak sobie ćwiczyłyśmy -poparły Stokrotessę i Lenkodexe pozostałe Kobi jeszcze raz popatrzyła na ich podrapane twarze, pogryzione ręce, zmierzwione włosy, puchnące wargi, oczy i nosy. -widzę, cholera, że chyba macie za mało zajęć –odpowiedziała Kobi- tak więc od jutra dodatkowe zajęcia z taktyki walki. .A teraz się rozejść!!!!!!!!. Stokortesso zameldujesz się u mnie w namiocie. -poczekaj pieprzona flądro- na odchodnym jeszcze syknęła do ucha Stokrotessie Lenkodexa- jeszcze wpadniesz w moje ręce, a wtedy to twoja rodzona mamusia już Cię nie rozpozna. Pocałuj mnie sierżancie- odpowiedziała Stokrotessa, obdarzając Lenkodexe najsłodszym uśmiechem- ale zawsze możesz na mnie liczyć jeżeli chodzi o kawę. Kobi długo wpatrywała się na wyprężoną i nieruchoma jak pomnik Stokrotesse. Na jej twarzy rysowała się mina niewiniątko choć w oczach igrały wesołe iskierki, jak u dziecka któremu udało się spłatać komuś psikusa. -nasikałaś im w tę kawę???- spytała nagle Kobi -ależ Pani Regimentarz!!!!- zaprotestowała z udanym oburzeniem Stokrotessa walcząc z opanowującą ja falą histerycznego śmiechu –jakże mogłabym coś takiego uczynić??!!! Ja tylko chciałam przeprosić sierżant Lenkodexe, za to ze tak mitrężyliśmy z dostawą. Czy to jest moja wina , że Agisitressa nie mogła się wysikać a sierżant zinterpretowała to opatrznie?????? -jeszcze jeden taki wyskok- ucięła Kobi- a kara Cię nie minie. Cholera i co ja mam teraz z Tobą zrobić, Lenkodexa Ci tego nie daruje. Chyba mianuję Cię moim adiutantem, ale ostrzegam, jeszcze jedna taka awantura a rózgi posiekają Ci tyłek. Zrozumiałaś??!!! -tak jest Pani Regimentarz- krzyknęła z ulgą Stokrotessa- czy zrobić Pani kawę??!!! -wynoś mi się stąd pókim dobra- wykrzyknęła Kobi- i nie pokazuj mi się na oczy przynajmniej do jutra Stokrotessie nie trzeba było powtarzać dwa razy. Dzień powoli chylił się ku wieczorowi. Kobi czuła się bardzo zmęczona i senna. Właśnie skończyła pisać kolejny raport, który zamierzała jutro wysłać do Gregoriusa. Powieki same się zamykały a głowa z uporem wciąż opadała jej na piersi. Mimo, ze starała się usystematyzować i przefiltrować wszystkie informacje jakie uzyskała od powracających patroli to jednak coraz trudniej było jej zmusić się do logicznego myślenia. -odpoczęłaby Pani –powiedziała Stokrotessa, która właśnie weszła do namiotu- jak się tak będzie Pani tak przepracowywać to nie doczeka Pani tej wojny na którą nas wysłano -muszę wszystkiego dopilnować Stokrociu, sprawdzić każdą informację -nie mnie o tym decydować, ale myślę, że te informacje mogą trochę poczekać. Wygląda Pani jak strach na wróble. Proszę zjeść kolację, napić się kawy i przespać kilka godzin-rzekła Stokrotessa bezceremonialnie odsuwając na bok zalegające na stole papiery – bo co ja powiem panu Lancetoriksowi gdy się mnie zapyta, Stokrotesso jak dbałaś o moją Kobi, że tak mi zbrzydła???? No niech Pani Regimentarz samo powie co ja mam wtedy odpowiedzieć????? -dobrze, dobrze, nie zrzędź już –odrzekła Kobi jakby opędzała się od natrętnej muchy- postaram się Ciebie usprawiedliwić w jego oczach -zawsze tak jest z chłopami –niezrażona niczym Stokrotessa kontynuowała swoja wypowiedź- tylko im wojny w głowie a Ty kobieto siedź jak ta Penelopessa i więdnij z tęsknoty. Gdybym była facetem to ..........ale dość tego gderania.. proszę zjeść kolacje i natychmiast położyć się spać Stokrociu, nie męcz mnie proszę- cicho poprosiła Kobi -Pani Kobi a jak Wy się poznaliście????? –zapytała Stokrotessa Kobi uśmiechnęła się na do swoich myśli. W jej zmęczonych oczach rozbłysły radosne diabliki -Miałam wtedy 18 lat i po szkole kadetów służyłam w X Regimencie Lancetoriks przybył do naszego garnizonu razem z Niukotosem aby szkolić nas w sztuce walki mieczem. Musisz wiedzieć, że Niukotos był mistrzem nad mistrze a Lancetoriks -jego najlepszym uczniem. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam coś się ze mną zaczęło dziać. Krew jak szalona pulsowała mi w żyłach, nie mogłam złapać oddechu, na przemian robiło mi się gorąco i zimno. Nie mogłam od niego oderwać oczu. Starałam się być zawsze na tych zajęciach, które on prowadził. Ale cóż, ten drań wcale na mnie nie zwracał uwagi choć robiłam wszystko aby raczył mnie zauważyć. Od urojonego zwichnięcia kostki po nieudolne machanie mieczem, który raz nawet o mały włos nie rozciął mu głowy gdy niespodziewanie wyleciał mi z ręki. Do pasji doprowadzało mnie, to że on wciąż flirtował z wszystkimi kobietami ,które cały czas się do niego mizdrzyły, lecz nigdy ze mną. W końcu nie widząc innej możliwości, aby zostać zauważoną, wylałam na niego cały kocioł kawy. -hihihi i wtedy dopiero zwrócił na Panią uwagę. –spytała rozbawiona i zarazem zdziwiona tym opowiadaniem Stokrotessa -nie miał innego wyjścia, tym bardziej Stokrociu, że jeszcze tej samej nocy poleciałam do jego namiotu aby jeszcze raz przeprosić za swoją niezdarność. I nie muszę Ci chyba mówić, że nie musiałam się zbyt starać aby zostać tam do rana-powiedziała Kobi -musiałby być chyba głupcem albo pedałem aby nie przyjąć tak uroczych odwiedzin przecież my kobiety nigdy nie wybaczamy tego, gdy mężczyźni pomijają takie sytuacje –prawie dusząc się ze śmiechu powiedziała Stokortessa- ech gdyby Lancetoriks już wrócił do Pani to wtedy urządzilibyśmy takie weselisko, jakiego w Ashantii jeszcze nie było. A tym wszystkim pindom, które by za bardzo strzelały oczkami w jego kierunku, to ja już bym pokazała gdzie maja patrzeć -kiedy wróci tego nie wiem i nie wiem nawet czy wróci –odrzekła zasypiając Kobi
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Witolin jeszcze raz przeczytał pismo od Astymengatosa, w którym Wielki Kapłan w pełni podzielał jego ocenę sytuacji i dał mu carte blanche w działaniach mających na celu sprowadzenie do Zir zabójców karczmarza. Co prawda sytuacja trochę się skomplikowała od dnia, gdy przybył do Ashanti, ale nie na tyle aby uznać misje za niemożliwą do wykonania. Witolin odłożył pismo i z rozkoszą przyglądał się kielichowi napełnionemu do połowy znakomitym aszanckim winem. Podziwiał ,wystawiając kielich pod światło, doskonalą klarowność trunku i jego znakomity aromat. Delektując się jego smakiem jeszcze raz, systematycznie i wnikliwie ,odtwarzał w swojej głowie wszystko to co zdarzyło się od dnia gdy przybył do Ashanti. Ustalenie kim byli sprawcy tych zabójstw nie nastręczyło wielkich problemów. Zir posiadała tu rozwiniętą siatkę informatorów i szpiegów. Kupcy, karczmarze ,lokaje w salonach arystokratów , pokojówki w królewskim pałacu, kuchty w garnizonach klanów za kilka miedziaków chętnie donosili o wszystkich wydarzeniach. Praktycznie nic co działo się w Ashanti nie mogło ujść uwadze kapłanów. Dzięki tym drobnym szubrawcom już drugiego dnia po przybyciu do miasta znał imiona , życiorysy i rysopisy tych których szukał. Każdego wieczora znajdował szczegółowe raporty o tym co Wizzoteriks i jego dwie wilczyce robili przez cały dzień, z kim się spotykali, co mówili. Nawet szczegółowe stenogramy przesłuchań Wizzoteriksa i Lancetoriksa , przeprowadzone w największej tajemnicy przez władze Ashantii , zaledwie kilka godzin po ich zakończeniu leżały na jego biurku. Bogini mamona ,pomyślał Witolin, i jej córka chciwość oto są prawdziwi bogowie , którym służy rasa ludzka. Inni bogowie zostali zapewne stworzeni po to , aby uspokoić serca i sumienia ludzi. Witolin aż wzdrygnął się na tę obrazoburczą myśl i obiecał sobie w duchu, że po powrocie do świątyni złoży Bogini Zir ofiarę błagalną z prośbą aby nie ukarała go za takie herezje.. O ile ustalenie tożsamości było łatwe o tyle realizacja dalszej części planu była znacznie trudniejsze. Jakiekolwiek próby porwania ich, tu w stolicy Ashantii, pełnej żołnierzy , agentów tajnych służb Adreatosa, równały się samobójstwo. I dlatego tez informacja, że Wizzoteriks ma się udać do nadgranicznej twierdzy, była dla Witolina nad wyraz pomyśłną W Urzahi, spędził wiele dni aby ustalić dokładny plan zajęć tej trójki .Chyba bogowie im sprzyjają, pomyślał, gdy dowiedział się że misternie zaplanowana i sowicie opłacona zasadzka spaliła na panewce. Choć, krasnoludom udało się wybić prawie cały patrol którym dowodził Wizzoteriks to jednak jemu samemu udało się wyjść z tej matni i przepaść jak kamień w wodzie. Po oficjalnym ogłoszeniu ich śmierci, co z powodów dyplomatycznych Zir musiało uznać, napominany licznymi listami Astymengatosa, wielokrotnie przeszukiwał pobojowisko i okoliczne knieje aby odnaleźć zwłoki. Bezskutecznie. Teraz tylko należało cierpliwie czekać, aż Wizzoteriks i jego przyjaciółki wychylą się ze swoich wilczych nor. Wiedział, że nastąpi to wcześniej czy później a wówczas on będzie już na nich tam czekał. Zgodnie z rozkazami Astymengatosa , Witolin po zniknięciu wilków, baczną obserwacją objął Lancetoriksa. Z raportów znał doskonale jego historię, orientował się w przyjaźni jaka zadzierzgnęła się między nimi i mógł sądzić, że wcześniej czy później Lancetoriks może być tą osobą ,która doprowadzi go do jego łupu. Dużym zaskoczeniem dla Witolina było odkrycie, że Lancetoriks jest bacznie obserwowany i śledzony. Podejrzewał, że są to Ci sami ludzie ,którzy próbowali porwać go w karczmie i obawiał się , że ich działanie może pokrzyżować mu szyki. Z tych rozmyśłań wyrwało go pukanie do drzwi..Za chwilę do pokoju wszedł Schizofrenikus, jeden z jego żołnierzy -Panie, Smokodeus jest w burdelu u Beatriks. Zawsze siedzi tam do północy i zawsze wraca sam-rzekł Schizofrenikus -dobrze, odpowiednia pora abyśmy pogadali sobie z tym Panem. Czy zawsze wraca tą sama drogą?- spytał Witolin -tak Panie -w takim razie Schizofrenikusie weź sześciu ludzi i poczekamy sobie na niego w ciemnych ulicach Ashantii .Mam nadzieję że bogowie będą dla nas łaskawi i Smokodeus nie zmieni dziś trasy swojego powrotu lub nie zasiedzi się do rana . -rzekłeś Panie-odrzekł Schizofrenikus i wyszedł wypełnić rozkazy Zegar na wieży Ratusza już dawno wybił północ. Smokodeus zły na siebie samego za to ,że znów zasiedział się u Beatriks szybko przemierzał puste i ciemne ulice bacznie rozglądając się wokół i obserwując podejrzane zakamarki czy nie czają się tam bandyci. Choć z jednej strony rozum łajał jego bezmyślność i narażanie swojego życia na niepotrzebne niebezpieczeństwo to jednak serce wciąż go usprawiedliwiało. Bo czas w objęciach Esmitresy, najpiękniejszej kurtyzany tego przybytku mijał tak szybko i tak błogo. Smokodeus wciąż czuł odurzający zapach wonności którymi skropione było jej ciało, ciepło i słodycz jej ust. Chyba rzuciła na mnie jakiś urok ,pomyślał .Do Beatriks trafił zupełnie przypadkowo. Wściekły na impas w jakim się znalazł, nie mogąc dopaść sprawcy swojej hańby po suto zakrapianej kolacji odwiedził ten przybytek i został tam do rana. Odtąd był już tam stałym gościem. Od tego wieczora gdy po raz pierwszy zażył rozkoszy z Esmitresą w jego życiu zaszły kolosalne zmiany. Wizyta Chipodeusa, który o dziwo nie tylko nazwał go swoim najlepszym dowódcą ale chwalił jego nieustępliwość i pomysłowość w gonitwie za Lancetoriksem.. Wizyta ważnej osobistości z tajnych służb imperium i nieoczekiwany awans. Już nie był podłym strażnikiem niewolników lecz oficerem, któremu powierzono bardzo ważna dla bezpieczeństwa imperium misję dając nie tylko wolną rękę ale i odpowiednie fundusze, których cześć co wieczór zostawiał u Beatrix. Czasami sobie powtarzał, że za tym wszystkim stoi wpływ jego nowej bogini Esmitresy, jakby bogowie i opiekunowie jego rodu chcieli mu w ten sposób wynagrodzić wszystkie upokorzenia jakich dotychczas zaznał za sprawą Chipodeusa. Niech tylko wypełnię zadanie powtarzał sobie często w duchu to wypatroszę Chipa i nasikam na jego grób. I ta wizja zawsze poprawiała mu nastrój. Ashanckie kobiety i ich sztuka miłości to dla Smokodeusa był podstawowy powód aby podbić to królestwo. Jakże te kobiety były inne od tych które znał dotychczas. Czyste ,pachnące i umiejące robić takie sztuczki z mężczyznami ze już na samą myśl o tym czuł przyjemne mrowienie w okolicach swoich lędźwi. Ashanckie kobiety największy skarb tej ziemi, wart największych ofiar i największych starań. Z przyjemnych wizji wyrwał go widok dwóch zakapturzonych postaci wyłaniających się z mroku jednego zaułków i kierujących się w jego stronę. Cholera rzezimieszki zaklął pod nosem i natychmiast skręcił w najbliższa ulicę przyśpieszając kroku. Tajemnicze postacie w podążały w ślad za nim. Smokodeus rozejrzał się nerwowo wokół siebie i zmartwiał widząc kolejne dwa cienie zmierzające w jego stronę. Już teraz nie miał żadnych wątpliwości że nieopatrznie wpadł w zasadzkę urządzoną przez jedną z band zbójeckich .Wyjął swój sztylet i zaczął biec pustą ulica potykając się często o sterty śmieci zalegające na ulicy. W duchu przeklinał pomysł zamieszkania w tej podejrzanej dzielnicy i zachowania w tajemnicy swoich conocnych wizyt w przybytku Beatrix. Biegnąc obejrzał się za siebie. Odległość między nim a czterema napastnikami gwałtownie malała. Jeszcze tylko dwie przecznice i będę uratowany pomyślał skręcając w kolejną uliczkę. Po przebiegnięciu kilku metrów stanął jak skamieniały. U jej wylotu ujrzał trzy majaczące postacie. Znalazł się w potrzasku. Smokodeus zatrzymał się owijając na lewej ręce swój płaszcz i gotując się do niechybnego starcia z napastnikami. W pewnej chwili napastnicy stanęli, a jeden z nich, zapewne herszt pozdrowił go po imieniu -my się znamy? –spytał zdziwiony Smokodeus -nigdy nie byliśmy sobie przedstawienie, ale ja znam Cię dość dobrze-odrzekł nieznajomy -słuchaj ,jeżeli ktoś zapłacił Wam abyście mnie zabili to ja dam Wam dwa razy tyle jeżeli mnie poniechacie-rzekł Smokodeus -gdybyśmy chcieli Cię Smokodeusie zabić, już byś leżał w rynsztoku dusząc się własną krwią. Chciałbym z Tobą zamienić kilka słów i złożyć Ci pewną propozycję-spokojnie rzekł nieznajomy -pogadać zawsze można, ale wpierw każ swym zbójom odstąpić na pewna odległość tak abym nie bał się; że podczas tej rozmowy wbiją mi sztyletu w plecy-rzekł stanowczo Smokodeus -dobrze-odrzekł nieznajomy i za chwilę pozostali napastnicy cofnęli się do wylotu ulicy -wiec czego ode mnie chcesz-spytał Smokodeus Nieznajomo przez chwilę obserwował Smokodeusa chcąc upewnić się , że nie szykuje mu niemiłej niespodzianki a po chwili rzekł -Schowaj sztylet Smokodeusie bo i tak gdybym chciał Cię zabić on Ci nie pomoże. Interesujesz się pewnym człowiekiem, który znalazł się również w centrum mojego zainteresowania. Co prawda moje zainteresowanie nim wynika z zupełnie innych powodów niż Twoje ale obawiam się ze możesz mi popsuć moje plany. Więc proponuję Ci abyśmy zawarli przymierze korzystne dla nas obu -interesuje się ???a kim??- spytał się Smokodeus -nie udawaj idioty Smokodeusie. Mówię o Lancetoriksie, którego ścigasz od dnia jego ucieczki z niewoli i którego chcesz zabić. Generalnie jego życie jest dla mnie tyle warte co ubiegłoroczny śnieg, ale ...-nieznajomy na chwilę przerwał swoją myśl- ...ale aktualnie jest on dla mnie bardzo ważny żywy i dlatego proponuję Ci zawarcie układu.. Utrzymamy przy życiu i na wolności Lancetoriksa tak długo aż doprowadzi mnie do tych których szukam a później rób sobie z nim co chcesz -aaaa teraz rozumiem-odrzekł z ulgą Smokodeus – szukasz Wizzoteriksa i tych dwóch jego suk. Zatem widzę, że mam przyjemność z agentami Zir. -Jestem pełen podziwu dla Twojej inteligencji Smokodeusie i dla sprawności służb imperium-odrzekł nieznajomy -nie lubię jak się ze mnie kpi-odrzekł blednąc ze złości Smokodeus –a poza tym może byś się przedstawił abym wiedział czy gadam z godnym siebie -jestem Witolin- odrzekł nieznajomy- setnik straży osobistej Wielkiego Kapłana Świątyni Zir -a co będzie jak się nie zgodzę na Twoją propozycje?- -nie zapominaj Smokodeusie, ze jesteś współwinny tej masakry a wiesz że kapłani nie darują nikomu kto przyczynił się do rozlewu krwi podczas świąt. I nawet gdybyś był wysokim dygnitarzem imperium nasza zemsta w końcu Cię dosięgnie .Ale jeżeli zgodzisz się na moja propozycję to jesteśmy skłonni darować Ci tę zbrodnię -jakie mam gwarancję że dotrzymasz słowa? -żadnych. Masz tylko moje słowo, którego jeszcze nigdy nie złamałem. Poza tym to daje mnie gwarancję Twojej lojalności wobec mnie i gdybyśmy tropiąc Lancetorriksa znaleźli się na ziemiach imperium polisę na życia dla mnie i moich ludzi-odrzekł Witolin -w takim razie nie pozostaje mi nic innego niż zgodzić się na te współpracę .Ale stawiam jeden warunek. O życiu lub śmierci Lancetoriksa ja decyduję, I nawet gdyby to kolidowało czasowo z Twoimi interesami nie pojmiemy lub nie zabijemy ich dopóki nie wyrażę na to zgody - Już powiedziałem Ci, ze nie zależy mi na nim tylko na tamtych. W takim razie zapraszam Cię jutro do mnie na obiad, abyśmy mogli spokojnie i bez zbędnych uszu omówić szczegóły naszej współpracy. W południe zjawi się u Ciebie mój człowiek. Po wypowiedzeniu tych słów Witolin odwrócił się i zniknął w ciemnościach. Słońce powoli wschodziło nad mieniącymi się barwami zieleni połaciami ziemi niczyjej, ozdobionej niczym królewska korona szlachetnymi kamieniami, granatem chabrów, czerwienią dzikich maków i żółcią żonkili. Na licznych wzgórzach bieliły się kwiaty akacji i jaśminów. Czerń cierniowych krzewów jaskrawo odbijała się od błękitu nieba rozświetlonego złotymi promieniami wschodzącego słońca. Dzień zapowiadał się ciepły. Przez ten ocean zieleni przemierzała kawalkada jeźdźców. Już na pierwszy rzut oka widać było, że nie jest to karawana kupiecka ,które często przemierzały te okolicy, pokonując stary kupiecki szlak od Banghazi ,stolicy imperium do miast królestwa Nie tylko brak jucznych zwierząt obciążonych pakunkami świadczył o tym. Choć nie nosili pancerzy, nie posiadali chorągwi i proporców i nie wszyscy z nich posiadali miecze czy łuki, to na w ich zachowaniu i szyku widać było wzorowy porządek wojskowy. Przodem jechało sześciu wojowników tworzących straż przednią za nimi ,dwójkami, jechała główna grupa. Orszak zamykała straż tylna. Kolumnę prowadziło dwóch mężczyzn. Pierwszy z nich wyraźnie wyróżniał się od pozostałych nie tylko wzrostem i starannie ufryzowanymi czarnymi włosami, ale również rzucająca się w oczy chudością. Jego nienaturalnie długie i chude nogi prawie dotykały ziemi, tak że obserwator mógł odnieść wrażenie że człowiek ten nie jedzie konno lecz idzie mając pod sobą konia . Drugi z jeźdźców, o krótkich jasnych włosach i muskularnej sylwetce, w ruchach i gestach zdradzał swoją przynależność do kasty wojowników Przez cały czas jeźdźcy Ci żywo dyskutowali ze sobą -więc myślisz Smokodeuszie- rzekł drugi z jeźdźców- że Lancetoriks zaprowadzi Cię do Kisoah? A skąd ta pewność ,że takie dostał polecenia i taki jest cel jego podróży? -Witolinie –odrzekł Smokodeus –wciąż nie doceniasz wiernych sług imperium. Nie tylko kapłani z Zir mają swoich informatorów w Ashanti Nasi informatorzy potwierdzili doniesienie, że głównym celem Lancetoriksa jest nawiązanie kontaktów z Kisoah i jej buntownikami. Adreatos rozpaczliwie chce utworzyć koalicję zdolną do przeciwstawienia się naszemu atakowi , które zapewne niedługo nastąpi, a jak wiesz Lancetoriks jest w tej chwili jedynym człowiekiem ,którego Kisoah przyjmie na audiencji Poza tym, gdyby chcieli zaatakować dolinę śmierci i odbić swoich pobratymców to zapewne wysyłano by silny oddział nie tylko jego samego. -niczego nie można zakładać a priori Smokodeusie- odrzekł Witolin- znam doskonale tych których ścigamy. Są na tyle szaleni i przebiegli ,że mogą pokusić na taki atak. Poza tym, Ci którzy pozostali w dolinie śmierci, to wciąż groźni wojownicy i tylko daj im miecz do ręki a sam się o tym przekonasz. -nie wiesz co mówisz Witolinie- roześmiał się Smokodeus- dolina śmierci jest naturalna twierdzą. Otaczają ja nieprzebyte bagna pełne węzy i żmij a do doliny wiedzie tylko jedna droga. I nie zapominaj, że w dolinie zawsze stacjonuje tysiąc żołnierzy. Atak na dolinę nawet setki wojowników to jest samobójstwo. Nawet dla oddziału tygrysów. A Ci ,którzy są w naszej mocy mają na rękach kajdany. Próbowałeś kiedykolwiek walczyć mieczem mając spętane kajdanami ręce Witolinie??? -nie doceniasz przeciwnika Smokodeusie, a to zazwyczaj później przeradza się w klęskę. -ha ha ha –zaśmiał się w głos Smokodeus- mój dziadek mawiał zawsze tak, jeżeli chcesz wytrzebić stado lisów to złap jednego z nich, zaraź go dżumą i puść wolno. Lis mimo ,ze chytra sztuka zawsze wróci do stada. Resztę załatwi choroba. Więc łancetoriks jest właśnie tym zarażonym lisem.....stadem jest Kisoah i jej wojownicy...dżuma zaś...... -dżumą zaś będziesz Ty Smokodeusie i Twoi wojownicy-przerwał mu Witolin -dokładnie tak!!!. Lancetoriks będzie żył tak długo dopóki, dopóty nie spotka się z Kisoah. A później nawlekę go na pal, a z tą elficką dziwką zabawię się cała noc nim odprowadzę ją i rzucę do nóg imperatora Około południa do Smokodeusa podjechało dwóch zwiadowców _Panie-rzekł jeden z nich – znaleźliśmy obozowisko. Ślady wskazują na 4 jezdnych. Opuścili je rano i skierowali się w kierunku ziemi demonów, .jeden z koni należał do Lancetoriksa. -Tfu na psa urok- splunął Smokodeus- widać ,że bardzo im się spieszy. Ciesz się Witolinie,. Twoje zguba się odnalazła. Pojedźmy tam, zobaczymy co nam powiedzą okoliczne krzaki o ich zamiarach. Smokodeus raźnie popędził konia i cała kolumna udała się za prowadzącymi zwiadowcami. Na miejscu Smokodeus bardzo długo i dokładnie badał teren , aż w końcu rzekł do Witolina -jadą jednak do Kissoah i wśród nich na pewno są Ci których szukasz. Ale pamiętaj Witolinie zaatakujemy wtedy, gdy ja uznam to za słuszne. -czyżby te krzewy Ci o tym doniosły Smokodeusie? –zakpił Witolin- mogę trochę poczekać. Wielki Kapłan nakazał mi współdziałać z Tobą. Nie chcemy mieć złych stosunków z imperium.. Kierujemy się za nimi do ziemi demonów?? -nie ma takiej potrzeby. Trochę nadłożymy drogi i wyjedziemy im naprzeciw, jednocześnie uprzedzając wszystkie posterunki aby dawały baczenie i informowali o ich trasie. Ruszajmy. Jechali przez wiele dni, mijając małe miasteczka ,wsie i niewielkie osady. Lecz nikt nigdzie nie słyszał o czwórce osób podobnych do poszukiwanej przez nich grup, W końcu dojechali do podnóża gór elfickich. Smokodeus natychmiast odwiedził dowódcę garnizonu. Wrócił wściekły i blady. -dwa dni temu-rzekł do Witolina- była tu bitwa. Garstka wojowników, którzy zeszli z gór stoczyła walkę w kanionie. Jeżeli wierzyć temu durniowi komendantowi garnizonu było ich pięciu i wszyscy zginęli skacząc w przepaść. Musimy to sprawdzić sami. Natychmiast udali się tam ,gdzie odbywała się bitwa. lustrując każda piędź ziemi , sprawdzając każdy kamień. Następnie znanym tutejszym zwiadowcom szlakiem zjechali na dno przepaści. -z tego co mówił ten dureń komendant-kontynuował swoją wcześniejszą wypowiedź Smokodeus –nie znaleziono ciał. Więc istnieje szansa ,że żyją Nie pozostaje nam nic innego jak zaczaić się na nich na terenach elfów. Jeżeli żyją to na pewno się tam zjawią -a jeżeli jednak ich celem jest jednak dolina- zapytał Witolin -ha ha ha –roześmiał się Smokodeus –dolina śmierci leży na dawnych ziemiach elfów, tam gdzie toczy się wciąż wojna z Kisoah. Jeżeli tylko żyją to na pewno się o tym dowiemy.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Wędrówka przez góry trwała już kilka dni. Powoli wydarzenia z ziemi demonów stawały się coraz odleglejsze i nie przywoływały już obrazu dziwomiszów, gdy nagle z krzaków wyleciał ptak czy tez wybiegł zając. Przemierzali strome, porośnięte puszcza stoki, Schodzili w doliny, przekraczali przełęcze, przejeżdżali przez bystre górskie potoki. Wielokrotnie musieli zawracać gdy ścieżka którą się poruszali nagle kończyła się głęboką przepaścią lub wąwóz zamykała pionowa i niedostępna ściana .Jednak godzina po godznie, dzień po dniu zbliżali się do bogatych i gęsto zaludnionych ziem oryckich. Lancetoriks z Wizzoteriksem zastanawiali się jak powinni się zachowywać gdy zejdą z gór i co powinni zrobić aby ich grupa nie wzbudzała niepotrzebnego zainteresowania orków. Przed zjednoczeniem przez Chamodeosa zwanego Wielkim, wszystkich plemion orków, tereny przez które teraz przejeżdżali zamieszkałe były przez elfy leśne. Gdzieniegdzie jeszcze ślady ich siedlisk wyraznie odbijały się od skołtunionej kniei. Jednakże po przegranych 3 wojnach elfickich ziemie te stały się terenem polowań na elfow i w konsekwencji bardzo szybko stały się obszarami nie zamieszkałymi. Być może, w samym sercu tej puszczy ,w jej mateczniku istniały jakieś osady , ale zapewne były tak zakonspirowane przed okiem ludzkim iż w praktyce niedostrzegalne i tak chronione przez ich mieszkańców że wyprawy często zapuszczających się tu łowców niewolników nie miały szans dopaść ich mieszkańców a samotni śmiałkowie przemierzający niedostępne knieje nigdy z niej nie wychodzili. . Zapadał już wieczór i zmęczeni całodniowym marszem podróżnicy wyglądali odpowiedniego miejsca na rozbicie obozowiska ,gdy Wizoteriks zwrócił się do Lancetoriksa -od dwóch dni ktoś za nami jedzie -jedna osoba czy więcej- zapytał zaniepokojony Lancetoriks -nie wiem-odrzekł Wizzoteriks- musimy to sprawdzić. Może to być zupełny przypadek, może to jakiś zbłąkany kupiec lub myśliwy ale nie należy wykluczyć i tego ze jest to oddział orków patrolujący te okolice. -daleko są od nas-ponownie zapytał Lancetoriks -jeżeli nie mylę dzieli nas od nich około ćwierć dnia marszu.. Będziemy jechać tak długo aż się ściemni, a później cofniemy się i spróbujemywyśledzić ich obozowisko. Jeżeli to ze jadą za nami jest zupełnie przypadkowe to łatwo je znajdziemy, jeżeli mają wobec nas wrogie zamiary to będzie to trochę trudniejsze -a nie lepiej ukryć się i poczekać na nich. Jakby co zaskoczenie daje nam dużą przewagę -myślisz ze byliby takimi głupkami aby bez wysłania zwiadu pakować się pod nasze miecze? Albo wyśledzą nasze obozowisko i zaatakują w nocy , albo wyminą nas i urządzoną zasadzkę -rzekł Wizzoteriks -a czy my nie pakujemy się ewentualnie pod ich?? -Oni nie wiedzą ze my wiemy i to daje nam przewagę -a nie lepiej po prostu ich zgubić? -już próbowałem -w takim razie masz rację trzeba to sprawdzić.-skończył rozmowę Lancetoriks Zapadł zmrok. Wizzoteriks zjechał ze ścieżki którą jechali przez cały dzień. Konie ukryli głęboko w lesie, a sami, cicho jak nocne drapieżniki, zachowując jak najdalej idące środki ostrożności, wyruszyli przez knieję. Pogoda na tego typy wyprawę była wymarzona. Księżyc był w nowiu, tak więc widoczność była ograniczona zaledwie do kilku metrów. Przodem szedł Wizooteriks, za nim poruszały się Iguanessa z Gosiatriks. Kolumnę zamykał Lancetoriks. Po prawie dwugodzinnym marszu Wizzoteriks dał znak aby pochód się zatrzymał. W jednym momencie wszyscy stanęli zlewając się z otoczeniem. Wizzoteriks wskazał przed siebie. W odległości 100 kroków od nich jarzyło się małe ognisko. Lancetoriks jeszcze raz w duchu podziwiał zmysł Wizzoteriksa. Nie tylko z zachowania lasu wywnioskował , ze są śledzeni ale i teraz wiedziony siódmym zmysłem bezbłędnie nakierował ich na to miejsce. Wizzoteriks kazał im zostać na miejscu ,a sam bezszelestnie jak wilk podkradający się do swojej ofiary skierował się w kierunku dopiero co odkrytego obozowiska. Po pewnym czasie, który dla oczekujących wydawał się wiecznością, powrócił -jest tylko jedna osoba-szepnął -myślę, ze należałoby pogadać z nią. Skoro idzie naszymi śladami to znaczy ze wie o nas zbyt dużo. A to może okazać się bardzo niebezpieczne na przyszłość. Być może jest to szpieg imperium. Trzeba z nim zrobić porządek-odrzekł Lancetoriks i wymownym gestem pokazał co trzeba zrobić Powoli przesuwając się od drzewa do drzewa od krzaka do krzaka znaleźli się na granicy małej polanki gdzie wciąż jarzyło się ognisko. Podeszli pod wiatr więc nawet koń który był uwiązany zaledwie kilka kroków od nich nie wyczuł ich obecności Najciszej jak mogli wydobyli z pochew miecze i sztylety i na znak Wizzoteriska rzucili się na śpiącego i niczego nie spodziewającego nieznajomego. Jakże wielkie było ich zaskoczenie ,gdy okazało się ze legowisko jest puste. Zrozumieli ,że atak się nie udał i że sami wpadli w pułapkę. Padnij.... strzała... –krzyknął Lancetoriks dostrzegając kątem oka zamazaną sylwetkę łucznika. Wypuszczona strzała z furkotem przeleciała niespełna 3 centymetry od jego twarzy . Wszyscy padli jak na komendę a za chwilę rozbiegli, kryjąc się ciemnościach lasu. Myśliwy stał się zwierzyną, a zwierzyna myśliwym, pomyślał Lancetoriks kierując się powoli w kierunku miejsca gdzie ostatnio zamajaczyła mu sylwetka łucznika. Serce dygotało mu jak szalone, wszystkie zmysły wyostrzone były do granic możliwości .Lancertoriks wytężał oczy, wsłuchiwał się w każdy odgłos lasu. Lecz niczego nie mógł dostrzec. Wokół panowała martwa cisza/ Miejsce gdzie jeszcze przed chwilą majaczyła postać łucznika było puste. Nagle znów bzyknęła strzała. Odgłos grotu wbijającego się w pień drzewa zlał się z przekleństwem Gosiatriks. Lancetoriks zrozumiał, że mają przed sobą wymagającego przeciwnika i świetnie wyszkolonego wojownika. W pewnej chwili cały świat jakby zawirował mu przed oczyma, Lancetoriks zamknął oczy przysiadając przy pniu drzewa i głęboko zaczął wdychać aromatyczne przepojone wonią żywicy powietrze, gdy i tuż nad jego głową w drzewo wbiła się kolejna strzała. Cholera ,pomyślał Lancetoriks, jak tak dalej pójdzie wystrzela nas jak kaczki. Otworzył oczy i zmartwiał. Wokół było jasno jak w dzień. Co prawda otaczający go świat jawił się mu barwach szarości, ale on widział z niezwykła wprost ostrością tak, że mógł dostrzec wija pełzającego po gałęzi krzewu kilka metrów od niego. Ki diabeł ,czyżby las zajął się od pozostawionego na polanie ogniska pomyślał Lancetroiks, lecz nie było czasu na snucie dalszych myśli. Kątem oka zauważył szybującą w jego kierunku kolejną strzałę. Błyskawicznie zerwał się u ukrył za odległym o dwa metry pniem stuletniej sosny. Manewr ten znów wprawił go w osłupienie. Jego ruchy nie były ruchami człowieka. Miękkie ,sprężyste , precyzyjne i błyskawiczne jak ruchy..........zmieniłeś się w prawdziwego Tygrysa Lancetoriksie, usłyszał w swojej głowie głos Niukotosa. Lancetoriks uważnie rozejrzał się wokół. W odległości kilku kroków od niego, pod osłoną zbawczych gałęzi jałowca z najeżonymi włosami, szczerzące swoje kły ,przyczajone i gotowe do natychmiastowego ataku skryły się dwie wilczyce: Iguanessa i Gosiatriks. Bardziej na prawo od niego zauważył Wizooteriksa pełzającego po ziemi i bacznie wyglądającego miejsca gdzie skrył się napastnik. Lancetoriks jeszcze raz rozejrzał się wokół szukając tym razem kryjówki łucznika. W końcu go znalazł, skrytego za pniem drzewa, dokładnie w połowie drogi między nim a Wizzoteriksem. Ruszył w tym kierunku . Przesuwał się jak duch, cicho i bezszelestnie. Nie zdradziła go nieopatrznie dotknięta gałąź czy trzask suchego patyka. Jesteś tygrysem .wciąż jak echo brzmiały w jego głowie słowa Niukotosa, jesteś tygrysem powtarzała podświadomość. Lancetoriks zmrużył oczy, nie chcąc aby ich blask zdradził jego położenie i zaczął zbliżać się do napastnika. Po paru chwilach znalazł się tak blisko ,że mógł go dotknąć ręką i wtedy runął na niego. W jego uszach zamiast tryumfującego okrzyku bojowego klanu, zabrzmiał gardłowy pomruk atakującego tygrysa. Lancetriks ufny w swoją przewagę zaatakował od tyłu i ku swemu olbrzymiemu zaskoczeniu nagle przeleciał nad niespodziewającym się niczego łucznikiem i z hukiem opadł na ziemie. Natychmiast się zerwał i w ostatniej chwili sparował cios sztyletu . Kontratak był tak błyskawiczny iż tylko cud ,a być może tajemnicza przemiana sprawiły ,że sztylet nie przebił jego piersi .Lancetoriks okręcił się wokół własnej osi i znów zaatakował. Dwa jego ciosy zostały sparowane i gdy zamierzał zadać trzeci otrzymał potężny cios noga w krocze. Fala bólu na moment sparaliżowała go. Walczący z nim napastnik chciał wykorzystać chwilową wymuszoną przez niego przerwę w walce aby skryć się w ciemności i gęstwinie krzaków ,gdy napadły na niego Iguanessa i Gosiatriks. Przez moment ciała pomieszały się , zawirowały w morderczym tańcu, a wokół nich rozbłysła feria błysków sztyletów .Tajemniczy łucznik błyskawicznie odparował wściekły atak wilczyc, wyskoczył w górę chwytając się jedną ręka za gałąź drzewa i dwa potężne ciosy nóg odrzuciły atakujące wojowniczki o kilka kroków od niego. Wykorzystując moment chwilowej przewagi znów chciał zbiec lecz cios Wizzoteriska powalił go na ziemię i pozbawił świadomości. Wszyscy rzucili się na bezwładne ciało nieznajomego wykręcając mu ręce i błyskawicznie krępując. Po chwili niebezpieczeństwo minęło. -zanieśmy go do ognia-rozkazał Wizzoteriks- trzeba mu się lepiej przyjrzeć Iguanessa dołożyła suchych gałęzi do ognia ,rozdmuchując większy płomień. W jego świetle napastnik nie przedstawiał się już tak imponująco jak podczas walki. Była to osoba niskiego wzrostu, o filigranowej budowie, czarnych krótkich kręconych włosach i zadartym nosku. Spod rozdartej w walce bluzy wyglądały dwie małe , krągłe jak jabłuszka piersi -cholera jasna przecież on...ona jest kobietą –wycedził zaskoczony Wizzoteriks -powiedział bym więcej –wtrącił Lancetoriks- jej powierzchowność wskazuje na to , że jest elfem Przez dłuższy moment wszyscy bacznie przyglądali się mizernej posturze jeńca, podziwiając biegłość jaką się wykazała w stoczonej walce. -i co teraz z nią zrobimy-zapytał sam siebie Wizzoteriks –puścić jej nie możemy bo nie wiemy komu służy, a zabranie jej ze sobą ,gdy już zejdziemy z gór, może narazić nasza misję na poważne niebezpieczeństwo -poderznijmy suce gardło i zakopmy tu-rzekła wściekła Gosiatriks rozcierając zapuchnięte oko. I jakby chcąc pokazać, że jest to najlepsze rozwiązanie sytuacji w jakiej się znaleźli wyjęła swój sztylet i ruszyła w stronę elfki. -stój Gosiatriks!!!- rozkazał Lancetoriks – na to zawsze przyjdzie czas. Ona jest elfem ,a my właśnie po to tu przybyliśmy ,aby skontaktować się z elfami i aby być wysłuchanym przez ich królową Kisoah. Musimy wpierw dowiedzieć się kim ona jest i dlaczego nas śledziła. -dobrze, dobrze- odpowiedziała zrezygnowana Gosiatriks przykładając do zapuchniętego oka klingę swojego sztyletu- ale nie myślcie ze będę ją torturować. Na to jestem zbyt delikatna -Iguanesso- rozkazał Wizzoteriks- przyprowadź jej konia. Gosiatriks - Ty przeszukaj jeszcze raz elfkę oraz jej juki.. Do obozowiska dotarli o brzasku. Szybko odnaleźli swoje konie i ruszyli w dalszą drogę. Po godzinie jazdy , w małym wąwozie przez który płynął niewielki strumyk Wizzoteriks zarządził postój. Szybko rozpalili niewielkie ognisko i spożyli śniadanie. Dzień zapowiadał się piękny i słoneczny, tak więc mogli sobie pozwolić na dłuższy niż zazwyczaj postój. Ich jeniec już dawno odzyskał przytomność i spoglądał na swoich oprawców z nieukrywaną nienawiścią. -czas by było pogadać z naszą sikoreczką –rzekł Wizzoteriks przełykając ostatni kęs jedzenia – ciekawe czy powie to co chcemy wiedzieć po dobroci czy tez będziemy musieli jej trochę w tym pomóc Razem z Lancetoriksem podeszli do elfki. Wokół niej porozrzucane były kawałki mięsiwa, świadectwo nieudanej próby jej nakarmienia. -kim jesteś i dlaczego za nami jechałaś-spytał się Lancetoriks- komu służysz? Odpowiedziało mu milczenie i nienawistne błyski w oczach skrępowanej elfki. Lancetoriks nie chciał ujawniać przed nieznajomą kim są i co ich sprowadza w tak niedostępne i nieprzyjazne tereny, nie mając pewności czy ona jest wojowniczką Kisoah czy też sprzedajnym elfem wysługującym się imperium, -słuchaj- odrzekł spokojnie Lancetoriks przysuwając się bliżej jej twarzy- nie jesteśmy wrogami elfów i nie mamy wobec Ciebie wrogich zamiarów, ale bardzo nam się nie podobało ,że nas śledzisz i dlatego chcielibyśmy wiedzieć dlaczego? Elfka popatrzyła złym wzrokiem na Lancetoriksa a następnie splunęła mu w twarz. Przyglądająca się tej scenie Gosiatriks zachichotała cicho i przejechała palcem po gardle, jakby chciała podkreślić ,że od wczorajszej nocy nie zmieniła zdania w kwestii rozwiązania tego problemu. Lancetoriks spokojnie wytarłł twarz i spytał się jeszcze raz -mów kim jestes i dlaczego nas śledziłaś? Odpowiedziało mu powtórne splunięcie. Tego już było dla Lancetoriksa za dużo. Nie namyślając się uderzył elfkę z całej siły w twarz tak, że straciła przytomność -Cholera- zaklął Lancetoriks- jakbyśmy ją wczoraj zabili nie było by tego kłopotu. -Nie ładnie, Lancetoriksie, nie ładnie –powiedział wyraźnie rozbawiony Wizzoteriks –rycerz nie bije kobiety.. Pozwól ,że ja się zajmę tym przesłuchaniem. -czy mam rozgrzać jakieś żelazo Wizzoteriksie- flegmatycznie zapytała Iguanessa -nie nie trzeba. Myślę, że jest na nią zdecydowanie lepszy sposób aby zaczęła mówić. Zaraz wracam a Wy ocucicie ją .I bardzo Cię proszę Lanc nie bij jej już Po chwili powrócił skrywając coś pod koszula. Podszedł do elfki i ponowił pytanie Lancetoriksa -czy zechcesz nam wyjaśnić dlaczego śledziłaś nas -spytał łagodnym głosem, a wobec braku odpowiedzi wsunął rękę pod koszulę i wyjął z niej wielką , tłustą mysz i przystawił ją bliżej elfki., która widok gryzonia cofnęła się przerażona a z jej ust posypał się grad nie wyszukanych przekleństw i wyzwisk -wy pieprzeni łowcy, wy koniobijcy, poparańcy obsrani ..Wy imperialni dupodajcy.....chcecie wiedzieć czemu za wami jechałam to wam powiem.. jechałam.... aby wypruć Wam flaki a wasze tyłki wystawić na pastwę i uciechę tutejszych niedźwiedzi....weź tę mysz ode mnie kozi wypierdku.......i lepiej teraz mnie zabijcie bo tak długo jak żyje wasze życie nie jest warte funta kłaków......przegryzę wam gardła a z jąder ugotuję gulasz... Wizzoteriks z zadowoleniem uwolnił mysz i zwrócił się do Lancetoriksa -widzisz z kobietą, nawet gdy jest wojownikiem , nie wolno rozmawiać z pozycji siły lecz trzeba szukać jej słabej strony. Myślę, ze nie powiedziała by nam tego nawet gdybyśmy ją żywcem przypiekali, a mysz jeszcze mnie nigdy nie zawiodła. -a co by było gdybyś nie znalazł myszy-spytał się Lancetopriks -poderznąłbym jej gardło- spokojnie odpowiedział Wizzoteriks – a tak przynajmniej wiemy, że podobnie jak my nie jest sympatyczką orków. Następnie zwrócił się do ciskającej wciąż nowe przekleństwa elfki -zamknij swoją buziunię bo zaczynam tracić dobry nastrój. Wiedz ,że nie jesteśmy ani łowcami niewolników ani poddanymi najjaśniej tu panującego imperatora i na teraz wystarczy Ci tych informacji Po krótkim namyśle Wizzoteriks zwrócił się do pozostałych -pojedziemy przez niziny udając łowców niewolników zmierzających do Baghazi. Nasza miła elfka będzie najlepszym świadectwem naszej profesji. Ale niestety miła Pani- rzekł zwracając się do jeńca- dopóki nie poznamy się lepiej musi Pani pozostać pętach. Iguanesso pilnuj naszego gościa, a gdyby próbowała uciec lub w nieodpowiednim momencie się odezwać zrób użytek z miecza. A teraz w drogę. W południe wjechali w rozległa dolinę. Jej zbocza pokrywała bujna zielona trawa, poprzecinana tarasami wapiennych skał. Gdzie nie gdzie wystrzeliwały w górę smukłe sosny i srebrzyste świerki a w oddali na jednym ze stoków majaczyły się kontury szałasu pasterzy owiec. Przez dolinę przebiegała szeroka ,dobrze utrzymana droga. Wizzoterisk z kompanią skierowali konie ku niej powoli zjeżdżając powoli w dół. . Przy niewielkim strumyku, którego źródło biło opodal, Wizzoetriks zarządził krótki popas. Szybko napojono konie i dano im obroku. Iguanessa rozdała wszystkim po podpłomyku i kawałku zimnego mięsa i zaczęła karmić elfkę. Słońce przyjemnie ogrzewało ciała wprawiając ich w błogą senność. Nagle Gosiatriks siedząca na małej wapiennej skałce, kilka metrów nad nimi ostrzegła ich o zbliżającej się grupie jęźdźców i szybko zbiegła do nich. Za chwilę wszyscy zobaczyli zbliżający się oddział. -Iga pilnuj elfki –rzekł Wizzoteriks –broń trzymajcie w pogotowiu Jeźdźców było sześciu i na pierwszy rzut oka widać było, że są to żołnierze regularnej armii. Wszyscy byli uzbrojeni w łuki i miecze. Na sobie nosili wykonane z grubej bawolej skóry kaftany pokryte metalowymi luskami ,a głowy ich chronione były przez spiczaste szyszaki .Orkowie kołem otoczyli odpoczywających wędrowców. Ich dowódca, wyróżniający się od pozostałych pięknie zdobionym pancerzem zwrócił się do nich stanowczo -kim jesteście i co tu robicie ? -łowcami niewolników Panie- odpowiedział w ich języku Wizzoteriks pochylając swoja głowę tak nisko, że prawie czołem dotykał ziemi. Za jego przykładem Lancetoriks i pozostali uczynili to samo –udajemy się na najbliższy targ aby sprzedać złapaną przez nas kobietę. -pokażcie swój list kaperski - zażądał dowódca orków. -Panie- odrzekł spokojnie Wizzoteriks –nie posiadamy takiego listu. Należymy do hordy Zenobiusza który w Baghazi oczekuje na nas. Nie mieliśmy zamiaru tutaj polować ale skoro sikoreczka sama wpadła w nasze sidła to jak można było jej nie zabrać Imię Zenobiusza musiało być znane oficerowi, bo już więcej nie nalegał na okazanie listu kaperskiego. Ork zszedł z konia i skierował się w stronę skrępowanej i zakneblowanej elfki.a za nim jak cień podążył Wizzoteriks tłumacząc coś i teatralnie przy tym gestykulując. Lancetoriks nie mógł wyjść z podziwu nad spokojem z jakim Wizzoteriks rozgrywał tę partię. Ciekawe, pomyślał , czym jeszcze ten człowiek mnie zadziwi.. Zna magie, mówi językiem orków no i zachowuje się jak prawdziwy łowca niewolników. Lepszego towarzysza do tej misji bogowie nie mogli mi zesłać Rozmowa przybrała nagle bardzo gwałtowny charakter. Ork próbował zabrać ze sobą elfkę, czemu zdecydowanie, acz pozostając wciąż w niskich ukłonach ,starał się przeciwstawić Wizzoteriks. Nagle sytuacja potoczyła się błyskawicznie. Wizzoteriks wyprostował się i nie bacząc na pięciu pozostałych orków, wbił swój miecz w szyję ich dowódcy.Był to znak dla pozostałych. Iguanessa i Gosiatriks rzuciły się na stojących przy nich dwóch żołnierzy zatapiając w ich ciałach swoje sztylety, a Lancetoriks z szybkością błyskawicy jednym ciosem miecza ściął atakującego go orka. Pozostali widząc tę rzeź, zawrócili konie i pogalopowali w kierunku odległego wzgórza. Wizzoteriks schwycił za swój łuk, wskoczył na konia i udał się w pościg za uciekającymi. Galopując wypuszczał w ich kierunku strzałę za strzała. Jedna z nich dopadła pierwszego z nich ,lecz drugi skrył się już za wzgórzem. Wizzoteriks wjechał na jego szczyt i nagle zawrócił konia pędząc jak szalony w kierunku swoich towarzyszy. -spieprzajmy stąd-krzyknął zbliżając się do nich– zaraz będzie tu cała armia. I pognał przed siebie nie zatrzymując konia Nikomu nie trzeba było powtarzać tego rozkazu dwa razy. Zapakowano elfkę na konia i wszyscy ruszyli galopem za Wizzoteriksem. Pędzili doliną mając za sobą wynurzający się zza grzbietu wzgórza liczny oddział orków a przed sobą powoli wznoszącą się ku górze drogę i majaczące w oddali lasy. Konie powoli zaczęły pokrywać się pianą, ich oddech stał się coraz bardziej chrapliwy i przerywany lecz jeźdźcy nie pozwolili im odpocząć. Aby tylko dotrzeć do lasu powtarzał w myślach Lancetoriks, tam sobie poradzimy, tutaj nie mamy żadnych szans w walce. Zapewne podobnej myśli był Wizzoteriks gdyż wciąż bezlitośnie smagał swojego wierzchowca zmuszając go do jeszcze szybszego biegu. Do wyjścia z doliny pozostało im niespełna ze 100metrów.lecz stromizna po jakiej musieli się poruszać zatrzymała zmęczone konie tak, że musieli z nich zsiąść i ciągnąć je za sobą.. Nie ustawaj Skrzydlaty nie ustawaj jeszcze tylko kilka kroków i staniemy na równej ziemi krzyczał Lancetoriks do swojego ogiera. Podobnie uczyniły Gosiatriks i Iguanesa. z determinacją ciagnąc wodze swoich wierzchowców. Lancetoriks obejrzał się za siebie. Ze zdziwieniem spostrzegł, że ścigający ich orkowie zwolnił tempo i rozwinęłi się w równą linie jak nagonka. Na wyjaśnienie takiego zachowania nie musiał Lancetoriks długo czekać. -to pułapka-rzekł do nich Wizzoteriks, gdy w końcu zdyszani wdrapali się na szczyt tego wzniesienia –przed nami jest przepaść. Odstawcie konie i zajmijcie pozycje. Musimy tu się bronić . Lancetoriks przywiązał swojego konia i podszedł na skraj przepaści Pod jego nogami rozciągała się 30 metrowa czeluść na dnie której kipiał wodny żywioł, Trzeba by mieć skrzydła aby przeskoczyć tę przepaść, pomyślał, oceniając odległość dzielącą go od drugiego brzegu .Szybko wyciągnął z kołczanu łuk, naciągnął cięciwę i skierował się na skraj tarasu gdzie już swoje pozycje zajmowali pozostali. Pościg był jeszcze dość daleko więc mieli trochę czasu na odpoczynek i na przygotowanie planu przed czekająca ich bitwą. Lancetoriks popatrzył na swoich współtowarzyszy. Na ich twarzach nie było widać lęku ani strachu. Zaciśnięte usta, i zwężone źrenice zdradzały typowe dla wojowników podniecenie przed zbliżająca się walką. -Lancetoriksie- krzyknęła elfka – uwolnij mnie z więzów. Chcę walczyć razem z Wami. Wolę tu umrzeć w walce niż wpaść w ich ręce!. Nie rozumiesz!!??. Jeżeli wezmą mnie żywą czeka mnie los innych wolnych elfów. Umrę na torturach!!! Lancetoriks spojrzał pytająco na Wizzoteriksa lecz nie widząc w jego oczach sprzeciwu rozciął jej więzy i ustawił się przy jednej ze skał zamykającej dostęp do tego wzgórza. Za chwilę przy jego boku zjawiła się uzbrojona eldka -jak masz na imię –spytał się Lancetoriks -Skia- odparła spokojnie sprawdzając sprężystość łuku, ostrze miecza i pieszczotliwie głaszcząc swoje strzały Tymczasem Orkowie zatrzymali swoje konie dając im chwilę wytchnienia przed zbliżająca się szarża Od uciekinierów dzieliło ich nie więcej jak 200 m, z tym że ostatnie 60 metrów stanowiło niezwykle stromą drogę tworząca naturalny szaniec obronny. Orków było trzydziestu. Ustawili się w równa linię na cała szerokość drogi i na znak swojego dowódcy jednocześnie ruszyli. Najpierw stępa, później kłusem by ostatecznie wejść w galop. Pędzili ku skrytym za potężnymi głazami nieznanymi im wojownikami wymachując mieczami i wydając z siebie okrzyki bojowe, ufni w swoją siłę i pewni zwycięstwa. -strzelacie na mój znak-rozkazał Wizzoteriks widząc ,ze nieruchoma ściana wojowników nagle ożyła i ruszyła w ich stronę –- -strzelacie na mój znak-powtórzył- jak ich konie stracą impet na podjeździe Odległość między atakującymi a obrońcami gwałtownie malała tak ,że można było odróżnić twarze zbliżających się jeźdźców. Szarżujący pokonali już większą cześć swojej drogi i wjechali z impetem na najbardziej stromy odcinek na którym konie gwałtownie zaczęły tracić pęd. Wizzoteriks spokojnie wyczekał aż orkowie znajdą się w połowie stromizny i wtedy krzyknął -bij w nich!!!! Jak na komendę z pięciu łuków wyfrunęło pięć kąśliwych strzał i pięć martwych ciał osunęło się na ziemię.Za chwilę w stronę atakujących wyleciało kolejne pięć strzał i kolejne pięć strzał -strzelajcie w konie –krzyknął Wizoteriks –w konie!!!! Atak załamał się Na stoku powstał niesamowity chaos i zamieszanie. Trafione strzałami konie zwalały z nóg inne, ,przerażone wierzgały kopytami, rzucając z siebie siedzących na nich wojowników,, w dół turlały się ciała zabitych i żywych a za nimi szybowały wystrzelone strzały. Lecz chaos w szeregach orków nie trwał długo. Wycofawszy się na bezpieczną odległość, zeskoczyli z koni i natychmiast ustawili się w trzy równe linie. Dwa pierwsze szeregi utworzyły szczelna ścianę z tarcz, trzeci gotował się do zasypania obrońców strzałami. Na rozkaz swojego dowódcy, krok po kroku, metr po metrze, z uporem wspinali się ku bronionym pozycjom. Co dwa, trzy kroki ściana tarcz opadała a w stronę obrońców szybowała chmura czarnych strzał. Jednak za każdy przebyty metr musieli zapłacić daninę krwi. Co i rusz wystrzelona z góry strzała znajdowała lukę a wówczas w szczelnym murze robiła się na moment wyrwa. Skia nie zważając na strzały orków wyczekiwała momentu gdy mur znowu ruszy w górę i wówczas ukazywała się w całej swojej postaci posyłając jedna strzałę w ich kierunku. Każde jej pojawienie się oznaczało śmierć lub ranienie jednego atakującego. Dzielnie w tym wspierali ja pozostali, choć skuteczność ich strzałów nie dorównywała jej. Mimo zaciekłej obrony orkowie wciąż przybliżali się do obrońców. -nie wolno nam ich wpuścić na szczyt-krzyknął Wizzoteriks wypuszczając kolejną strzałę. Stojące przy nim Iguanessa i Gosiatriks rozumiejąc intencje swojego dowódcy strzelały jak szalone; wysyłając w kierunku orków strzałę za strzałą.. Gdy odległość miedzy walczącymi zmniejszyła się do kilku metrów Wizzoteriks wyciągnął swój wielki miecz i rzucił się na atakujących. W jego ślady poszli pozostali. Orkowie nie zdążyli napiąć ponownie łuków gdy w ich szyk ,niczym spadająca lawina kamieni uderzyło pięciu wojowników siekąc na prawo i lewo ,kłując mieczami i sztyletami. Pierwszy uderzył Wizzoteriks z impetem przebijając i roztrącając szeregi, za nim wpadli Lancetoriks Gosiatrisa Iguanesa i Skia. Przez moment mogło się wydawać, że nie jest to walka na śmierć i życie lecz tylko gra w kręgle gdy rzucone wprawną ręką gracza kule strącają ustawione na planszy pachołki. Zarówno atakujący jak i obrońcy zjeżdżali po stromym stoku koziołkując i turlając się. Na dole walka rozgorzała na nowo. Lancetoriks rzucił się w największa ciżbę orków tańcząc miedzy nimi jakby znajdował się na balu królewskim w Ashanti Piruet za piruetem., krok w bok ,krok w tył piruet i cios. Najprawdziwszy taniec śmierci Jego miecz z szybkościa błyskawicy spadał na głowy wrogów, odrąbując ręce ,ścinając głowy ,rozcinając pancerze i brzuchy, rozbijając szyszaki i tarcze. Tuż za nim kroczyła Skia w jednej ręce dzierżąc krótki miecz a w drugiej sztylet dobijając tych , których on ranił i chroniąc jego plecy. Podobnie czynił Wizzoteriks wspomagany przez Iguanesse i Gosiatriks -nie dajmy im się zbić w kupę-ryczał jak raniony lew rzucając się na orków niczym jastrząb na stado kuropatw. Po chwili ziemia zasłana była konwulsyjnie drgającymi ciałami. Wizzoterkis i Lancteroriks , zmęczeni i zakrwawieni, wciąż ziejący żądzą mordu . rozejrzeli się wokół nie mogąc uwierzyć ,że walka już się skończyła.. Iguanessa i Gosiatriks dobijały ostatnich orków. -jest ktoś ranny-krzyknął Lancetoriks O dziwo oprócz niewielkich zadrapań i skaleczeń nikt z nich nie odniósł większych obrażeń. Upewniwszy się jeszcze raz, że wszyscy orkowie nie żyją ponownie wdrapali się na wzgórze. -zbierajmy się stąd jak najszybciej-powiedział Lancetoriks –nim nadejdą nowi. Może uda nam się wyjść z tej pułapki -chyba właśnie nadchodzą-sucho stwierdziła Skia wpatrując się w ogromny tuman kurzu widniejący na horyzoncie .Wszyscy zwrocili swoje głowy w tym kierunku. Nie było żadnych wątpliwości .W ich kierunku podążał zdecydowanie większy oddzial niż ten z którym przed chwilą stoczyli walkę. -nie spieszą się psiesyny- wyszeptała balda i zbryzgana krwią Iguanessa –wiedzą ,że rybki wpadły w więcierz i teraz tylko trzeba je spokojnie wybrać. Ale żywej mnie nie wezmą. Wizzoteriks długo wpatrywał się w obłok oceniając siły nieprzyjaciół. -będzie ze dwustu wojowników-rzekł tonem jakby liczył pomarańcze na targowisku w Ashantii. Cóż kiedyś przychodzi ten dzień, że trzeba połozyc swoja głowę pod katowski topór. Lancetoriks równie uważnie przyglądał się nadjężdzjącym orkom. Doskonale rozumiał nie tylko to ,że przy takiej przewadze nie mają żadnych szans, lecz i to że orkowie zrobia wszystko aby wziąć ich żywymi co zapewne nie będzie takie trudne gdyż na kazdego z nich przypadało 40 napastników. Rozumiał ,że śmierć zadana samemu sobie będzie wybawieniem od cierpień jakich mogą doznać wpadając w orycka niewolę. -nie mamy wyjścia-rzekł do pozostałych – lepiej wbić sobie od razu sztylet w gardło niż podjąć z nimi walkę. Jest ich za dużo i wezmą nas zywcem,. Możemy albo poderżnąć sobie gardło albo........ -co albo?????- odrzekł trochę rozsierdzony Wizzoteriks ...albo przefruniemy tę przepaść krzyknął Lancetoriks dosiadając swojego wierzchowca. Szybko zmusił wyczuwającego intencje jeźdźca konia do ustawienia się przodem do przepaści i rzekł do Wizzoteriks -do zobaczenia w piekle lub tam na dole stary diable i chichocząc się ruszył galopem w kierunku przepaści. Przez chwilę słychać było przeraźliwy kwik jego wierzchowca i gasnący okrzyk Lancetoriksa. Wizzoteriks podbiegł do krawedzi przepaści. Przez moment widział cialo Lancetoriksa spadające w dół nim skrył je rwący nurt rzeki. Śmierć to śmierć pomyśłał Wizzoteriks, nie ważne czy od miecza czy w nurtach rzeki. Jeszcze raz popatrzył na zbliżających się tryumfujących orków. -na koń –zakomenderowal -walczmy Wizzoteriksie- błagalnie krzyknęły Iguanesa I Gosiatriks – walczmy i zgnińmy jak wilcy , z mieczem w dłoni! -podjęcie tej walki to pewna niewola lub poniżająca śmierć na palu-skwitował Wizzoteriks- na koń mówię!!! Skia nie czekając na wynik tej rozmowy wskoczyła na swojego konia i za chwilę podobnie jak Lancetoriks znikła za krawędzia przepaści Orkowie widząc ,że spodziewany łup wymyka się im z rąk rozpoczali szaleńczy wyścig z czasem. Już wdrapywali się na, pokryty trupami ich pobratymców stok gdy Wizzoteriks ze swoimi wilczycami ruszył w ślad za Lancetoriksem i Skią. O ściany gór przez chwilę odbijał się przeraźliwy krzyk Iguanessy i Gosiatriks, kwik oszalałych koni i ostatnie przekleństwa wykrzyczane przez Wizzoteriksa nim nastąpiła cisza.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Miesiąc po opuszczeniu Ashanti Lancetoriks ujrzał mury Maczeturii. Potężna twierdza wzniesiona na urwistych skałach górowała nad okolicą ,bacznie strzegąc wejścia do królestwa. Lancetoriks z uwagą przyglądał się jej podwójnym wysokim murom otaczającym zamek, górującymi nad murami basztami, bramami uzbrojonymi w potężne kraty do których droga wiodła poprzez zwodzone mosty , równymi liniami ostrokołów. szczerzących swoje kły tuż za linia fosy. Za pierwszym murem ustawione w idealnym porządku i gotowe do natychmiastowego użycia drzemały potężne machiny wojenne: onagery, balisty, katapulty i skorpiony. Wszystkie posterunki ,zarówno te na murach jak i te położone poza twierdzą bacznie lustrowały okolice, gotowe w każdej chwili wznieść alarm, gdyby do granic królestwa zbliżał się nieprzyjaciel U podnóża Maczeturii wyrosła typowa wojskowa osada. Solidne drewniane i kamienne domy w których mieszkały rodziny stacjonujących tu wojowników, dziesiętników, setników ustawione były wzdłuż wąskich uliczek przecinających się pod katem prostym. W osadzie pełno było warsztatów rzemieślniczych: :kowali, płatnerzy, kołodziei i warsztatów tkackich, które pracowały nie tylko na potrzeby mieszkańców ale również na potrzeby warowni. Na niewielkim rynku swoje kramiki rozkładali przyjeżdżający kupcy, miejscowi rzemieślnicy i przybywający tu na cotygodniowe targi okoliczni kmiecie. I jak to zazwyczaj bywa w osadach wojskowych znajdował się tu również nie narzekający na brak klienteli burdel Madame Arni oraz znana z doskonałego grzanego wina karczma krasnoluda Redexa. Twierdza była ostatnim bastionem krolestwa.Za nią rozciągała się ziemia niczyja o której zapomnieli Bogowie, gdzie wciąż ,mimo zawartych rozejmów, podpisanych traktatów toczyła się wojna. Tam tez już niedługo miał się udać Lancetoriks. Rozkazy jakie otrzymał od Komesa Maczeturii były jasne.Za 5 dni przy gorących źródłach miał się spotkać z ludźmi z którymi wspólnie wypełni powierzoną misję. Znajdzie księżniczkę Kisoah i nakłoni ją do zawarcia przymierza z królestwem Ashanti. Ale nawet komes Maczeturii nie miał zielonego pojęcia kim oni są.. Dwudniowy pobyt w Maczeturii Lancetoriks wykorzystał nie tylko na zwiedzanie twierdzy i wypoczynek ,ale również na uzupełnienie zapasów, sprawdzenie ekwipunku. Dziwne uczucie że jest śledzony nie opuszczało Go przez cały czas. Początkowo nawet starał się obserwować i zapamiętywać kręcących się wokół niego ludzi lecz w końcu stwierdził, że jest to zadanie niewykonalne. Uznał ,że jeżeli się nie myli to Ci którzy go śledzą pojada zapewne za nim a wówczas ,tam na ziemi niczyjej łatwiej będzie mu ich wytropić i pozbyć raz na zawsze. Swoimi odczuciami podzielił się z Komesem , który natychmiast przydzielił mu ochronę. Trzeciego dnia o północy przebrany w strój łowcy niewolnika w największej tajemnicy, przez tajna znana tylko nielicznym osobom furtkę, opuścił Maczeturię i wyruszył ku gorącym źródłom. Podróż przebiegała spokojnie, lecz Lancetorix zachowywał jak największe środki ostrożności. Często zatrzymywał się i w ukryciu obserwował czy nikt za nim nie jedzie, a pomny nauk Wizzoteriksa, zacierał ślady, kluczył. nim w końcu skierował się wprost ku gorącym źródłom. Do celu dotarł drugiego dnia wieczorem. Po sprawdzeniu terenu i upewnieniu się iż jest tu sam, rozpalił ognisko i upiekł królika którego upolował po drodze. Teraz przyszło mu spokojnie oczekiwać na zapowiedzianych przez Komesa pomocników. Czuł ogromna chęć wyruszenia natychmiast i rzucenia się do gardła wszystkim tym ,którzy chcieli by uniemożliwić mu uwolnienie Niukotosa i innych tygrysów znajdujących się wciąż w dolinie śmierci. Zastanawiał się czy uda mu się znaleźć księżniczkę Kisoah i jakich powinien użyć argumentów ,aby ją przekonać do swojego planu. Nagle jego koń cicho zarżał. Lancetoriks szybko przysypał ognisko i ukrył się w zaroślach. Nałożył strzałę na cięciwę i spokojnie czekał . Po chwili zauważył trzy zakapturzone postacie. Mimo, ze nie bardzo się kryli ze swoją obecnością to jednak , co zauważyło wprawne oko Lancetoriksa, poruszali się we wzorowym szyku. Przodem szedł potężny mężczyzna a kilka kroków za nim po jego prawej i lewej stronie ubezpieczały go dwie pozostałe osoby. W rękach trzymali łuki gotowe do strzału Szli bardzo ostrożnie lustrując cały czas pobliskie skały i krzewy .Gdy dotarli do polany ,na której wciąż żarzyło się ognisko rozpalone przez Lancetoriksa i gdzie na różnie wciąż tkwił dopiero co upieczony królik, zakapturzony mężczyzna ,spokojnie usiadł i zaczął z wielkim apetytem pałaszować kolacje Lancetoriksa. -radziłbym Ci wpierw się przedstawić i spytać czy wolno się przysiąść do stołu –krzyknął Lancetoriks – chyba ,że chcesz być naszpikowany strzałami -największą wadą tygrysów –odrzekł spokojnie nieznajomy nie przerywając konsumpcji – oprócz oczywiście powszechnie znanego przechwalania się czynami, których nie dokonali jest ta ze nie potraficie gotować .To co Lancetoriksie przygotowałeś na dzisiejsza ucztę urąga wszelkim zasadom dobrej kuchni. Powinieneś dodać więcej ziół. No i przydało by się odrobinę czerwonego wina. Lancetoriks osłupiał słysząc ten głos tak jakby usłyszał głos z zaświatów. Czyżby demony tego stepu ,o których tyle słyszał w Maczeturii przybrały postać jego przyjaciela i teraz starały się omamić Go po to aby wypić zeń całą krew i wyssać szpik z jego kości???? Przez moment zbladł i nogi ugięły mu się ze strachu, jednak po chwili uspokoił się. Amulet, który dostał od Kobi nie wskazywał na obecność demonów. Wizzoteriks to Ty???? –wydukał Lancetoriks wyłaniając się z ukrycia. -a myślałeś ze kto???? Dziewczynki od Beatriks??? –odrzekł nieznajomy ściągając ze swojej głowy kaptur. To samo uczyniły pozostałe dwie postacie i Lancetoriks ujrzał roześmiane twarze Iguanessy i Gosiatriks..Za chwilę obie wojowniczki utonęły w jego ramionach Po powitaniu wszyscy usiedli przy ognisku, a Wizzoteriks nie czekając na pytania spokojnie zaczął opowiadać co wydarzyło się od momentu gdy opuścił Ashantii -jak wiesz Lancetoriksie –rzekł Wizzoteriks –po zdaniu radzie klanu relacji z wypadków jakie miały miejsce w Zir postanowiono, abym zniknął na jakiś czas ze stolicy. Wysłano mnie do warowni Urzahi leżącej na granicy z królestwem Heartesa. Tam miałem siedzieć i czekać dalszych rozkazów. Podczas jednego z patroli wpadliśmy w zasadzkę urządzoną przez krasnoludów. Te dranie wybiły prawie połowę mojego oddziału, ale ostatecznie udało nam się wyjść z tej opresji. Mnie trochę poturbowali i gdyby nie Iguanessa i Gosiatriks, pewnie gniłbym tam razem z innymi. Wyobraź sobie moje zdziwienie, gdy po wylizaniu się z ran zakazano mnie ,Iguanesie i Gosiatriks wychodzenia z warowni i pokazywaniu się na ulicach Urzahi. Dopiero później dowiedziałem się , ze ten fakt sprytnie został wykorzystany przez radę w rozmowach z poselstwem z Zir. Winowajcy zginęli a królestwo i klan nie mogło zgodnie z obowiązującym u Nas prawem wydać ciał tych ,którzy zginęli w służbie króla. Strasznie mi się dłużył ten pobyt, bo przecież mnie znasz nie lubię siedzieć bezczynnie wiec, gdy zjawili się u mnie wysłannicy z Ashanti nakazując abym udał się niezwłocznie na ziemię niczyją jako osłona pewnej ważnej misji i gdy dowiedziałem się ze mam współpracować z tygrysami nie miałem wątpliwości ze to będziesz Ty. A teraz powiedz mi komu mamy skopać żyć, czyżby samemu imperatorowi???? Czy naszym celem jest uwolnienie Twoich przyjaciół z niewoli??? -niestety nie –odparł smutno Lancetoriks –mamy dotrzeć do księżniczki Kisoah i namówić ją do podpisania traktatu wymierzonego przeciw imperium. -czy to jest ta księżniczka która uratowała twój tyłek, w tej dolinie gdzie dopadł Cię Smokodeus ze swoimi siepaczami??? –zapytał Wizzoteriks -dokładnie ta sama. Niekwestionowany przywódca elfów walczących z imperium Oryckim.. Niektórzy uważają ja nawet za żyjącą boginie-odrzekł Lancetoriks –Pochodzi z rodu królewskiego. Po ostatniej klęsce elfów, jej rodzina i ona sama zostali sprowadzenie do Bahkazi stolicy imperium w charakterze zakładników. Po jakiejś próbie powstania wszystkich ich zabito i tylko jej się udało uciec i cało dotrzeć do swoich ziomków. Od tej chwili na długo zaginął o niej wszelki słuch aż do momentu gdy rozpoczęło się kolejne powstanie. Miejsce jej pobytu stanowi największą tajemnicę, pilnie strzeżoną przez wszystkie elfy. Więc choć my jej będziemy szukać to od niej zależy czy ją znajdziemy i czy wyjdziemy z tego cało i żywi. -hmm powiedziałeś że uważają ja za boginię???? Czyżby była taka ładna?? Bo na mój gust ma jakieś 150 lat- z nie tajoną ciekawością spytał Wizzoteriks -Jak na elfa jest młoda kobietą. A jest inna niż wszystkie elfy. To co ja wyróżnia to fakt iż posiada jasne włosy. Jest to rzadki przypadek u nich aby młoda kobieta była blondynka więc gdy taki przypadek się wydarzy traktują te osoby jako naznaczone przez bogów i oddają im cześć prawie boska. Poza tym , po rzezi zakładników, jest ostatnią przedstawicielką rodu królewskiego co dodatkowo wpływa na jej charyzmę -widzę ,że najbliższa przyszłość rysuje się przed nami fantastycznie- rzekł sceptycznie Wizzoteriks –jedziemy tam gdzie toczy się wojna, gdzie spod każdego krzaczka wystaje tyłek orka czatującego na elfa lub elfa czatującego na orka, tam gdzie zarówno dla orków jak i dla elfów będziemy podejrzani i najprawdopodobniej będą usiłowali jak najszybciej wysłać nas do krainy wiecznej szczęśliwości. Oczywiście nie wykluczam i tej możliwości że gdyby udało im się wziąć nas żywymi nim zobaczymy bramy nieba mistrzowie sztuki katowskiej będą mogli na nas sprawdzić swój kunszt -mniej więcej tak- ze śmiechem odrzekł Lancetoriks –choć przy odrobinie szczęścia może uda nam się uzyskać audiencję u Kisoah. Oczywiście jeżeli będziemy mieli ten przysłowiowy łut szczęścia cholera- zaklęła milcząca dotychczas Iguanessa – w ładną kabałę się wpakowaliśmy. Jeżeli wyjdziemy z tej misji z życiem to ja rezygnuję z kariery wojskowej, i zatrudnię się u Beatrix w jej burdelu. Przynajmniej groty które będą kłuć mój tyłek nie będą sprawiały takiego bólu no i każdą noc będę spędzać w łóżku a nie na gołej ziemi. -spotkanie z orkami nie jest najgorszą rzeczą jaka może nas spotkać Iguanesso –spokojnie rzekł Wizzoteriks –ale....aby nie zostać wykrytym zbyt wcześniej i nie natknąć się na grasujący tu oddział orków zmuszeni jesteśmy omijać uczęszczane szlaki i udać się na tereny omijane przez wszystkich czyli przejechać przez....... Tu Wizzoteriks na moment zawahał się czy wymienić nazwę tej krainy ,lecz wyręczył Go Lancetoriks -...przez ziemię demonów, Iguanesso coooooooooo???????? Ja pierdzielę????? Jaką ziemię demonów???? O czym Wy pieprzycie???!!!! Chyba trzymają się was jakieś głupie żarty i chcecie mnie wystraszyć!!! Niedoczekanie wasze Wy....!!!! Wy...!!!! nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa Iguanessa zadumała się przez chwilę by za moment wykrzyczeć im z wielka satysfakcją -Wy męscy szowiniści!!!!!!!! Ja w każdym razie idę teraz spać, a gdyby pojawił się w okolicy jakiś demon to podrzućcie go pod mój koc, już ja sobie z nim poradzę. -Lancetoriksie- szepnęła cichutko Gosiatriks – gdybyś się chciał ogrzać to...... Niestety nie zdążyła dokończyć ,gdyż przerwał jej Wizoteriks -hmm.... widzę Gosiatriks ,że temperatura twojego ciała jest bliska wrzenia i jakbyś mniej od innych odczuwała chłód nocy, wiec w takim razie jako pierwsza obejmiesz wartę. Myślę że to trochę ostudzi ten żar. Gdyby wzrok mógł zabijać, to w tej właśnie chwili misja dla Wizzoteriksa by się skończyła. Wyruszyli o świcie. Przed nimi rozciągał się płaski jak stół obszar ziemi niczyjej. Gdy słońce powoli chowało się za widocznymi na horyzoncie górami, teren stopniowo zaczynał się zmieniać. W miejsce równego stepu, zaczynały pojawiać się większe i mniejsze wzgórza porośnięte kolczastymi krzewami i drzewami powyginanymi w fantastyczne kształty. -przed nami ziemia demonów-mówiąc te słowa Wizzoteriks trzykrotnie splunął przez lewe ramię-myślę ,że powinniśmy jak najszybciej znaleźć miejsce na obozowisko, nie mam ochoty w nocy przejeżdżać przez ten teren. Miejsce na rozbicie obozowiska znaleźli bardzo szybko. Wizzoteriks nie zwlekając natychmiast rozpoczął ustawianie magicznych przedmiotów i stawianie magicznych zapór przeciwko demonom ,strzygom, wilkołakom czy dziwomiszom. W tym czasie Lancetoriks zbudował prowizoryczne zabezpieczenia mające uchronić konie przed nocnym atakiem wilków, których donośne wycia dało się słyszeć z okolicznych wzgórz a Iguanesa i Gosiatriks zajęły się rozpaleniem ogniska i przygotowaniem posiłku. -nie wiedziałem że znasz się na magii-rzekł z uznaniem Lancetoriks zwracając się do Wizzoteriksa -nauczyłem się tego podczas jednej z misji. Otrzymaliśmy polecenie aby wytępić gniazdo strzyg ,które zagnieździły się w górach i bardzo dały się we znaki okolicznym mieszkańcom. Mój dowódca okazał się magiem i tylko dzięki jego magii udało mi się wyjść z tego cało. Od tamtej pory ,omijam szerokim łukiem wszelkie miejsca gdzie to paskudztwo żyje. -ale zadanie wykonaliście-zapytała z nieukrywana ciekawością Gosiatriks -z 30 wojowników ,którzy wyruszyli ,powróciłem tylko ja-odrzekł smutno Wizoteriks -Regimentarzu opowiedz o tej misji-poprosiła Iguanessa -może kiedyś opowiem, ale nie teraz. Teraz czas spać. Ja będę trzymał wartę-rzekł Wizzoteriks Choć noc minęła spokojnie to jednak nikt nie zmrużył oka. W oddali co jakiś czas dochodziły do ich uszu przerażające odgłosy, głośne zawodzenie wilkołaków, przypominające płacz noworodka głosy strzyg ,mlaskanie dziwomiszów ,odgłosy nocnych polowań. Zapewne ustawione przez Wizoteriksa magiczne zapory uniemożliwiały im zaatakowanie obozowiska więc po jakimś czasie większość tych głosów przeniosła się w głąb jarów i wąwozów. O świcie ruszyli w dalszą drogę. Jechali przez wiele godzin nie będąc niepokojeni przez prawdziwych władców tych ziem. Napięcie w jakim pozostawali przez cała noc powoli zaczęło opadać. Kojąco na ich napięte nerwy działały przelatujące nad nimi stada dzikich kaczek, gęsi, klucze czajek czy też widok pasących się na wzgórzach antylop.. W samo południe wjechali w potężny wąwóz .Jego prawie pionowe ściany porośnięte były plątaniną korzeni ,porostów, karłowatych krzewów. Płynący środkiem wąwozu strumień tworzył liczne rozlewiska i bajora. Obawiając się wjechania w bagnistą topiel musieli zwolnić tempo i bardzo dokładnie badać teren przed sobą. Wizzetoriks bacznie obserwował szuwary, leżące w wodzie olbrzymie pnie drzew ,wypatrując ukrytych topielic i wodników czyhających na zbłąkanych podróżnych. W pewnym momencie dno wąwozu zaczęło wyraźnie piąć się ku górze i miejsce trzęsawiska zajął twardy teren -mam nadzieje-rzekł Wizzoteriks do Lancetoriksa –że zbliżamy się do końca tego wąwozu W odleglości 200 metrów przed nimi wąwóz załamywał się pod kątem prostym. Widok jaki ujrzeli za zakrętem sprawił ,że wszystkie włosy stanęły im ze strachu. Na rozległej przestrzeni porozrzucane były kości ludzi i zwierząt. Białe czaszki szczerząc swoje kły patrzyły na nich pustymi oczodołami, stosy piszczeli, nagich żeber, kości rąk ,nóg, łap zapraszały ich w niemym geście do skorzystania z gościny i pozostania tu na zawsze Wokół unosił się smród gnijących resztek nocnych uczt i licznych śladów ekstrementów mieszkańców tego wąwozu. Amulet Lancetoriksa zaczął drgać jak oszalały. -cholera –zasyczał Wizzoteriks- chyba nieopatrznie trafiliśmy do matecznika -Wizz- szepnął biały jak kreda Lancetoriks wskazując wzrokiem otwór jaskini w odległości 20 kroków od nich., z którego spoglądały na nich trzy pary okrutnych i pałających żądzą mordu oczu. Ich widok był przerażający. Nie wiadomo było czy to są ludzie czy zwierzęta. Wzrostem przypominały ludzi lecz obfite owłosienie na całym ciele, oraz wydłużone pyski upodabniało ich raczej do niedźwiedzi. Istoty te strzygły nerwowo długimi owłosionymi uszami, wbijały w jeźdźców swoje czarne, pozbawione białek oczu i kłapały ogromnymi białymi kłami. -kurwa mać-zasyczał Wizzoteriks- dziwomisze!. Chyba mają tu swoje gniazdo. Trzymajcie konie krótko i nie róbcie żadnych gwałtownych ruchów, bo gotowe nas zaatakować Rozkaz został wydany we właściwym momencie, bowiem konie wyczuwszy odór potworów zaczęły nerwowo się kręcić i rżeć, lecz ściągnięte na krótko wodze zmusiły je do powolnego wymuszonego stępa. Siedzący na nich jeźdźcy wyglądali jak kamienne posagi, nieruchomi , nie śmiejący poruszyć gwałtowniej powieką, wpatrzone w jeden ,jedyny punkt jakim był wylot wąwozu. W tej chwili każda sekunda stawała się wiecznością ,a każdy krok oddalający ich od jamy przybliżał ich do życia. W skamieniałych postaciach emocje hulały jak huragan nad oceanem. Strach dławił im gardła, zatrzymywał oddech odbierał wolę. Nieruchome oczy bacznie obserwowały zarośla ,spłatane w gordyjskim węźle korzenie, a oszalała wyobraźnia podsuwała obrazy wyskakujących z tej plątaniny krwiożerczych dziwomiszy i ich ciał rozszarpywanych na strzępy kłami i pazurami potworów Po pewnym czasie, który dla nich był prawie nieskończonością ujrzeli wylot wąwozu. -galopem-zakomenderował Wizzoteriks Koniom nie trzeba było tego rozkazu powtarzać. Gdy tylko poluzowano im wodze, ruszyły z miejsca z prędkością lawiny i żadna już siła nie była ich w stanie zatrzymać. Jeźdźcy przywarli do nich i słowami zachęcali swoje rumaki do jeszcze szybszego biegu. W końcu wyjechali z wąwozu i po pewnym czasie Wizzoteriks kazał zwolnić aby dać odpocząć wciąż drżącym ze strachu i pokrytym pianą koniom. -ufff- odetchnął z ulgą Wizzoteriks- mieliśmy szczęście, gdyby te ścierwa zaatakowały, to nasze resztki gniłyby teraz tam. Musiały być najedzone. -kurwa!, kurwa!, kurwa!- wyrzuciła z siebie cały stres Gosiatriks –czy na naszej drodze jeszcze coś podobnego spotkamy, bo jeżeli tak to ja się wracam i niech te dziwomisze zrobią ze mną porządek, bo drugi raz takiego napięcia nie wytrzymam!!!! -Co najwyżej wilk, niedźwiedź , tygrys lub jakiś oddział orków może stanąć teraz na naszej drodze- uspokoił płaczącą Gosiatriks Wizzoteriks -wolę stanąć sama przeciwko tysiącu orkom niż jeszcze raz przejechać przez ten wąwóz-krzyknęła Iguanessa przeklinając w myślach dzień, gdy zdecydowała się wstąpić do szkoły kadetów. -wszystko dobre co się dobrze kończy-uspokajał rozdygotane wojowniczki Lancetoriks – było trochę strachu ale już po wszystkim. Najważniejsze, że wyszliśmy z tego bez szwanku i strat. Z tego co mówiono mi w Maczeturii nie powinniśmy już spotkać się oko w oko z tymi potworami. A jeżeli nawet jakimś złym trafem znajda się na naszej drodze, to zapewne będą to jednostki odrzucone przez stadoi, a nie całe stado. Wizzoteriksie czy można je zabić mieczem???? -najlepszym sposobem na strzygi jest przebić je palikiem z osiki uciętym srebrnym toporem. Z nimi da się powalczyć. .Natomiast dziwomisze i wilkołaki możesz zabijać mieczem. Jest tylko jeden problem- wyjaśnił Wizzoteriks -jaki??????- jak na komendę odezwali się wszyscy -ano taki- kontynuował Wizzoteriks –że dziwmomisze i wilkołaki są szybsze od wiatru i silniejsze od niedźwiedzi a ich szczęki w mgnieniu oka przegryzają kark bawołu. Więc Lancetoriksie jeżeli Twój miecz będzie szybszy niż ich atak masz szansę aby przeżyć -paskudna sprawa, widzę że bez magii wojownik nie ma żadnych szans z nimi- skonkludował Lancetoriks -tak-sucho potwierdził Wizzoteriks -zaraz !!!zaraz !! –zaprotestowała Iguanessa –chcesz nam Wizzoteriksie wmówić, ze gdyby 20 wyszkolonych wojowników rzuciło się na takiego dziwomisza to należalo by uznać ich za samobójców a nawet za idiotów pozbawionych wyobraźni????????????? -dokładnie to chce powiedzieć Iguanesso. Dwudziestu, pięćdziesięciu czy stu to akurat jest nieistotne. Atak dziwomisza jest jak uderzenie wiatru. Jest zawsze zaskoczeniem. O tym, że dziwomisz zaatakował dowiadujesz się dopiero wówczas gdy widzisz , poszarpane ciało druha stojącego przed chwilą obok Ciebie. Walczysz mieczem ale Twoją tarczą musi być magia. Jednym słowem- wtrąciła się do rozmowy Gosiatriks –mieliśmy wielkie szczęście. Przysięgam na prawilka Alteusa, jeżeli wrócę żywa do Ashanti, zaciągnę się do jakiegoś maga na naukę , a później powrócę na ziemie niczyją i pohulam sobie z tymi potworami. Nie daruję im tych chwil strachu jakie przeżyłam. I tych kilku kropel moczu , dodała Gosiatriks w myślach, które popuściłam w majtki. Nie zatrzymywali się aż do północy. Zresztą nikt nie protestował, gdyż każde z nich pragnęło aby miejsce ich nocnego odpoczynku odgradzała od wąwozu demonów jak największa przestrzeń. Dopiero ,gdy stanęli u podnóża gór Wizzoteriks zarządził popas.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Lancetoriks powoli przemierzał koszary Tygrysów, kierując swoje kroki w kierunku placu ćwiczeń. Po raz kolejny z wielkim zdumieniem stwierdził. że koszary wyglądają dokładnie tak samo jak 10 lat temu .. Szare budynki koszar ustawione w idealnym porządku jak regiment tuż przed bitwą , kantyna jednookiego Mirexa, zwana przez wszystkich karczmą Wesołego Tygryska, gdzie zawsze można było wypić kufel dobrego piwa lub garniec znakomitego ,czerwonego wina, przed kwaterą główną na wysokim postumencie wciąż dumnie prężył się do skoku tygrys-opiekun jego klanu. Czyste i wypielęgnowane ścieżki ,przedmiot nocnych koszmarów wszystkich kadetów, jak nici pajęczyny łączyły budynki, magazyny, place ćwiczeń w jeden sprawny i tętniący życiem organizm. W jego głowie kłębiło się tysiące myśli, tysiące zdarzeń, których był bezpośrednim uczestnikiem. Przez dziesięć lat niewoli w dolinie śmierci przywykł do usystematyzowanego i monotonnego życia. Wstawanie o świcie, poranny posiłek, później praca, praca i praca aż do zmroku urozmaicona razami batów nadzorców, ćwiczenia wymyślane mu przez Niukotosa wieczorny posiłek i utęskniony odpoczynek. Z chwilą ucieczki z doliny śmierci jego życie nabrało niesamowitego tempa. Przeprawa przez bagna okalające dolinę śmierci, przejście podczas zawiei śnieżnej, przez przełęcz Nabuka, strach i ogarniające Go uczucie beznadziejności, gdy w Kotlinie uśpionych elfów zauważył nadciągających ku niemu Orków z tryumfującym Smokodeusem na czele, zamienione w nieopisaną radość z nagłego pojawienia się oddziału elfów z piękną Kisoah. I to co wydarzyło się w ZIR. Nieoczekiwane wybawienie z rąk łowców niewolników i ucieczka z miasta .Przeprawa przez niedostępne i porośnięte dziewiczym ,pełnym dzikiego zwierza lasem, góry oddzielające Zir od Królewstwa Ashanti. Ciągłe kluczenie, zacieranie śladów przed goniącymi ich strażnikami świątyni a być może również przed łowcami niewolników działających najprawdopodobniej na zlecenie Smokodeusa. To, że udało im się dotrzeć cało i szczęśliwie do bram Ashanti przypisać należy nie tylko dobrej woli Bogów ,ale również znakomitym umiejętnością Wizzoteriksa w zacieraniu śladów i gubieniu pościgów. Praktycznie przez 14 dni tej eskapady nie odpoczywali i nie spali. .Jeżeli nawet odpoczywano godzinę lub dwie to tylko dlatego aby dać koniom odtechnąć.14 dni żywienia się byle czym picia byle czego i ciągłego napięcia i wsłuchiwania się w odgłosy lasu i gór aby na tej podstawie uzyskać odpowiedź czy zbliża się pogoń lub czy gdzieś przed nimi nie czają się ścigający. Przybycie do Ashanti choć sprawiło mu nieopisaną radość i ulgę, nie oznaczało wcale iż tempo jego życia spadło .Przesłuchania przed Radę Klanów podczas których Lancetorix musiał szczegółowo opisywać swoje życie od momentu klęski w bitwie pod Skałą Ryczącego Diabła, kilka mocno zakrapianych wieczorów z Wizzoteriksem ,Gosiatriks i Iguanessą, ich wyjazd w kolejnej misji, przybycie poselstwa księstwa Zir, kolejne przesłuchiwania i nagła wiadomość o śmierci trójki jego nowych przyjaciół w walce z krasnoludami Heartesa, która wprawiła go w stan skrajnego przygnębienia. Na starość robię się sentymentalny pomyślał Lancetoriks, zaczynam odczuwać stratę tych z którymi się zżyłem. Śmierć towarzyszyła Lancetoriksowi od dnia gdy po raz pierwszy przekroczył bramy koszar. Zbierała swoje żniwo na placu ćwiczeń, polu bitwy, w tajnych misjach czy też w dolinie śmierci .Jednak tamte śmierci nigdy na niego nie podziałały aż w taki sposób. Zawsze sobie powtarzał , że taki jest los wojownika-wiernie służyć swojemu Suwerenowi i klanowi, walczyć i umrzeć. Tym razem było inaczej. Nie mógł sobie wyobrazić jak taki wojownik jak Wizzetoriks mógł wpaść w pułapkę krasnoludów. Przed jego oczyma stanęły roześmiane twarze jego towarzyszek i słowa Gosiatriks gdy po raz pierwszy zobaczyła Go ostrzyżonego i odzianego w strój Tygrysa -Lancetoriksie ,gdybyś poczuł potrzebę ogrzania się to zapewniam Cię, iż tym razem mój sztylet pozostanie w swojej pochwie, a nie miałabym nic przeciw gdyby Twój znalazł się w mojej. Na wspomnienie tego zdarzenia Lancetorix uśmiechnął się mimowolnie. Do dziś czuł ostrze sztyletu Gosiatrkis na szyi ,gdy podczas jednego z krótkich i rzadkich noclegów, odurzony zapachem kobiecego ciała przytulił się do niej zbyt odważnie. A teraz??? Oczyma duszy Lancetorix zobaczył okaleczone ciała Gosiatriks i Iguanesy gnijące gdzieś w krasnoludzkich górach lub rozwleczone przez dzikie zwierzęta. Brrrr wzdrygnął się na tę myśl. Lepiej zachować je w swojej pamięci takie jakie je widział : piękne , pełne seksapealu. i wdzięku. Z zamyślenia wyrwał Go głos kobiety w randze kapitana szkolącej młode kadetki -no jak Ty trzymasz pikę ..do Ciebie mówię ruda cipo!!!!! To jest pika a nie fajfus więc trzymaj to mocno i oprzyj koniec o ziemię...ustawić jeża!! ...na Boginię Aletulis.....to ma być jeż?????? Zewrzeć szyki.....piki do boju, większy wykrok...zewrzyjcie szeregi...na wszystkich Bogów czy ja mówię do Kadetek czy tez do dziwek z burdelu Beatrix??!!! Ty piegowata pindo ..mówiłam wykrok a nie rozkrok!!!!! Jak będziesz tak rozkładać nogi podczas bitwy to szybko poczujesz między udami orycką siłę i nie będzie to wcale fiut lecz kopia....ustawić żółwia!!!... do Ciebie mówię Ty piegowata wywłoko ...jak Ty trzymasz tarczę ..cholera to jest tarcza a nie lusterko !!!!!!! Pindy niemyte!!!! Tarczę założyć na tarczę stojącej obok....piki do boju!!! Ustawić jeża!!!.....pierwszy szereg krok do przodu.!!!!... drugi szereg do przodu!!!!!!!!! .... Komendy i wyzwiska wylatywały z ust pani Kapitan z prędkością rozwścieczonego roju pszczół, które opuszczają ul aby zaatakować próbującego dobrać się do zapasów miodu niedźwiedzia lub z prędkością spadającej z gór lawiny kamieni a nawet potężnego gradobicia . Lancetorix z rozkoszą patrzył na tę scenę ,na spocone i wystraszone kadetki biegające w prawo i lewo i ustawiające się w nowe formacje bojowe oraz na dyrygującą nimi Kobi .Jest piękna pomyślał ,napawając się jej widokiem...kręconymi, czarnymi jak smoła włosami delikatnie muskającymi ramiona, jej śniadą cerą , czarnymi jak węgiel oczyma w oprawie czarnych brwi zdobnych długimi czarnymi rzęsami, muskularnymi udami. Ubrana w krótką skórzaną spódniczkę opinającą kształtny tyłeczek, kamizelkę ledwie skrywającą jędrne piersi oraz w długie do kolan buty wyglądała przeuroczo. Ona również wyczuła iż jest bacznie obserwowane ,więc odwróciła się aby sprawdzić kto jej się tak przygląda a na widok Lancetorixa uśmiechnęła się zalotnie i pomachała mu ręką -witaj Kobi –rzekł Lancetorix – widzę że nie masz litości dla swoich podopiecznych i wyciskasz z nich ostatnie poty Kobiecie –rzekła do niego Kobi z udawaną złością – wpierw mówi się komplement, że ślicznie wygląda a dopiero po tym przechodzi się do sedna mój Lancetoriksie???!!!! Nie czekając na jego wyjaśnienia szybko do niego podbiegła i pocałowała Go w usta -przyszedłeś poćwiczyć ???-spytała Nie –odparł Lancetoriks- idę do budynku Rady Klanu, Gregorius kazał mi się tam stawić niezwłocznie ,więc nim się tam udam przyszedłem popatrzeć jak dajesz sobie radę ze swoimi kadetkami...wiesz ,że uwielbiam patrzeć jak je szkolisz -to znaczy ,ze niedługo mnie opuścisz- odrzekła smutno Kobi, a jej oczy jakby straciły swój blask, którym jeszcze przed chwilą radośnie błyszczały. -już najwyższy czas moja kochana Kobi, wiesz ,że tam na mnie czekają.......zbyt długo tu siedzę bezczynnie....muszę ,po prostu muszę-odrzekł ciepło i łagodnie Lancetoriks delikatnie muskając dłonią jej policzki-muszę ich uwolnić i muszę odzyskać utracony totem klanu, inaczej nigdy nie odzyskam spokoju ducha. -wiem-odrzekła Kobi i nim Lancetoriks zdążył wypowiedzieć jedno słowo odwróciła się i pobiegła do swoich kadetek Izba do której wprowadzono Lancetorixa była dużą i przestronną salą. Na samym jej środku stała kolumna podtrzymująca sklepienie. Zdobiły ja marmurowe płaskorzeźby upamiętniające historię klanu. Na jednej z nich Lancetorix zauważył gromadę wojowników atakujących Orków, którym przewodził potężny tygrys, inna płaskorzeźba przedstawiała zawarcie pokoju miedzy klanami i powstanie królestwa Ashanti. Pomalowane na biało ściany obwieszone były trofeami wojennymi bronią, zbrojami, sztandarami pokonanych wrogów. W samym końcu sali , przy dużym oknie ,stał dębowy bogato zdobiony stół. Jego cztery nogi , wyrzeźbione były na kształt mocarnych tygrysich łap. Przy stole siedział człowiek o siwych długich włosach pilnie studiujący jedno z pism. Ubrany był podobnie jak Lancetorix. W koszulę z białego płótna, szerokie hajdawery oraz wysokie wojskowe buty. Na zdobnym pasie owiniętym wokół jego tali zwisał sztylet. Jedynie przepaska ze złotym tygrysem, okalająca głowę, świadczyła o jego wysokiej randze w klanie. Był to Georgius Naczelnik klanu i niekwestionowany przewodniczący Królewskiej Rady Klanów. Starzec skinął ręką nakazując Lancetoriksowi aby podszedł bliżej stołu -czas Lancetoriksie- rzekł do niego Gregorius- abyś już wrócił do służby. Klan nie może sobie pozwolić, aby tak doświadczony wojownik, najlepszy uczeń Niukotosa pozostawał bezczynny. Czy jesteś gotów Lancetoriksie powrócić na ziemie Orków??? -od pierwszego dnia gdy tu przybyłem Panie –odrzekł z zapałem Lancetoriks –o niczym innym nie marzę lecz tylko o tym aby tam powrócić na czele oddziału wybranych tygrysów i uwolnić Niukotosa i innych pozostałych przy życiu tygrysów. A później, jak Bogowie pozwolą, popytał bym się Orków gdzie znajduje się nasz totem. Starzec popatrzył na Lancetoriksa przenikliwym wzrokiem jakby chciał odczytać czy ten człowiek sprosta powierzonemu mu zadaniu i nie narazi misji na niepotrzebne niebezpieczeństwo z powodu własnych ambicji. Georgius pamiętał Lancetoriksa jako niezwykle nie subordynowanego kadeta, wiecznie popadające w konflikt z obowiązującym w szkole regulaminem, nad wyraz skorego do podpierania w dyskusji swoich argumentów pięściami. Ale jednocześnie zbyt szanował i poważał Niukotosa, aby lekceważyć jego zdanie o tym wojowniku. Powierzenie mu tuż przed tragiczną w skutkach dla klanu bitwą Przy Skale Ryczącego diabła totemu klanu oraz jego ucieczka z niewoli przekonywała Go ,że ma przed sobą właściwego człowieka do wykonania tej misji. -niestety Lancetoriksie –rzekł –w grę nie wchodzi zbrojna akcja z udziałem wojowników z Ashanti. Sytuacja polityczna jest coraz bardziej napięta i skomplikowana. Ashanti nie jest jeszcze gotowe aby przeciwstawić się wojskom Imperium, a wydarzenia w Zir, jeszcze dodatkowo ją skomplikowały. Nie możemy sobie pozwolić na to, aby Nas obciążono wybuchem nowej wojny. Rozumiesz Lancetoriksie??!! Nie możemy sobie pozwolić aby zarzucono nam iż prowadzimy zbrojne działania na terytorium Orków. Przynajmniej jeszcze nie teraz. -rozumiem Panie –odrzekł Lancetoriks –domyślam się ,że mam pojechać sam i że głównym moim zadaniem nie będzie odbicie naszym wojowników gnijących w oryckiej niewoli. Wybacz Panie to pytanie, czy w takim razie nie można by ich wykupić???? -niestety nie Lancetoriksie –smutno powiedział Georgius – przez 10 lat ,od czasów tej klęski, imaliśmy się różnych pomysłów aby dowiedzieć się czy Tygrysy znajdują się w Oryckiej niewoli i jakie są możliwości ich wykupienie. Czyniliśmy to zarówno bezpośrednio jak i przez zaprzyjaźnione z Imperium państwa. Niestety .Mimo tych zabiegów, nie udało się nam dowiedzieć nic o Waszej niewoli, tak wiec w końcu uznaliśmy, że wszyscy którzy brali udział w tym ataku osłaniającym nasz odwrót zginęli i pogodziliśmy się z tym faktem. -jednym słowem Panie –rzekł Lancetoriks z trudem tłumiąc w sobie wzbierająca w nim złość –stworzyliście piękny mit dla pisarzy i poetów .Lecz my, Naczelniku , przeżyliśmy choć nikt dobrowolnie nie oddał się w niewolę. Wyciągano nas nieprzytomnych spod sterty trupów. Lżej rannych nawet opatrzono innych od razy zarzynano lub wbijano na pal -wiem Lancetoriksie , dla Orków nasza klęska była upragnioną okazją odegrania się na tygrysach za wszystkie klęski jakie w dotychczasowej historii im zadaliśmy i dlatego zapewne fakt i miejsce waszej niewoli tak skrzętnie ukrywali. Ale dziś gdy wiemy o tym ręce mamy związane. Rozumiem –wycedził przez zęby Lancetoriks- w takim razie czego ode mnie oczekuje Rada??? Georgius zawahał się chwilę, jakby chciał zebrać i uporządkować swoje myśli. -według danych naszego wywiadu, co zresztą potwierdziłeś Lancetoriksie , na terytorium imperium toczy się wojna ze zbuntowanymi elfami. Jest to typowa wojna partyzancka, jednakże zaangażowane są w niej znaczne siły oryckie. Przywódcą buntowników jest księżniczka Kisoah. Mimo licznych prób nawiązania z nimi kontaktu nigdy się nam to nie udało. Elfy nie wierzą nikomu i zabijają każdego z naszego świata kto próbuje nawiązać z nimi kontakt. Jesteś Lancetoriksie jedyną osobą która może to uczynić i takie jest właśnie Twoje zadanie. Georgiusie –z nadzieją w głosie zapytał Lancetoriks- a gdyby udało mi się przekonać Kisoah do ataku na dolinę śmierci????? Kategorycznie zakazuję Ci tego!!!! –zripostował zirytowany Georgius- nie rozumiesz ze dzieli nas jeden dzień od wojny z Imperium???!!! Ta wojna dla królestwa Ashanti, dla wszystkich klanów jest naszym być albo nie być. Do czasu kiedy kontakty z buntownikami Kisoah nie zostaną nawiązane ,dopóki nie umocnimy tych kontaktów zakazuję Ci podejmowania jakichkolwiek prób!!! Po spotkaniu z księżniczką masz natychmiast wracać i zdać relację Radzie. Rozumiesz!!!???? -tak Panie smutno odpowiedział Lancetoriks -Pamietaj wojska Kisoah stanowią dla Nas potężna siłę zaporową i ważne źródło informacji o sytuacji w Imperium a w szczególności o ruchach armii Orków. Teraz możesz odejść i zacząć przygotowywać się do wyjazdu. Szczegółowe instrukcje otrzymasz od komesa twierdzy Maczuterii. Kiedy będziesz gotów???? -jutro skoro świt wyruszam Panie-odpowiedział Lancetoriks prężąc się regulaminowo. -to dobrze, teraz możesz już odejść. Lancetoriks wprost z budynku Rady skierował się ponownie na plac ćwiczeń, lecz nie widząc Kobi z jej oddziałem udał się na plac fechtunku ,gdzie wojownicy doskonalili swoje umiejętności w walce wręcz. W głowie wciąż dudniły mu słowa Georgiusa. Wielka polityka ,psiakrew pomyślał Lancetorix. Wielka polityka kierująca się w swoich poczynaniach pojęciem masy, królestwo, naród i mająca głęboko w dupie jednostkę. Wielka polityka , która gotowa była wyciąć milion jednostek dla dobra ogółu. Czym jest ten ogół myślał Lancetorix ,jeżeli nie sumą jednostek ??? Wolno było polityce poświęcić kwiat wojowników tygrysa dla ratowania armii Ashantii, a teraz ta armia nie kwapi się abym pomóc im. Przez wszystkie te lata niewoli on, Niukotos i inni jego towarzysze żyli nadzieją ,że w końcu zostaną wykupieni lub zjawią się ich wybawiciele i mimo tej wiary nie stali bezczynnie. .Lancetoriks był siódmym tygrysem, któremu Niukotos pozwolił na próbę ucieczki. Cholera, pomyślał Lancetoriks, gdyby Georgius i wszystkie te dupki z Rady byli świadkami choć jednej kaźni, jakich świadkiem był Lancetoriks, być może patrzyli by na to inaczej. Może wówczas zdecydowali by się ratować jednostkę poświęcając ogól. Im bardziej Lancetoriks zagłębiał się w zawiłości wielkiej polityki tym bardziej rosła w nim wściekłość i przekonanie że uczyni wszystko aby nakłonić Kisoah do uwolnienia jego przyjaciół i albo usieką Go albo wróci do Ashanti razem z Niukotosem i innymi. Upust swojej wściekłości dał na placu fechtunku. Początkowo walczył z jednym przeciwnikiem, później wyzywał po dwóch albo i trzech na raz, a gdy uderzenie jego miecza kolejnemu tygrysowi połamało żebra i nikt nie wyrażał już chęci aby się z nim zmierzyć, zmęczony udał się do domu Kobi. Słońce powoli wschodziło wesoło igrając na pokrytych srebrzystą blachą lub czerwoną dachówką dachach kościołów, teatrów, pałaców, kamienic., zaglądając beztrosko do komnat arystokratów , sypialni dostojnych Patrycjuszy i dziecinnych pokoi. W tej właśnie chwili miasto powoli zaczynało budzić się do życia. Piekarze rozpalali ogień w piecach ,miejskie koguty zgodnym chórem oznajmiały wszystkim nadejście poranku, na ulicach turkotały po bruku koła wozów ulicznych sprzedawców wody udających się do źródeł , strażnicy miejscy z ulgą witali koniec nocnej służby Wstaje dzień, pomyślał Lancetoriks rozkoszując się widokiem panoramy miasta Dzień dobry Ashanti Bogate dzielnice miasta przyciągały jego wzrok wspaniałymi posągami, kolorowymi frontami kamienic zdobnymi w ornamenty i malowidła Przylepione do kamienic urocze balkoniki, niemi świadkowie płomiennych nocnych wyznań, tonęły w kwiatach ,zroszonych poranną rosą i łzami kochanków Na poręczach mostków przerzuconych pomiędzy poszczególnymi domami tworzącymi, nad jeszcze pustymi ulicami, pajęczą sieć podniebnych alei zasiadły powracające z nocnych legowisk ptaki. Przy okolicznych studniach i fontannach, prawdziwych arcydziełach sztuki kowalskiej, zjawiali się pierwsi mieszkańcy jak każdego dnia pozdrawiając się dobrym słowem i dziękując Bogom za jeszcze jeden dzień pokoju. Wstaje nowy dzień ,powtórzył w myślach Lancetoriks, być może ostatni spokojny dzień, pełen zwykłych szarych spraw zwykłych szarych ludzi.. Wiejący od strony rzeki ciepły poranny zefir otulił jego nagie ciało zapachem kwitnących łąk, okolicznych sadów, dojrzewających pól i świeżością krystalicznej wody. Lancetorix w milczeniu delektował się tą pieszczotą ,gdy poczuł gorący dotyk kobiecego ciała. To Kobi, naga i strojna pieszczotami minionej nocy, wtulała się w niego pragnąc złączyć się z nim na wieki nie tylko swoją duszą lecz również i ciałem, przelewając na niego nieskończoność swojej miłości, niezłomną wiarę bycia z Nim na dobre i na złe, swój smutek rozstania, strach i obawy przed nieznaną przyszłością z którą już niedługo przyjdzie im się zmierzyć. Trwali tak chwilę w milczeniu, wsłuchani w szum tętniącej w ich żyłach krwi i odgłosy budzącego się do życia miasta. -obiecaj mi jedno- szepnęła prawie niedosłyszalnie Kobi- obiecaj mi, że wrócisz do mnie -obiecuję ,moja mała Kobi –odrzekł Lancetoriks – obiecuję Ci , że uczynię wszystko aby do Ciebie wrócić.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Wizzoteriks i Gosiatriks wciąż nie mogli ochłonąć. Mimo ,że walka już się skończyła ,ich nerwy były wciąż napięte. Wyobraźnia podpowiadała im wciąż kolejne pytania. Kim jest ów żebrak???? Czemu człowiek z elitarnego klanu Tygrysa znalazł się w Zir bez żadnej ochrony i dlaczego skrywa się w przebraniu żebraka?? Skąd powracał i dokąd zmierzał???? Na czyje zlecenie działali łowcy niewolników,??? Jedno było pewne. Ten kto wydał rozkaz pojmania żebraka musiał być albo bardzo ważna i wpływową osobą albo działał z rozkazu takiej osoby. Dla Wizzoteriksa i Gosiatriks odpowiedź na pytanie kto za tym wszystkim stoi była tylko jedna. Imperium!!! Imperium do którego nienawiść wyssali razem z mlekiem matki, Imperium z którym walczyli od czasu gdy ich dłonie zdołały utrzymać miecz. Myśli w ich głowach pulsowały i falowały jak fale magmy pod powierzchnią ziemi choć oni sami przypominali raczej dwa kamienne posagi.. Leżący na ziemi mężczyzny wydał nagle cichy jęk .Ten znak życia jakby odczarował Wizzoteriksa i Gosiatriks. -przeszukaj ciała łowców- rozkazał Wizzoteriks -może znajdziesz jakiś bukłak z winem Żebrak poruszył się a następnie usiadł rozcierając obolałą i zakrwawioną głowę. Na wpół przytomnym wzrokiem rozejrzał się wokół siebie. Ujrzawszy klęczącego przy nim Wizzoteriksa słabym głosem zapytał : -kim jesteście i czego ode mnie chcecie??? -napij się wina i nie obawiaj się –odrzekł Wizoteriks podając nieznajomemu bukłak wina- nie jesteśmy Twoimi wrogami i uratowaliśmy Twój tyłek od poważnych kłopotów wiec raczej nam się należy odpowiedź na pytanie kim Ty jesteś i dlaczego łowcy nie bacząc na czas i miejsce zdecydowali się na to aby Cię porwać???? Przez dłuższy moment żebrak patrzył to na Wizzoteriksa to na Gosiatriks starając się odczytać z ich twarzy jakie maja wobec niego zamiary. Lecz bądź to ze względu na mrok panujący w stodole bądź to ze względu na to iż na ich twarzach wciąż malowała się zaciętość i bezwzględność po walce którą nie dawno stoczyli nie mógł odczytać jakie były ich prawdziwe zamiary. Widok leżących ciał jego niedoszłych oprawców uczynił jeszcze większy zamęt w jego głowie. Walczyły w nim dwa przeciwstawne żywioły. Coś podpowiadało mu że może tym ludziom zaufać lecz jednocześnie coś innego szeptało aby zachować jak największą ostrożność. Nie mogąc roztrzygnąć tego wewnętrznego sporu, a jednocześnie będąc zbyt słabym aby próbować ucieczki, rzekł zrezygnowanym głosem : -Dzięki Panie za uratowanie mnie od niechybnej śmierci z rak tych zbójów ale naprawdę nie wiem czemu Ci dranie napadli na mnie. Jestem tylko zwykłym żebrakiem wędrującym od miasta do miasta od odpustu na odpust .Musieli mnie pomylić z kimś na kim im bardzo zależało . -a ja jestem Beatrix ,najpiękniejsza dziwka w Ashanti- wściekle zasyczał Wizzoterix, zbliżając swoją twarz do żebraka, z której wyraźnie można było odczytać; że nie pozwoli na to aby kpiono z niego.-Zapewne jesteś tylko zwykłym żebrakiem, pomiotem jakiejś żebraczki i zupełnie przez przypadek łowcy w czas świat Zir łamią prawo i napadają na Ciebie i zupełnie przez przypadek jakiś domorosły artysta , gdy ssałeś jeszcze cycki swojej matki w pijackim zwidzie wytatuował Ci na piersiach znak tygrysa???!!! Mówiąc te słowa Wizzoteriks oświetlił swoją twarz tak aby żebrak mógł zauważyć wilka wytatuowanego na jego głowie. Żebrak z ulga odetchnął.. Teraz miał już pewność że Ci ludzie na pewno nie są jego wrogami. Zwrócił ku niemu swoją, już spokojną twarz i z trudem ukrywaną ulgą i wzruszeniem osłabionym głosem cicho wyszeptał: -Kiedy ostatni raz byłem w Ashanti najpiękniejszą kurtyzaną była gorąca Mannuela. Jestem Lancetorix. chorąży klanu Tygrysa ....miesiąc temu uciekłem z doliny śmierci, z niewoli u Orków ,w którą dostałem się po bitwie u skały Ryczącego Diabła. Ci łowcy zapewne mieli za zadanie dostarczyć mnie tam z powrotem. Wciąż jestem ścigany przez strażników z doliny śmierci i choć przekroczyłem już granice imperium pościg wciąż trwa. To nagłe wyznanie nieznajomego wstrząsnęło Wizzoteriksem. Tę bitwę ,w której jako młody wojownik brał udział pamiętał doskonale. I teraz uświadomił sobie, że twarz nieznajomego żebraka od razu wydała mu się znajoma. Przed jego oczyma stanęły obrazy z przeszłości. .Przypomniał sobie z jakim podziwem patrzył na Tygrysów szykujących się do szaleńczej szarży w najbardziej krytycznym momencie tej bitwy. Przypomniał sobie wojownika kroczącego na czele falangi dumnie niosącego totem ich klanu. -A ja jestem Wizzoteriks ,regimentarz klanu wilka w służbie Króla Adreatosa- rzekł spokojnie Wizzoteriks- w takim razie Lancetriksie do czasu powrotu do Ashanti jesteś pod opieką klanu wilka -A ja jestem najpiękniejsza dziwka Wilków –wtrąciła z przekąsem Gosiatriks- a skoro dokonaliśmy już wzajemnej prezentacji, co dobrze świadczy o naszych manierach, zastanówmy się co winniśmy zrobić, aby wydostać się z tego gówna w które, Bogowie stawiając na naszej drodze Lancetoriksa oraz nienawiść jaką Wizzoteriks żywi do łowców niewolników całego świata, nas wpakowali Rzeczywiście sytuacja ich nie była godna pozazdroszczenia. Z jednej strony wisiał nad nimi wyrok śmierci za załamanie zakazu przelewu krwi w okresie święta Zir z drugiej strony czyhali łowcy niewolników ziejący chęcią odwetu za śmierć kamratów, Działać trzeba było szybko. Pozostanie w stodole równało się samobójczej śmierci. -musimy stąd znikać jak najszybciej bo za chwilę mogą pojawić się straże lub inni łowcy –rzekł Wizzoteriks . W tym momencie do stodoły weszła Iguanessa. -znalazłam konie łowcow -rzekła- .mogą nam się przydać wydostać z miasta w karczmie znajdują się nasze konie-jakby sama do siebie powiedziała Goasiatriks- i jeżeli straże znajdą to ścierwo ,to nasze nagłe zniknięcie nie pozostawi cienia wątpliwości kto dokonał tej jatki. Musimy udać się po nie do karczmy a Twoja rozbita głowa Regimentarzu na pewno zainteresuje strażników. Wizzoteriksowi nie trzeba było tłumaczyć i wyjaśniać niebezpieczeństwa jakie czyhało na nich ze wszystkich stron -możesz jechać konno-spytał się Lancetoriksa, a otrzymawszy potwierdzenie nakazal Iguanesiie i Gosiatriksowi aby udały się do karczmy po wierzchowce, sam zaś z Lancetoriksem skierowali się do miejsca gdzie znajdowały się konie łowców. Niespełna dwa pacierze później dwóch jeźdźców opuszczało w zupełnej ciszy przedmieścia Zir Mów - rzekł władczo młody mężczyzna otulony w czarną pelerynę Panie-odrzekł przestraszony człowiek-udało nam się znaleźć zbiega w karczmie na przedmieściach Zir. Gdy ten pies został wyrzucony przez karczmarza na dwór udaliśmy się za nim i w sprzyjającym momencie gdy nikogo nie było w pobliżu schwytaliśmy Go i spętaliśmy. Jednakże musiał ktoś nas obserwować, gdyż nagle zaatakowało nas troje wojowników zabijając moich kamratów. Tylko mnie udało się uciec. Twarz mężczyzny zapłonęła wściekłością. Od miesiąca tropił tego niewolnika. Od miesiąca nie schodził z konia ścigając Go jak pies gończy i gdy wreszcie zagnał zwierzynę w sieci z której nie powinna się już wydostać ,gdy nagonka założyła śmiertelną pętlę na szyję zwierzyny znów ktoś pomaga mu uciec. W jego uszach jeszcze brzmiały słowa Chipodeusa ,głównego strażnika doliny śmierci ze albo On sprowadzi tego parszywego niewolnika z powrotem albo Chipodeus osobiście wypatroszy jemu wszystkie wnętrzności i rozwiesi je na okolicznych drzewach. Smokodeus, bo tak nazywał się ów mężczyzna, pogardzał niewolnikami i traktował ich jak bezrozumne zwierzęta.. Ich dość częste ucieczki z doliny śmierci zawsze były dla niego źródłem doskonałej zabawy, przerywnikiem w monotonii codziennej służby i zawsze kończyły się tak samo. Poćwiartowane ciała takich śmiałków zwykle powiewały na okolicznych drzewach oznajmiając innym co czeka każdego kto śmiałby zdecydować się na taki czyn. Lecz tym razem chyba wszystkie moce niebiańskie i piekielne sprzysięgły się przeciw Smokodeusowi, W kotlinie uśpionych elfów ,gdzie osaczono zbiega nieoczekiwane pojawienie się bandy zbuntowanych Elfów uratowało go po raz pierwszy a sam Smokodeus o mało nie stracił życia w tej potyczce. A teraz nieznani wojownicy nie bacząc na zakaz przelewania krwi, wybili wynajętych przez niego łowców i po raz drugi ten parszywy niewolnik wywinął się z jego rąk. Przez chwilę, Smokodeus, zobaczył Chipodeusa pastwiącego się nad jego zwłokami. -Guzideusie- warknął Smokodeus- weźmiesz wszystkich ludzi i udasz się do tej stodoły. Znajdź mi tego niewolnika a tamtych zabij. Po wydaniu tego rozkazu Smokodeus zagłębił się w swoje myśli., analizując cała sytuację od momentu gdy doniesiono mu o ucieczce jednego z więźniów. Wiedział, że cała jego kariera legła w gruzach i teraz albo przywiezie Chipodeusowi uciekiniera, albo na wieki okryje hańbą swój ród. Im bardziej o tym rozmyślał ,tym większa rosła w nim nienawiść i zawziętość. W tej właśnie chwili Smokodeus uświadomił sobie, że gdyby musiał przejść przez krainę duchów, przepłynąć przez straszliwy ocean Aretii stanowiący przedsionek piekła, zmierzyć się z najstraszliwszymi potworami gór Aretyckich nie spocznie póki własnymi rękami nie rozszarpie na strzępy ciała tego niewolnika. Rozmyślania Smokodeusa przerwał tupot stóp powracającego pościgu. -uciekli Panie, w stodole odnalazłem tylko ciała zabitych i nikogo więcej. Napastnicy należeli do klanu wilka z Ashanti- wykrztusił zdyszany Guzideus pokazując zakrwawione strzały ,które wyjął z ciał zabitych. -wiec przynajmniej wiemy w którą stronę się udali-rzekł Smokodeus- każ wszystkim wsiadać na koń. Następnie podszedł do trzęsącego się jak osika łowcy niewolników i z szybkością błyskawicy rozpłatał mu gardło. Tak zawsze kończą Ci , którzy mnie zawiedli rzekł do obserwującego go Guzideusa. W drogę!!! Gosiatriks i Iguanessa cicho jak duchy ,skryte w ciemności nocy , przesuwały się między zabudowaniami ,bacznie rozglądając się i nasłuchując czy nikt za nimi nie podąża. Dotarłszy do drzwi stajni ,która mieściła się przy karczmie pod Rączym Jeleniem ,jeszcze raz rozejrzały się wokół a następnie najciszej jak mogły otworzyły drzwi i weszły do środka. .Kobiety podeszły do koni , które wyczuwszy swoje właścicielki cicho zarżały. -W porządku ,nikogo tu nie ma-cicho rzekła Iguanessa lustrując pomieszczenie- szybko siodłajmy konie i w drogę. Osiodłanie koni nie trwało długo ,tak iż po kilkunastu minutach wszystko było gotowe. Iguanessa i Gosiatriks jeszcze raz wsłuchały się w dobiegający zza ściany gwar rozmów i skierowały się ku drzwiom wyjściowym. Nagle drzwi się otworzyły a do środka wkroczył karczmarz oświetlając wnętrze stajni wielką lampą -hola ,hola -zawołał groźnie – a co to dziękujmy za gościnę i pośpiesznie opuszczamy ten przybytek nie uiściwszy zapłaty??!!! Psiakrew , diabli go tu nadali zaklęła w myślach Gosiatriks a następnie starając się aby jej głos brzmiał jak najbardziej naturalnie rzekła głośno z udawaną wesołością -służba nie drużba Panie Gospodarzu nasz dowódca kazał jechać dalej choć na miły Bóg zdecydowanie bardziej by się mi uśmiechało przespać tę noc w Pana zawszonym łóżku niż obijać w siodle tyłek przez całą noc. A co do zapłaty właśnie mieliśmy iść do was aby ją uiścić, ale skoro jest Pan tu to....... Nie kończąc zdania Gosiatriks sięgnęła ręką do sakiewki .Zwabiony tym ruchem Karczmarz przybliżył się do niej oświetlając lampa jej twarz. .Nagle cały znieruchomiał a jego oczy stały się wielkie jak dwa koła młyńskie -Ty masz krew na twarzy-wyszeptał nerwowo. Już miał wszcząć alarm ,wezwać biesiadujących za ścianą ludzi, wznieść larum gdy Iguanessa z szybkością kobry wbiła mu sztylet w gardło dławiąc dłonią jego ostatni przedśmiertny krzyk. -czy to bezsensowne zabijanie nigdy się nie skończy –wyszeptała wciekła jak osa Gosiatriks przysypując truchło karczmarza sianem- spieprzajmy stąd jak najszybciej nim pojawi się kolejny kandydat na umarlaka. Bez słów wyprowadziły konie na podwórze i odjechały kryjąc się w nieprzeniknionej ciemności. Gdy sylwetki wojowniczek pochłaniała noc z siana wyłoniła się rozczochrana głowa o przerażonych oczach, a po chwili w kierunku posterunku straży biegł cień człowieka gromko wołając.....zabito człowieka ...przelano krew!!!!!!!!!!!!! ************************************************************************************** Odkrycie przez Strażników świątyni ciał zabitych łowców niewolników oraz zabójstwo karczmarza wstrząsnęło całym miastem. Kroniki dziejów księstwa Zir od stuleci mozolnie spisywane przez tutejszych mnichów nie odnotowały przypadku, aby w podczas jednych świąt zginęło aż siedem osób. Oburzenie rosło z godziny na godzinę, Natychmiast zebrała się Rada Świątyni, wszczęto śledztwo i do końca dnia zakazano urządzać jakichkolwiek festynów i jarmarków. Całe miasto z zapartym tchem oczekiwało na wieści o pojmaniu sprawców tych ohydnych zbrodni. Nikt nie wątpił w to, że Ci którzy dopuścili się tego czynu zostaną wykryci i osądzeni z cała bezwzględnością. Na efekty pracy kapłanów nie trzeba było długo czekać. Nieoczekiwane zniknięcie trójki wojowników ,którzy ostatniej nocy gościli w karczmie pod Rączym Jeleniem. świadek zabójstwa karczmarza i strzały znalezione w ciałach zabitych nie pozostawiały wątpliwości co do tożsamości sprawców. Wieczorem, gdy do miasta powrócił pościg wysłany za zbiegami, w głównej sali świątyni, aktualnie niedostępnej dla wiernych zebrali się wszyscy kapłani.. Zebrani dyskutowali ze sobą omawiając z oburzeniem wypadki ostatniej nocy .Wszyscy byli zgodni co do jednego, że tylko śmierć tych co ośmielili się przelać krew i znieważyć boginie Zir uchroni miasto od jej gniewu. Wściekłość i oburzenie mnichów wzrastało z każdą minutą. Jednakże gdy do sali wkroczył główny kapłan w otoczeniu dowódców straży wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Astymengatos popatrzył smutnym wzrokiem na zebranych , uniósł prawą rękę do góry i rzekł: -Bracia!. Stała się rzecz straszna. W ten radosny dla nas czas przelano krew i przecięto nić życia. Takiego straszliwego czynu ,choć już 70 lat chodzę po tej ziemi nie pamiętam. Zbryzgano krwią niewinnych ludzi powracającą z czeluści piekieł Boginie Zir. W czasie gdy życie zwycięża nad śmiercią, gdy Bogini Zir pokonuje moce piekła przerwano nić życia. Bogini Zir żąda od nas przykładnego ukarania winnych i zmycia ich krwią hańby jaka stała się naszym udziałem. W sali ponownie zawrzało. Wszyscy kapłani przekrzykując się nawzajem domagali się ujawnienia imion tych którzy zhańbili ich boginię. Złorzeczono świętokradcom, wymyślano najstraszliwsze rodzaje tortur w jakich przyjdzie im umrzeć. Wszyscy byli zgodni co do jednego. Zabicie tych złoczyńców w miejscu gdzie dopadnie ich pościg sług świątyni nie uspokoi gniewu bogini .Trzeba sprowadzić ich do Zir i złożyć z nich ofiarę a im straszliwsza będzie ich śmierć tym większa pewność, iż bogini nie ukarze swego ludu. Główny kapłan znów podniósł rękę do góry i w sali zapanowała cisza. -Bracia- rzekł- udało nam się ustalić iż sprawcami tego ohydnego czynu byli przebywający w karczmie pod Rączym jeleniem 3 wojownicy z królestwa Ashanti. Mamy na to niezbite dowody i choć dziś udało im się ujść naszemu pościgowi to przyrzekam Wam ,że nie ujdą naszej sprawiedliwości. Jutro skoro świt uda się do króla Adreatosa nasze poselstwo z żądaniem wydania tych ludzi i postawieniem ich przed sądem świątyni. Myślę, że władca Ashanti nie ośmieli się odmówić naszemu żądaniu. Do czasu stracenia tych którzy ośmielili się zhańbić i rozgniewać boginię nakazuję aby każdy mieszkaniec ZIR przywdział żałobę i zakazuję jakichkolwiek zabaw. A teraz bracia rozejdźcie się i przekażcie wszystkim tę wiadomość. Po wysłuchaniu tych słów kapłani w ciszy i porządku zaczęli opuszczać świątynie, aby przekazać wszystkim decyzje Najwyższego Kapłana. Gdy sala opustoszała Astymengatos rzekł do stojącego obok niego dowódcy straży . -Witolinie, weźmiesz 10 najlepszych i najbardziej zaufanych żołnierzy i udasz się do Ashanti. Ustalisz dokładnie gdzie znajdują się Ci zabójcy i czy ktoś jeszcze im pomagał ,a gdyby Adreatos ociągał się ze spełnieniem naszego żądania lub wręcz odmówił jego spełnienia porwiesz ich i doprowadzisz żywych przed moje oblicze. Mówiąc to starzec mocno zaakcentował słowo żywych. Witolin nisko skłonił się przed kapłanem na znak iż doskonale rozumie czego się od niego oczekuje i natychmiast opuścił salę.
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
W karczmie panował typowy dla okresu świąt Zir tłok. Pomieszczenia wypełniał wielobarwny i wielojęzyczny tłum, przybyszów z zamorskich krain, kupców, napływających licznie do miasta oszustów, rabusiów oraz przedstawicieli innych mniej lub bardziej podejrzanych profesji W powietrzu zapachy pieczonego mięsa, skwaśniałego wina i piwa, mieszały się z zapachem wiszącego u powały sufitu czosnku, odorem niemytych ludzkich ciał oraz z wyziewami stajni odgrodzonej od głównej sali niewielkim drewnianym przepierzeniem Pomiędzy solidnymi stołami z dębowych desek, ustawionymi w równych rzędach po obu stronach izby biegał właściciel tego przybytku wciąż donosząc nowe dzbany wina, piwa ,karafki wódki oraz misy pełne pieczonego mięsa i kaszy. W świetle migających świec ,można było zauważyć jak twarze biesiadujących robią się coraz bardziej czerwone a wraz z ilością wypijanych kielichów gwar w izbie wzrastał. Karczma “Pod Rączym Jeleniem” cieszyła się w mieście zasłużoną złą sławą. Nie było dnia aby nie wywołano tu burdy, nie rozbito komuś nosa czy też wypatroszono nożem wnętrzności. Opowieści o samotnych podróżnych którzy nie zdążyli wejść do miasta przed zamknięciem bram i zatrzymali się w tej karczmie na noc i których ciała wyławiano później z fosy okalającej miasto, raz za razem obiegały miasto. Lecz w czasie świąt w mieście wszelkie burdy, bijatyki karane były z jak największą surowością.. Każdego kto w tym okresie przelał krew czekała w najlepszym razie perspektywa ukończenia swojego żywota w lochach tutejszego zamku. Nikt nie mógł liczyć na żadną pobłażliwość , ani na to ,że uciekając z miasta ocali swoje życie. Kapłani Zir nie darowali nikomu kto naruszył ten zakaz i nie było takiego miejsca na ziemi gdzie człowiek który dopuścił się tego świętokradztwa mógł czuć się bezpieczny Tak wiec gdy nastawał okres świat, gdy nieprzebrane tłumy ściągały z całego Imperium i okolicznych królestw do Zir aby oddać cześć Bogini ,gdy wszystkie karczmy, gospody kościoły i klasztory zatłoczone były do granic możliwości, również w karczmie “Pod Rączym Jeleniem” oprócz rzezimieszków i osób będących na bakier z prawem spokojnie i bezpiecznie mogli przebywać kupcy i pobożni pielgrzymi . W samym kącie sali .opodal paleniska na którym piekł się kolejny baran , siedziało troje podróżnych: mężczyzna i dwie kobiety. Ich wygląd ,nawet w czas nieświąteczny, budziłby respekt wśród klienteli tej karczmy. Mężczyzna ,człowiek w wieku około lat czterdziestu ,ubrany był w skórzany, nabijany ćwiekami kaftan opadający mu do połowy ud, krótką szarą spódniczkę i solidne skórzane buty; których podeszwy nabite były żelaznymi gwoźdźmi. Na ogolonej głowie dumnie prezentował się wykłuty czerwona farbą znak wilka.. Twarz mężczyzny ,poorana bruzdami, spalona słońcem i stepowym wiatrem, dobitnie świadczyła o tym, iż bliższy mu był gwar i niewygody obozu wojskowego niż luksus i komfort pałacowych salonów. .Z jego ruchów i gestów można było wywnioskować iż przywykł do rozkazywania i biada temu kto by się takiemu rozkazowi sprzeciwił. Obraz tej postaci dopełniał przewieszony przez plecy potężny miecz . Również ubiór towarzyszących mu kobiet nie wskazywał na to, iż są to damy do towarzystwa. Skórzane nabijane ćwiekami kurtki ,.krótkie zwisające u ich pasa miecze oraz błękitno-szare barwy pokrywające ich twarze nie pozostawiały złudzeń co do ich profesji i biada temu kto wziąłby je za bezbronne białogłowy . -nareszcie będzie można rozprostować kości i spłukać z gardła kurz który w nim się zagnieździł jak wszy na głowie żebraka-rzekł mężczyzna do swoich współtowarzyszek –a jutro skoro świt ruszamy w drogę szkoda –odrzekła czarnowłosa dziewczyna-wiele słyszałam o tym święcie i o odbywających się tu jarmarkach ,festynach i zabawach. .Chętnie bym została dzień lub dwa. Spieszyć się przecież nie musimy. Misje zakończyliśmy, a jeżeli opóźnimy nasz powrót nic się z tego powodu nie powinno wydarzyć -służba nie drużba Gosiatriso, naszym obowiązkiem jest jak najszybciej zdać relację Radzie Klanu z wykonania zadania-sucho stwierdził Wizzoteriks -marzę o tym aby w końcu zmyć z siebie brud i położyć się we własnym łóżku -odpowiedziała jasnowłosa dziewczyna –boli mnie tyłek od siedzenia cały dzień w siodle a jutro znów czeka nas długa droga. Po tygodniu picia tylko wody , odżywiania się suszonym mięsem i spania na gołej ziemi, kubek wina nawet tak podłego jak w tej karczmie i perspektywa spędzenia dzisiejszej nocy w łóżku (jeżeli to co nam karczmarz zaoferował można nazwać łóżkiem) bardzo poprawia mi nastrój. -no i oczywiście droga Iguanesso- zachichotała czarnowłosa kobieta-na Twój dobry nastrój wpłynie również to ze względu na bardzo zimne noce zapewne nasz regimentarz nie omieszka rozgrzać i rozmasować Twojego zziębniętego i obolałego ciała -nie tylko mojego Gosiatriso, nie tylko mojego-zripostowała Iguanessa wybuchając gromkim śmiechem . Iguanessa i Gosiatrisa były jak ogień i woda i być może to przeciwstawność tak je do siebie zbliżyła od pierwszych dni gdy poznały się w szkole kadetów Klanu Wilka. Iguanessa była jasnowłosą blondynką, nad wyraz spokojną , sumienną i zorganizowaną. Lubiła wszystko mieć zaplanowane i wszelkie odstępstwa od raz zatwierdzonego planu postępowania zawsze wprawiały ją w zły nastroj. Natomiast kruczowłosa Gosiatris, była typowym przykładem osoby wcielającej w życie maksymę carpe diem. Aż dziwne ,że przy takim podejściu do życia zdecydowała się na karierę wojskową .W całym klanie słynne były jej podboje miłosne i figle ,których doświadczali wszyscy Wilcy bez względu na wiek i posiadaną rangę. .I chyba tylko przyjaźń z Iguanessą , która jak to zawsze podkreślała po raz ostatni wybawia ją z kłopotów, sprawiła ,że udało jej się pozytywnie ukończyć szkolenie.. Wizzoteriks chciał włączyć się w radosną rozmowę młodych kobiet ,gdy nagle jego wzrok spoczął na 3 mężczyznach po drugiej stronie sali, bacznie obserwujących grzejącego się przy kominku żebraka. Na ich widok twarz mu poszarzała ,oczy zaczęły ciskać błyskawice a dłonie kurczowo zacisnęły się na blacie stołu. To uczucie nigdy go nie myliło. wyćwiczony w licznych bitwach, burdach, pojedynkach instynkt podsycany wspomnieniami z młodości cedził mu do ucha ,że ma przed sobą łowców niewolników. .Iguanessa i Gosiatriks natychmiast zauważyły nagłą zmianę nastroju swojego dowódcy a zapewne znając nie tylko przyczynę tej zmiany ale doskonale orientując się jakie mogą być jej konsekwencje natychmiast przerwały swoją wesołą konwersację. One również dostrzegły łowców niewolników -Wizzoteriksie- rzekła Iguanessa –pamiętaj że jesteśmy w Zir i nawet to, że jesteśmy Wilkami nie uchroni nas od kary gdybyś wszczął bójkę z tymi draniami wiem-wycedził przez zęby Wizzoteriks- i tylko świadomość tego powstrzymuje mnie przed pogadaniem z nimi. -chodźmy lepiej już spać-pośpiesznie dodała Gosiatriks- bo jutro czeka nas daleka podróż a teraz w powietrzu jakby zapachniało bardzo dużymi kłopotami. Poza tym nie chciałabym dzisiejszej nocy marznąć. Mówiąc to Gosiatrix zalotnie i prowokująca spojrzała na swojego dowódcę -poczekajmy chwilę- szepnął Wizzoteriks- Ci łowcy coś za bardzo obserwują tego żebraka. Ciekawe dlaczego on ich tak interesuje. -wydaje Ci się Wizzoteriksie- odparła Iguanessa –myślę ,że najlepiej zrobimy idąc już spać. Jednakże ton jej wypowiedzi świadczył iż sama nie wierzyła w skuteczność swojej perswazji Na prawilka Atleusa -szepnęła jej do ucha Gositriks –mrowienie w moich lędźwiach zawsze zapowiadało burzliwą noc. Zazwyczaj to był sex a dziś czuję, że to będą wielkie kłopoty. Tymczasem żebrak nieświadom tego iż jest bacznie obserwowany ,spokojnie rozgrzewał swoje zmarznięte członki ,dziękując wszystkim bogom tego świata za możliwość spędzenia dzisiejszej nocy przy gorącym kominku. Niestety jego radość nie trwała zbyt długo, gdyż karczmarz kazał mu się natychmiast wynosić z karczmy na dwór.. Żebrał zmierzył karczmarza dumnym wzrokiem i posłuszny jego woli pospiesznie wyszedł z karczmy.Za nim udali się obserwujący go mężczyźni. -muszę sprawdzić dlaczego Ci dranie tak się interesują tym żebrakiem, a Wy moje drogie idźcie do izby i zajmijcie ufortyfikowane pozycje w swoich łóżeczkach. Dziś w nocy przeprowadzę szkolenie z taktyki walki obronno-zaczepnej- rzekł pośpiesznie Wizzoteriks udając się w kierunku wyjścia. Na dworze panował mrok i hulał zimny wiatr. Oswoiwszy się z ciemnością Wizzoteriks bacznie się rozejrzał na prawo i lewo, lecz nie dostrzegł ani łowców niewolników ani żebraka. Do jego uszu nie dotarły tez żadne niepokojące odgłosy. Ruszył w kierunku głównej bramy miasta. Po 50 krokach gdy zdecydował się wrócić do swoich towarzyszek usłyszał stłumiony jęk, Wizzoteriks zastygł w bezruchu bacznie nasłuchując.. Wokół zaległa cisza i tylko z karczmy dochodziły głosy nocnej biesiady. Odczekał jeszcze chwilę bacznie wsłuchując się w odgłosy nocy. Nie usłyszawszy żadnych podejrzanych odgłosów już miał wrócić do karczmy, gdy w odległej o 30 m opuszczonej stodole dostrzegł słabe światełko. .Wiedziony dziwnym uczuciem, że to co przez moment usłyszał nie było wytworem jego wyobraźni skierował się w stronę stodoły. Bezszelestnie i cicho ,jak duch przechadzający się po krużgankach nawiedzonego zamczyska Wizzoteriks zbliżał się do stodoły. Dotarłszy tam znalazł dziurę w jednej z desek tworzących ścianę stodoły i ostrożnie zaczął się rozglądać po jej wnętrzu .Instynkt wojownika i tym razem go nie zawiódł. Na klepisku po przeciwległej stronie, stało 3 mężczyzn. Dwóch z nich o czymś cicho rozmawiało a trzeci oświetlał latarnią leżącego na ziemi człowieka ,którego krępowało dwóch innych napastników. Napastnicy uzbrojeni byli w pałki i sztylety i tylko u dwóch zauważył miecze pieczołowicie schowane pod płaszczami. Wizzoteriks spokojnie zlustrował sytuację, ciesząc się w duchu z tego iż kazał swoim towarzyszkom iść spać. W świetle rzucającej słabe światło lampy dojrzał dużą wyrwę w ścianie przez którą swobodnie mógł się przecisnąć dorosły człowiek. Tam tez skierował swoje kroki, starając się aby nie nadepnąć na jakiś patyk, który mógłby zdradzić jego obecność. Podświadomość polującego wilka opracowywała już plan ataku. Intuicja podpowiadała mu , że tylko gdy uda mu się wykorzystać zaskoczenie ma szanse na to aby wyjść z tej walki żywym. Nigdy jeszcze w swoje dotychczasowym życiu nie stawał sam przeciw sześciu napastnikom. Wiedział ze zdecydowanie góruje nad nimi doświadczeniem i wyszkoleniem ale przewagę tę niwelowała ich liczba.. Wizzetoriks wyjął z pochwy swój miecz do prawej ręki wziął sztylet i gdy znalazł się w odległości 6 kroków od napastników zaatakował cicho i błyskawicznie. Ciśnięty wprawną ręką sztylet wbił się po rękojeść w gardło pierwszego napastnika i nim łowcy niewolników zdołali uświadomić sobie grożące im niebezpieczeństwo jednym uderzeniem miecza roztrzaskał głowę drugiemu napastnikowi. Lecz łowcy niewolników szybko otrząsnęli się z zaskoczenie i rzucili się wszyscy na niespodziewanego napastnika. Walka rozgrywała się bez słów., w ciszy przerywanej tylko szybkimi oddechami walczących Wizzoteriks zgrabnym piruetem wyminął atakującego Go przeciwnika,, odparował cios miecza godzący w jego głowę. Katem oko dostrzegł zachodzącego go z tyłu przeciwnika uzbrojonego w długi sztylet .Odskoczył w bok i jak drwal ścinający drzewo, oburącz zadał potężny cios w plecy. Jeszcze wykonał jeden piruet unikając cięcia miecza .W momencie gdy szykował się do zadania kolejnego śmiertelnego ciosu nagle cały świat zawirował wokół niego. Potężny cios pałką wymierzony w jego głowę tylko dzięki wyrobionemu wieloletnimi ćwiczeniami unikowi nie roztrzaskał jego czaszki lecz był na tyle silny aby zamroczyć Wizzoteriksa. W ostatnim akcie rozpaczy i determinacji, instynktownie dźgnął mieczem napastnika i osunął się na kolana oczekując dalszych ciosów .W tym samym momencie powietrze przeciął świst dwóch strzał i dwóch kolejnych napastników padło nieżywych na ziemię .Do stodoły wpadły Iguanessa i Gosiatriks szyjąc ze swoich łuków do łowców niewolników .Niespodziewana odsiecz odebrała łowcom chęć do dalszej walki i porzucając swoje ofiary skoczyli do dziury w ścianie aby wydostac się z matni. Jednemu z nich udało się uciec drugiego dopadły strzały wilczyc. -kurwa –wysyczała Gosiatriks pomagając podnieść się z ziemi zakrwawionemu Wizzoteriksowi- wiedziałem ze tak będzie, .czy Ty zawsze musisz, kurwa, pakować się w takie tarapaty i nadstawiać swój głupi wilczy łeb w każdej bójce. Nie mogłeś odpuścić i nie narażać ani siebie ani nas???? Zabierajmy się stąd natychmiast i spieprzajmy tam gdzie nie doścignie nas zemsta kapłanów , o ile jest takie miejsce na świecie -jeden uciekł-rzekła powracająca z pogoni za ostatnim łowcom Iguanessa- może sprowadzić tu swoich kompanów, bo coś mi się wydaje ze ten żebrak nie jest zwykłym żebrakiem skoro zdecydowali się na ten krok. -kazałem Wam przecież czekać na mnie w karczmie-rzekł oschle Wizzoteriks, ale zdając sobie sprawę. ze ich nieoczekiwane przybycie uratowało mu życie, rzekł pojednawczo-dzięki za odsiecz, a skoro stało się to co się stało przypatrzmy się bliżej temu żebrakowi. Iguanesso obserwuj czy nikt nie nadchodzi. Wizzoteriks podszedł do leżącego żebraka i rozciął mu więzy a następnie przekręcił go na plecy i oświetlił jego twarz W słabym świetle lampy ujrzał brudną i pokrytą gęstą i długą brodą twarz czterdziestoletniego mężczyzny .Dziwne ,pomyślał Wizzoteriks przyglądając się nieznajomemu ,ale mam wrażenie że tę twarz już kiedyś widziałem. -przeszukajmy Go, być może to co znajdziemy pomoże nam wyjaśnić tajemnice tego człowieka-szepnęła Gosiatriks , która właśnie przykucnęła przy żebraku. Wprawnymi ruchami odchyliła poły siermiężnego i pełnego dziur kaftana macając palcami każdy centymetr materii w nadziei na znalezienie odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Wizzoteriks przysunął bliżej lampę i nagle oboje stanęli jak porażeni. W słabym świetle lampy na piersiach nieznajomego ujrzeli tatuaż przedstawiający atakującego tygrysa. -Na prawilka Alteusa- wyszeptała biała jak kreda Gosiatriks- On jest Tygrysem
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Lancetoriks Lancetoriks
Szeregi Tygrysów, topniały w przerażającym tempie. Orkowie ogarnięci szałem bojowym, złaknieni krwi i mordu, niewrażliwi na śmierć i zadawane im rany wciąż napierali. Walka stawała się coraz bardziej zażarta i bezpardonowa. Tu nikt nie błagał o litość, ale też i nikt nie zamierzał litości okazać. Walczono na miecze, noże i topory, a gdy ścisk uniemożliwiał użycie jakiejkolwiek broni wykłuwano sobie oczy palcami, przegryzano gardła i odgryzano uszy. Szeregi walczących przemieszaly się ze sobą. Ciosy zadawano z przodu i z tyłu, walczyli ci co mieli jeszcze siłę stać, walczyli ci już co leżeli, walczyli póki tliła się w nich najmniejsza iskierka życia. W tumanach unoszącego się kurzu walczyli ludzie i walczyły zwierzęta. Wydawało się, iż całym światem, wszystkimi żywymi istotami zawładnęła żądza zabijania. Gdy nowa fala Orków uderzyła w szeregi wojowników Tygrysa, Lancetoriks z przerażeniem obejrzał się wokół siebie. Opodal jego dowódca Niukotis wywijając swym dwuręcznym mieczem odgradzał się od atakujących coraz wyższym murem ciał. Całe wzgórze pokrywały ciała jego żołnierzy, najsłynniejszych wojowników klanu, naszpikowane strzałami i oszczepami, zastygłe w nienaturalnych pozach. To już koniec, pomyślał Lancetoriks widząc zbliżającą się ćmę nieprzyjaciół. W ostatnim geście rozpaczy, uniósł wysoko w górę totem, chlubę i najcenniejsza relikwie klanu, niemego świadka wielkich zwycięstw i popędził śmiało naprzeciw zbliżającej się śmierci
TagsTags: fantasy 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Nie znasz dnia ani godziny mówi Pismo. I coraz częściej przekonuję się o prawdziwości tych słów. Ostatnio, miałem okazję doświadczyć tego, że nawet małe , z pozoru nieistotne wydarzenie może sprawić to, że inaczej patrzy się na pewne sprawy , tak bardzo istotne w codziennym naszym życiu. Sprawa dotyczy relacji między kobieta i mężczyzną, ciągłym poszukiwaniem takiego ich układu, które daje osobom wplątanym w taki związek jak najwięcej rozkoszy i radości ze wspólnego obcowania. Można by tu rzec, że sprawa dotyczy znalezienia swojego miejsca na osi ,której punkty wyznaczają dwie skrajności: miłość fizyczna i miłość platoniczna, miłość cielesna i miłość duchowa. Podobno wraz z wiekiem, jak dowodzą naukowcy, większą uwagę zwraca się na więzi uczuciowe i duchowe mniejszą wagę przykładając do szalonych lotów na skrzydłach kamasutry przez niezmierzone połacie erotyki. Czyli mamy tu do czynienia z odwiecznym konfliktem między możliwościami fizycznymi a możliwościami intelektualnymi. Czy większa radość i rozkosz dają igraszki intelektualne czy też fizyczne doznania? Oto jest pytanie , które postawiłem sobie w związku z pewnym wydarzeniem, którego byłem bezpośrednim uczestnikiem. Czy bardziej pociąga nas intelekt, duchowość, zmysłowość drugiej osoby , czy tez jej cielesność. Nie będąc fanatycznym zwolennikiem ani wyłącznie miłości platonicznej, związku duchowego, ,doznań intelektualnych ani tez wyłącznie miłości fizycznej, pod wpływem tego wydarzenia zacząłem się zastanawiać .gdzie na wyżej wspomnianej osi znajduje się mój punkt???? Mój punkt G.!!! Ale nie wdając się teraz w zbyt zawiłe rozważania filozoficzne pozwólcie, że zdam Wam relację z tego wydarzenia. A było tak......... Razem z Kobi i elitą klanu tygrysa bawiliśmy u włodyki Kristoferusa, który owładnięty poczuciem obowiązku i podporządkowania się zasadom wiary, postanowił zalegalizować swój związek z konkubiną Agnessą. Ślub, jak i przyjęcie było na miarę pozycji społecznej i majętności włodyki. Na zamku, gdzie odbywała się uroczystość zebrali się najznakomitsi przedstawiciele klanów i rodów obojga szczęśliwych małżonków Stoły uginały się od najsmakowitszego jadła i znakomitych trunków, a biesiadę umilali nam grajkowie z dalekiej Ślęzy. Po zaspokojeniu pierwszego głodu, pomny wagi obowiązków nałożonych przez obyczaj i dobre wychowanie, chcąc zyskać przychylność bogini Fortuny dla nowożeńców, wznosiłem toast za toastem, pijąc za pomyślność pary młodej, życząc im 100 lat życia w miłości i dobrobycie, a gdy wódka została już dostatecznie osłodzona, raźno ruszyłem w tany, oddając się przyjemności kręcenia bioderkami, podskakiwania w rytm muzyki, czy też miłej sercu rozkoszy przytulania się do mojej partnerki. W końcu lekko zamroczony od ciągłego wirowania i troszeczkę zmęczony podskakiwaniem, wyszedłem wraz z Kobi na dwór, aby odetchnąć świeżym, wiejskim powietrzem i uspokoić pulsującą w żyłach krew. Usiedliśmy sobie na ławeczce, ramię przy ramieniu, nóżka przy nóżce, dłonie trzymając przy sobie i szczerze mówiąc, wyglądaliśmy jak te dzieciaki, ze znanej reklamy serka Hochland. A noc była piękna. Niebo roziskrzone gwiazdami mrugającymi do Nas zalotnie z góry, wśród białych cumulusów majestatycznie przechadzał się księżyc, a z głośników kapeli sączyła się do naszych uszu piosenka o facecie, który z liściem na głowie szwendał się po jakimś mieście. W pewnej chwili Kobi spojrzała na mnie czule i zapytała się: -a czy wiesz Lancetoriksie kto śpiewa tę piosenkę??? Sprawdza moją inteligencję, pomyślałem, sprawdza moją erudycję!!!! A jeżeli sprawdza to znaczy, ze poszukuje we mnie tego co, jeżeli wierzyć słowom kobiecych pism, kobiety cenią najbardziej u mężczyzn. W takim razie dla mojej kochanej Kobi nie jest ważny wiek, klata atlety, obwód bicepsa czy tez obwód lub długość innych mięśni!!! Ta błyskotliwa myśl, uruchomiła funkcji turbo w moim biokomputerze. Na powierzchni puszki mózgowej zaczęło iskrzyć, a po zwojach mózgowych, niczym narciarze pokonujący trasę “giganta” przebiegały neurony. Po chwili lotem błyskawicy dotarła do mojej świadomości wieść: kod dostępu do informacji został znaleziony!!!!!! -wiem kochana Kobi- odrzekłem, starając się swoim głosem wyrazić nie tylko to, że wiem ale tez to, że wiem co mówię. Więc kto Lancetoriksie ? –ponownie zapytała Kobi mrugając do mnie swoimi czarnymi oczętami, w których zobaczyłem roziskrzone diamentami gwiazd niebo. Już miałem odpowiedzieć na jej pytanie, już miałem wypowiedzieć imię tego barda, gdy nagle.... pech !!!!..klapa!!!! zapomniałem!!!!! Cholera , pomyślałem, że też w takiej chwili mi się to zdarza. Co prawda nie mnie pierwszemu, bo słynne powiedzenie “..Wiem ,że nic nie wiem..” , które przypisuje się pewnemu Grekowi zwanego przez historię Sokratesem zapewne powstało w podobnej sytuacji. Chciał cos powiedzieć i zapomniał. No ale dzięki temu przeszedł do historii, co mnie raczej nie grozi. Tak na marginesie, chciałem zauważyć, że historia jest bardzo niesprawiedliwa, bo o jednych pamięta a innych zaś zapomina. Te znane słowa “..Homo sum..” widniejące na sztandarach humanistów wydobywających ludzkość z mroków średniowiecza, które na język bardziej ludzki i zrozumiały tłumaczy się “człowiekiem jestem”, wypowiedział pewnie jakiś anonimowy i zapomniany przez historię Rzymianin, gdy po całonocnej libacji ujrzał odbicie swojej twarzy w lustrze. Ale dość tych dygresji na tematy historyczne. Gdy Kobi ponownie zapytała się mnie o imię i nazwisko tego gościa, który śpiewał piosenkę o facecie przechadzającym się po mieście z liściem na głowie wpadłem w przerażenie. Normalnie wyjdę na durnia, głupka, nieuka, nie znającego gwiazd muzyki pop. Ta i podobne myśli jak stado krwiożerczych piranii wbijało się ostrymi zębami w moje ego. Mimo panującego mroku poczułem jak zbladłem, by za chwilę zzielenieć, a za moment ocean czerwieni zalał moja skórę. Wzorem kameleona mieniłem się wszystkimi barwami tęczy. Na szczęście stan ten nie trwał długo. Gdy już miałem zmienić temat naszej rozmowy w mojej głowie, jak dźwięk trąb pod murami Jerycha, zabrzmiał potężny głos: KUBA SIENKIEWICZ!!!!! KUBA SIENKIEWICZ!!! -Kuba Sienkiewicz odrzekłem ze stoickim spokojem i spojrzałem tryumfująco na Kobi. Uśmiech jakim mnie obdarzyła był dla mnie nie tylko najpiękniejszą i najcenniejszą nagrodą, ale również certyfikatem ,że posiadam TO COŚ . Objąłem ją powłóczystym spojrzeniem, koncentrując się na jej uroczym dekolciku i oddałem się marzeniom.............o kanapce z plasterkiem serka Hochland podawanej mi ręką Kobi. Zupełnie jak w tej reklamie!!!. Ale moje szczęście nie trwało długo. Za chwilę z objęć hochlandowskiej fantazji wyrwał mnie słodki głosik Kobi: -a czy wiesz Lancetoriksie w jakim zespole gra Kuba Sienkiewicz????? Nokaut!!! Szybko zamknąłem oczy, albowiem na monitorze mojego biokomputera pojawił się napis: No system or disc error. Cholera, czy tez kobiety zawsze muszą tak każdą sprawę drążyć do jądra, nie zadawalając się pierwszą poprawną odpowiedzią, tylko muszą mieć pewność absolutną??? Oczywiście ,że wiem tylko zapomniałem!!. Nazwa kapeli na moment zagubiła się gdzieś w najbardziej niedostępnych rejonach mojej pamięci. A poza tym przecież udowodniłem już, ze wiem kto to jest Kuba Sienkiewicz i jaką piosenkę śpiewa!! Czemu zamiast prowadzić rozmowę na tematy bardziej pasujące do magicznej rzeczywistości, która nas otaczała , zamiast porozmawiać o życiu erotycznym termitów w Afryce Centralnej lub jak to robią eskimosi , dając tym samym jednoznaczny impuls dla naszych żądz i namiętności Ona wciąż sprawdza czy TO COŚ co we mnie tkwi jest autentycznym i markowym produktem czy też koreańską podróbką??? Sytuacja stawała się coraz bardziej krytyczna. W powietrzu zapachniała klęską, sromotą i wstydem. Lecz tym razem w sukurs przyszła mi moja erudycja a dokładniej znajomość historii. W głowie usłyszałem słowa cesarza Napoleona wypowiedziane głosem znakomitego komentatora sportowego Jana Ciszewskiego. Najlepszą obroną jest atak. Więc zaatakowałem!!!! Niczym tenisista rozgrywający mecz na turnieju Wembledońskim wykonałem klasyczny return. Błogosławiony, pomyślałem, niech będzie biały sport. -a czy Ty, kochana Kobi, wiesz w jakim zespole On gra???!!!- błyskawicznie odparowałem jej pytania Strzał był celny. Kobi na moment znieruchomiała, a jej oczy stały się wielkie jak dwa młyńskie koła. Po jej głowie zaczyły przebiegać świetliki neuronów poszukujących odpowiedzi na to pytanie. Wyglądała jak mityczna żona Lota, przyglądająca się błyskawicznym zmianom zachodzącym w planie urbanistycznym Sodomy i Gomory. Teraz to jej biokomputer pracował na największych obrotach. Przez krótka chwilę niczym, Cezar odbywający swój tryumfalny wjazd do Rzymu, przyglądałem się bezskutecznym próbom Kobi odnalezienie odpowiedzi, by za chwilę przejść w zupełnie odmienny stan świadomości. Obserwując jak iskry neuronów przebiegających po jej głowie powoli zmieniają się w długie świetliste ogniki wpadłem w przerażenie. Kurde będzie miała zwarcie, pomyślałem, przepali się jej biokomputer i co wtedy pocznę???!!! Trzeba jak najszybciej coś zrobić, aby rozładować gromadzące się niebezpiecznie na jej główce bity i neurony informacji . Łatwo powiedzieć lecz trudniej wykonać. Do przeprowadzenia tak odpowiedzialnej czynności niezbędne jest posiadanie odpowiedniego laboratorium, gdzie świeżość szeleszczącej pościeli miesza się z wonią płatków róż i zapachem rozognionego namiętnościami ciała Kobi. A jak to zrobić tu, na oczach 150 osób??!!!! Nie było wyjścia i trzeba było wykazać się odwagą cywilną. -ja też nie pamiętam kochana Kobi- powiedziałem do niej, starając się, aby mój głos zabrzmiał jak najbardziej uroczo i ciepło. Gdybyście widzieli ulgę na jej twarzy i ten uśmiech jakim mnie obdarzyła.. Kobi odetchnęła z ulgą , a ja na widok jej piersi unoszących się lekko jak fale w błękitnej lagunie na atolu koralowym, znów oddałem się rozkosznym marzeniom, lecz tym razem już nie o kanapce z plasterkiem serka hochland. Z głośników doleciał y do naszych uszu słowa innej piosenki , więc Kobi szybko wstała i powróciła na sale taneczną. Zostałem sam. Postanowiłem jednak nie poddawać się i za wszelką cenę przypomnieć sobie, jak brzmi nazwa tego zespołu, w którym gra Kuba Sienkiewicz. Trudno, pomyślałem, choćbym miał oszaleć, choćbym miał dostać wytrzeszczu oczu od nadmiernego wysiłku umysłowego przypomnę sobie tę nazwę. Wstałem i popatrzyłem w niebo, w nadziei , że w gwiazdach przeczytam to na czym teraz najbardziej mi zależało. Niestety , kilkunastominutowe wpatrywanie się w te świecące punkciki oprócz bólu szyi nic mi nie dało. Zapewne albo niebo było tej nocy zbyt zachmurzone albo to przekonanie astrologów , że w gwiazdach wszystko jest zapisane jest zwykłą lipą czyli, wyrażając się językiem biznesu, chwytem marketingowym. Rozejrzałem się wokół. W ciemnościach nocy majaczyły w oddali jakieś zabudowania, na tle nieba wyraźnie rysowała się kępa drzew obok której stał słup wysokiego napięcia. I wtedy się stało. Elektryczność!!! To słowo przebiegło przez wszystkie moje komórki. Elektryczność zgodnym chórem powtórzyła moja świadomość ,podświadomość ,chuć i wszystkie instynkty niższe i wyższe. Ten pieroński zespół nazywa się Elektryczne Gitary!!!!! Byłem uratowany!!! Moja inteligencja znów odniosła sukces. W tym miejscu drogi czytelniku być może zaprotestujesz argumentując, że to nie zasługa mojej inteligencji lecz przypadek, ślepy traf. Bo gdyby na tym terenie nie było słupa trakcji elektrycznej, zważywszy na ilość alkoholu jaką tego wieczoru wypiłem, na pewno bym sobie tej nazwy nie przypomniał. Nie przeczę, ze pomógł mi przypadek. Ale ile to razy w historii ludzkości przypadek odegrał znakomitą rolę. Niech wspomnę tylko Archmiedesa. Wrócił facet z podróży brudny i zabłocony. Wszedł do wanny, aby się umyć i krzyknął Eureka, gdyż wymyślił prawo , które później potomni na jego cześć nazwali prawem Archimedesa. Albo Issak Newton. Leżał sobie gościu pod jabłonią, leniuchował i śnił o jakiś dyrdymałach, gdy nagle zgniłe jabłko rozbiło się o jego czerep. I właśnie dzięki temu, bo gdyby Newton np. położył się pół metra dalej to zdarzenie to nie miało by miejsca, odkrył prawo ciążenia. Historia zna wiele takich przypadków. Asocjacje pomiędzy tymi dwoma ,potwierdzonymi przez historię, przypadkami a moim są zbyt oczywiste, aby dalej dowodzić tezy, że przypadki skutkujące genialnymi myślami są udziałem wybitnych osób. Ale wróćmy do opowiadanej przez mnie historii. Dokonawszy tak genialnego odkrycia, nie zwlekając (obawiałem się ,że młodzi faceci, którzy już wcześniej kręcili się przy Kobi, zechcą pod moją nieobecność roztoczyć przed nią TO COŚ , co tak bardzo lubią kobiety) pobiegłem na salę taneczną. Stanąłem przed nią i tryumfującym głos oznajmiłem: -a ja wiem w jakim zespole gra Kuba Sienkiewicz!!!!! Spojrzała na mnie z nie ukrywanym uwielbieniem . -więc w jakim zespole gra Kuba Sienkiewicz???? -nie powiem Ci –odrzekłem- ale podam Ci informację naprowadzającą. Na chwilę zaniemówiłem, albowiem w mojej głowie wykluł się pewien plan, i po chwili wypaliłem: -Czerwone Gitary!!!!!! Przez twarz Kobi ,jak huragan Cathrina, przewinęły się wszystkie możliwe stany duszy. Wpierw jej twarz oblekła się w całun skrajnej rozpaczy by za chwilę rozbłysnąć promieniami radości i szczęścia -Elektryczne Gitary!!!! –krzyknęła rzucając mi się na szyję. I oto właśnie chodziło. Młode byczki tej nocy nie miały już żadnych szans. Tak więc błahe z pozory zdarzenie po raz kolejny udowodniło, że jednak fizyczność , choć zgodnie z tezą jak Cię widzą tak Cię piszą, w konfrontacji z intelektem i erudycja jest bez szans. Czyli mówiąc innymi słowy PISMA KOBIECE NIE KŁAMIĄ!!!! A co do pytań postawionych na wstępie tego wywodu. Zdecydowanie opowiadam się za związkiem opartym na zrównoważonych proporcjach pomiędzy intelektem, uczuciowością a fizycznością. Mierz zamiary na siły!!!
TagsTags: próbyliterackie 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Wielka to dla mnie radość i rozkosz równie wielka, kiedy językiem moim pieszczona jest muszelka. I w innym świetle jawią się Reya słynne słowa by język wyraził zawsze to co pomyśli głowa.
TagsTags: figlarnaerotyka 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Oniesmielony, troche speszony, lecz tez ciekawy jest we mnie chęć, odkryc mam nową piekna krainę jej nazwa brzmi dziewięć na sześc. Nigdy w krainie tej nie bywałem, nigdy rozkoszy jej nie poznałem więc mi wytłumacz co mam uczynić abys mnie mogła wielbić-nie winić. Popatrz kochanku, cyfra szósteczka na dole brzuszek w górze usteczka, lecz gdy odwrócisz cyfrę szósteczke to wtedy będziesz miał dziewiateczkę. Więc tak ułózmy i nasze ciała, na górze chłopczyk, dziewczynka mała będzie na dole jako szósteczka, dla Ciebie cyfra jest dziewiąteczka. Pamietaj o tym- rzekła te słowa- gdzie moje uda tam Twoja głowa, gdzie uda Twoje tam głowa moja co czynic dalej fantazja Twoja niech Ci podpowie, niech Ci sie marzy, wspomnij Renesans, wspomnij pisarzy, niech żar rozkoszy Toba zawładnie ,pochyl swa głowę , zobacz jak ładnie. Jest panorama, jest też i knieja,niech ciałem stana się słowa Reya i niestrudzenie w księzyca blasku cud tajemnice Wenery lasku, odkryj i głoś tę radosną wieść. Nowe masz nic ponad dziewięć na sześć!!!!! Śmierc dla miłości to zawsze nuda i stą wypływa zasada druga aby zamieniać się cyferkami. Jak wtedy będzie????? Sprawdźcie to sami.!!!!
TagsTags: kamasutra 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Pamietam, to w Szampani było. Gaj winny strojny w słodkie grona, noc piekna a na niebie gwiazdy, księżyc i słowik oraz Ona. Stoimy w gaju, piekni , młodzi, księzyc nas blaskiem swym otula. Z blasku uszyta jest jej tunika, blaskiem jest równiez moja koszula. Na szyi mi zaplotła ręce, na sobie czuje jej uda, łona pełna miłości oraz rozkoszy zawisła na mnie jak słodkie grono. Ona gałęzia co w ruch ja wprawił,ptak co przed chwilą wbił sie w niebiosa, to w dół opadnie to pnie sie w górę , tańcząc odwieczny taniec Erosa. I czuje jak jej ciało drży, co wprawia w drżenie ciało moje, w całym Wszechświecie już tylko My!!!!! jest jeszcze słowiek??!!! Więc jest Nas troje. Ja krzewem winnym, a Ona gronem, miłość Nas łączy, miłość przenika. Tak zespoleni w Erosa splocie trwamy wsłuchani w piosnke słowika.
TagsTags: kamasutra 
January 12, 2008January 12, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Naga i taka piekna, leżysz na brzegu łóżka, posladki na poduszcze, szczęśliwa ta poduszka. Patrzę na Twoje ciało zalotnie ułożone, piersi- owoc granatu, rozkoszą pobudzone. Słodki wzgórek Wenery, w nim zakamarków moc, odwiedzam zakamarki, co noc, co noc, co noc. Widok ten tak uroczy, świat cały mi przesłania, oto kochanka moja, piękna jak leśna łania. Wzrok mój nienasycony, pochłaniam Cię , połykam i zbliżam sie do Ciebie, swym ciałem Cię dotykam. I nagle Twoje stópki, swawolnie pną sie w górę, po brzuchu, nagim torsie przyjemnie drażniąc skórę. Przymykasz swoje oczy, robiac rozkoszne szparki i swoje małe stópki, na moje kładziesz barki. I mówisz mi figlarnie głosem bajkowej wróżki: popatrz kochanku miły jak ładne ja mam nóżki. wyciagasz do mnie ręce, dłoń Twoja w mojej dłoni a ten niesforny lingam przenika Twoją joni. Za oknem noc i gwiazdy.
TagsTags: kamasutra 
January 11, 2008January 11, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Jak bluszcz co drzewa pień oplata łodygami, Najdroższa owiń mi biodra swymi nagami. Na plecach ręce złóż, do piersi pierś przyciskaj, niech w ciałach płonie żar, który zrodziła iskra. Jak tygrysica bądź, co pręży się wygina, gdy czuje świeży łup, gdy na niej jest zwierzyna. A łupem Twoim ja, ja jednorożca źrebie, gdy ciałem ku mnie lgniesz mój róg przenika Ciebie. Ponawiasz atak z furia tak, rzucasz się, gryziesz , drapiesz, gdy cios zadaje moja broń, ustami usta łapiesz. I wybuch gwiazdy, feria barw: niebiesko, żółto, biało, namietnie w piersi wtulam twarz,całuję Twoje ciało. Jak liść na wietrze cała drżysz, mną miota moc tsunami, w bezruchu trwamy wielbiąc noc, szczęśliwi, zakochani.
TagsTags: kamasutra 
January 11, 2008January 11, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Kolejna sexu stronka, zachwycisz sie tą stronką, ja będę Twym rumakiem , Ty- moją amazonką. Świat nowych pięknych wrażeń przed Tobą się odsłoni siądź na mnie niech mój lingam przeniknie Twoja joni. Najdroższa nim zaczniemy szaleńczo galopować pamietaj aby w kłusie rozkosznie anglezować. Unosić sie opadać, falować ach falować, juz usta ust szukają, Twe piersi chcę całować. I nagle cwał szalony, cichutkie Twe westchnienia, znikamy w mgle rozkoszy, głośnym krzyku omdlenia. Wtuleni w swoje dusze, wtuleni w swoje ciała , Ty cicho szepczesz w uszko, raz jeszcze tak bym chciała.
TagsTags: kamasutra 
January 11, 2008January 11, 2008 Add comment1 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Wtulasz się cała we mnie, zapachem odurzona, odpływasz w erotykę, szczęśliwa, zachwycona. Zapach mój afrodyzjak, podnieca Ciebie całą, całuje Twoje usta, a ust mi Twych wciąż mało. W powietrzu ciche dźwieki, melodie słychac walca, odrywasz się ode mnie, leciutko, tak na palcach i w rytmie tej muzyki powoli niesłychanie, rozpinasz swoja bluzkę,zdejmujesz swe ubranie. W tym tańcu jestes piękna, choc troche zawstydzona odsłaniasz swoje piersi ...i uda...i ramiona. Odsłaniasz siebie całą, do myśli sie uśmiechasz, ja stoje zawstydzony, przerywasz taniec, czekasz. Cudowna jak boginka stoisz w nagości krasie i swoim wzrokiem wołasz, choc do mnie mój głuptasie. Podbiegam jak szalony, wtulam sie w Twoje ciało, całuję piersi, usta, całuję Ciebie całą. Łączymy sie w ekstazie i żądzą oplątani, w potoku słów urwanych tak bardzo zakochani.
TagsTags: kamasutra 
January 11, 2008January 11, 2008 Add comment0 comments Zabawa słowem Zabawa słowem
Siedziesz zamyślona, piekna i zmysłowa, ciałem swym i dusza na miłość gotowa. Jesteś erotyką! kobietą! boginką! choć ciałem tak małą to duchem olbrzymką. Duchem jesteś piękna, lecz ciałem piękniejsza, jak gwiazda polarna wśród gwiazd najjaśniesza. Mądre Twoje oczy żarem pałające widzę w nich ogniki zalotnie sie skrzące. Twarz Twoja w zadumie, poetów natchnieniem, jest w aurze poezji, jest moim marzeniem. Czytam z niej modlitwę o miłość spełniona realną, szaloną i odwzajemnioną. Czuję jak Twe serce tym serca porywem otula mnie ciepłem rozkosznem i tkliwem. Zapatrzony w Ciebie, wciąż zauroczony miłościa silniejszy, Tobą zachwycony.
TagsTags: kamasutra 
Description
lancetoriks
Posts: 75
Comments: 2
zabawy słowem
Categories
Tags